Dostałem wiele listów z uwagami, pochwałami i krytyką przedstawionych w tekście moich poglądów. Przyznaję, że ten felieton napisałem w duchu lex talionis: oko za oko i słowo za słowo. Miał zatem stanowić silną odpowiedź emocjonalną na wyjątkowo brutalny atak słowny rosyjskiego polityka na Polskę.

Część czytelników zarzuciło mi, że felieton był zbyt łagodny. Urodzona przed II wojną światową pani Barbara zwróciła uwagę, że w tekście nie pojawiło się słowo „Katyń”, za to mocno skupiłem uwagę na dawnych dziejach Rosji. Cóż, nie sposób objąć w tak krótkim materiale tak szerokiego spektrum zagadnień, jak rosyjskie zbrodnie na narodzie polskim. Ktoś inny mógłby się zapytać, dlaczego nie wspomniałem o deportacjach Polaków na Syberię w XIX i XX wieku? Czemu pominąłem brutalnie zdławione powstania, barbarzyńskie branki młodzieży polskiej do carskiego wojska, drapieżną rusyfikację naszych przodków? Przecież powinienem był też napisać o zbrodniarzu Suworowie i zarządzonej przez niego rzezi warszawskiej Pragi, o codziennych torturach i egzekucjach w Cytadeli czy pogromach ludności żydowskiej prowokowanych przez Rosjan pomiędzy październikiem 1905 a styczniem 1906 r.

Felieton w wydaniu papierowym gazety ma swoją niezmienną objętość i nie jest w stanie pomieścić tak długiej listy zbrodni i krzywd dokonanych przez Rosjan na Polakach. Powtarzanie przez polityków rosyjskich bzdur o rzekomej polskiej „okupacji” w czasie wielkiej smuty jest po prostu żałosnym przejawem historycznego matactwa. Nasza „okupacja” Rosji w latach 1610–1612 ograniczała się do Kremla i dwóch moskiewskich dzielnic: Kitajgorodu i Biełgorodu. Załoga Żółkiewskiego nie mordowała ludności Moskwy i nie plądrowała jej domów. Nawet z punktu widzenia współczesnych norm – zachowywała się nienagannie.

Czytaj więcej

Kłamstwa Dmitrija Miedwiediewa

Odwołując się do tego dwuletniego pobytu polskiej załogi na Kremlu, stworzono w Rosji mit o agresywnym katolickim prozelityzmie i wiecznym zachodnim spisku przeciw kulturze rosyjskiej. Silna indoktrynacja wpoiła Rosjanom do głów przekonanie, że Polacy dybią na ich ziemię i kulturę. Obsesja ta nie jest nawet warta komentarza.

Inni czytelnicy zarzucili mi, że w swoim artykule zaburzyłem proporcje, uznając wszystko, co rosyjskie, za złe. To nieprawda: należę do miłośników kultury rosyjskiej, choć nadal podtrzymuję, że historia Rosji w sposób szczególny ocieka krwią. Niektórych oburzyło sformułowanie „do XIX wieku Rosja nic nie wniosła do europejskiej cywilizacji”. Tak uważam, podkreślając jednocześnie, że od końca XVIII wieku rosyjski wkład w kulturę i naukę jest niebagatelny.

Jeszcze inni czytelnicy z żalem wypominali mi, że krytykując Rosjan, wybielam Ukraińców. Kilka osób z wyraźnym rozgoryczeniem zwróciło uwagę, że polskie media „histerycznie” wspierają Ukraińców, nie dostrzegając, że na zdjęciach z Ukrainy często widać wyeksponowane w przestrzeni publicznej czerwono-czarne flagi UPA. Ci sami czytelnicy pytają, dlaczego tak nagle zapominamy o masakrze Polaków na Wołyniu? Dlaczego tolerujemy pomniki morderców z UPA w Polsce? Czemu wspieramy kraj, w którym są organizowane legalne uliczne przemarsze weteranów z SS-Galicien? Czy zapomnieliśmy już o szczególnym bestialstwie ukraińskich strażników w niemieckich obozach zagłady? W niektórych listach powraca nawet kontrowersyjny temat udziału Ukraińców w pacyfikacji powstania warszawskiego czy szczególnej roli Kozaków w masakrze ludności warszawskiej Pragi 4 listopada 1794 r.

Podkreślam zatem, że mój felieton był jedynie wyrazistą odpowiedzią na agresywną, antypolską, niczym niesprowokowaną napaść słowną Dmitrija Miedwiediewa na Polskę i jej historię, a nie studium stosunków Polaków z ich wschodnimi sąsiadami. Nikt nie zapomniał o Wołyniu i innych zbrodniach. To rana, która musi się wreszcie zagoić, choć niepotrzebnie rozdrapała ją ukraińska ustawa z 2015 r. zakazująca krytyki UPA.

Musimy jednak pamiętać, że teraz naród ukraiński jest ofiarą szczególnego bestialstwa ze strony Rosji. I dlatego to pokolenie Ukraińców, które nie odpowiada za czyny swoich przodków, potrzebuje naszego silnego wsparcia moralnego i materialnego. Historia, choć budzi emocje, musi pozostać wyłącznie w obrębie dyskusji i sporów intelektualnych, a nie być paliwem napędzającym nowe konflikty wojenne.