Wielokrotnie spotkałem się w Ameryce z poglądem wyrażanym nawet przez bardzo poważnych historyków, że Stany Zjednoczone Ameryki były pierwszą nowożytną republiką, z pierwszym prezydentem jako głową państwa i pierwszą ustawą zasadniczą w dziejach świata. Wszystko to nie do końca prawda. Pierwszą nowożytną republiką była Korsyka, która jako pierwsze państwo świata uchwaliła konstytucję i wybrała w 1755 r. pierwszego w historii prezydenta. Został nim Filippo Antonio Pasquale di Paoli. Jako pierwsze państwo w historii zapewniała równe prawa wyborcze kobietom i mężczyznom.

Warto też przypomnieć, że przez 12 pierwszych lat istnienia niepodległej Ameryki, w latach 1776–1788, spikerzy Kongresu Kontynentalnego pełnili funkcję głowy państwa i nosili także tytuł prezydenta Stanów Zjednoczonych w Kongresie Zgromadzonych (ang. President of the United States in Congress Assembled). Gdy więc Jerzy Waszyngton został wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych, należało go jakoś odróżnić od poprzedników noszących ten sam tytuł.

Konstytucja nie określała protokolarnego sposobu zwracania się do prezydenta. W dawnym języku angielskim słowo „president" oznaczało po prostu osobę zasiadającą (preside) w jakimś zgromadzeniu. W opinii takich polityków, jak John Adams, tytuł ten był zbyt pospolity jak na głowę państwa. Adams, który został wiceprezydentem USA, chciał wzmocnić władzę wykonawczą.

Czytaj więcej

XVIII wiek: Ojciec narodu amerykańskiego

23 kwietnia 1789 r., na siedem dni przed zaprzysiężeniem Waszyngtona, były prezydent Kongresu Richard Henry Lee zgłosił wniosek o rozważenie przez Senat, „jakie tytuły należy załączyć do urzędu prezydenta i wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych". Pełniący funkcję przewodniczącego Senatu Stanów Zjednoczonych wiceprezydent John Adams zorganizował naprędce komisję, w której sam agitował początkowo za przyjęciem tytułu „Jego Wysokości i Obrońcy Swobód", a potem nawet za przyznaniem prezydentowi i wiceprezydentowi (czyli sobie samemu) tytułu „Jego Królewskiej Mości". Thomas Jefferson nazwał pomysł Adamsa „najbardziej niedorzeczną rzeczą, o jakiej kiedykolwiek słyszał", a Benjamin Franklin popukał się tylko w czoło, wypowiadając dwa słowa: „całkowicie szalone". Inni członkowie komisji opowiadali się za tytułem „Jego Wysokości Elektora" lub przynajmniej „Jego Ekscelencji". Adams uważał, że takie tytuły są poniżej godności „prezydenta całych Stanów Zjednoczonych", ponieważ nie różną się od tytułów przywódców stanów (np. prezydenta Pensylwanii). Adams tłumaczył, że w takiej sytuacji prezydent „byłby zrównany z gubernatorami kolonialnymi lub funkcjonariuszami z niemieckich księstw". John Adams i Richard Henry Lee obawiali się, że potężne stronnictwa senatorskie szybko podporządkują sobie słabego prezydenta. Tytuł, najlepiej wyniosły i przesadny, miał na celu jedynie wzmocnienie prezydentury w oczach obywateli. Sam Jerzy Waszyngton nie wiedział, jak się ustosunkować do tych propozycji. Jednak idąc za radą Jamesa Madisona, uznał, że wystarczy zwracać się do niego po prostu „Panie Prezydencie".

30 kwietnia 1789 r. na schodach frontowych nowojorskiego Federal Hall, ówczesnej siedziby Kongresu USA, 57-letni generał Jerzy Waszyngton złożył przysięgę prezydencką zakończoną słowami: „Niech żyje Jerzy Waszyngton, prezydent Stanów Zjednoczonych". Był to precedens ustanawiający tradycję. Nigdy później imię i nazwisko prezydenta nie pojawiło się w tekście przysięgi.

Czy za brakiem wzniosłych tytułów szła także skromność Jerzego Waszyngtona? Bynajmniej. Pierwsza prezydentura w historii USA miała bardzo dworską oprawę. Goście prezydenta mieli wrażenie, że odwiedzają dwór królewski, gdzie lokaje w upudrowanych perukach usłużnie otwierają drzwi prowadzące do gabinetu pierwszego obywatela młodej republiki. Z drugiej strony ludzie tamtej epoki nie znali innych wzorców zachowań głowy państwa. Żyli często w przeświadczeniu, że przesadna skromność jest objawem słabości. Wielbiciele Waszyngtona pragnęli widzieć go w glorii władcy, a nie w roli sługi narodu.