To historia bitwy pod Hastings, gdzie poległ ostatni król Anglów i Sasów. Druga to leniwa opowieść o XII-wiecznym Mazowszu, gdzie co prawda w borach żyły jeszcze tury, ale etos rycerski był dopiero w powijakach. A jednak nie. Złośliwy chochlik historii pomieszał z sobą te dwie kompletnie równoległe narracje i przygotował historykom całkiem niezłą niespodziankę. Ale zacznijmy od początku.

Rok 1066 po Chrystusie. Na gnębionych przez najazdy wikingów Wyspach Brytyjskich władza coraz bardziej konsoliduje się w rękach królów dynastii duńskiej. Ostatni z nich, Edward Wyznawca, umiera bezpotomnie, a po jego koronę sięga największy z erlów Brytanii, pan Wessex i pogromca Walijczyków Harold II Godwinson. Tak go opisywał kronikarz Orderyk Vitalis: „Anglik był bardzo wysoki i przystojny, zwracał uwagę siłą fizyczną, odwagą i elokwencją". W sile wieku, wsławiony zwycięstwami, popularny wśród anglosaskich możnych dawał gwarancję, że uda mu się zapanować nad dziedzictwem Edwarda.

Ale ma poważnych przeciwników. Dwóch innych wielmożów, z których każdy domaga się schedy po zmarłym królu Edwardzie. Pierwszy z nich, król Norwegii Harald Hardrada, to ostatni prawdziwy wiking. 50-letni olbrzym (210 cm wzrostu), budzący powszechny postrach i nazywany „Piorunem Północy", służył jako najemnik u cesarzy Bizancjum, tłumił powstanie Bułgarów, a z Rusinami najeżdżał ziemie Mieszka II. Tym razem zamierza upomnieć się o koronę po królu Anglii. Drugim przeciwnikiem jest normański książę Wilhelm II, odległy kuzyn Edwarda, wojownik i zabijaka, który przekonuje, że w 1051 r. Edward przyrzekł mu koronę na wypadek bezpotomnej śmierci. Pierwszy uderza Harald Hardrada. Ląduje ze swoimi Norwegami na północnych wybrzeżach Anglii i rozbija w pył anglosaską armię pod Gate Fulford. Jest 20 września sławnego 1066 r. Harold Godwinson, mimo że niedługo wcześniej rozpuścił do domu pospolite ruszenie, czyli fyrd, szybkim marszem dopada armię niespodziewającego się ataku Hardrady. 25 września dochodzi do masakry pod Stamford Bridge. Norwegowie walczą dzielnie, ale padają pokotem, a przypadkowa strzała wbita w gardło Hardrady kończy epopeję ostatniego wikinga. Harold Godwinson przeżywa chwile triumfu. 42-letni mężczyzna wraca do kłaniającego mu się w pas Londynu tylko po to, by się dowiedzieć, że inwazji na Wyspy dokonał drugi z konkurentów do korony Edwarda. Tym razem przeciwnikiem jest książę normański Wilhelm. Czy to przeciwnik groźniejszy od Hardrady? Niezupełnie – przy Hardradzie Norman to istny baranek. Harold atakuje więc bez namysłu.

Czytaj więcej

Hastings 1066: Rajd na Anglię

13 października staje pod Hastings do walnej bitwy, nie czekając na wsparcie mobilizowanego właśnie pospolitego ruszenia. Ale wciąż ma komfortową sytuację. Obwarowane lasem tarcz na wzgórzu Senlac 6 tys. wojowników Harolda dzielnie znosi ataki Normanów. Ci są coraz bardziej bezradni i dumają nad ustąpieniem pola zwycięskiemu Godwinsonowi. I znów sprawę rozstrzyga przypadkowa strzała. Razi ona w oko Harolda, który pada. To wyzwala panikę w anglosaskich szeregach. Zamieszanie wykorzystują Normanowie, którzy przerywają zwarty szyk wojowników Harolda i dokonują rzezi. Ginie posiekany mieczem także sam Harold, ostatni anglosaski władca Wysp. Od tej pory aż do dziś trwa tam epoka normańska.

Gdzie tu wątek mazowiecki, ktoś spyta? Ano pojawia się właśnie teraz. Nie tylko armia Harolda idzie w rozproszenie, ale również jego rodzina. Harold był zresztą wyjątkowo płodny. Oficjalnych synów z dwóch matek miał pięciu. Nic nie wiadomo o ich śmierci pod Hastings, musieli więc być wygnańcami. O dwóch wiadomo więcej. Starszy Godwin to prawdopodobnie późniejszy kunigaitis żmudzki Godwinas. Młodszego zaś Magnusa, który pod Hastings był już 15-latkiem, losy rzuciły też na wschód. Magnus Haroldson najpierw chroni się w Irlandii, a potem trafia do Danii, gdzie organizuje wyprawę w celu odbicia tronu ojca. Według kronikarzy biorą w niej już udział polscy woje z Pomorza. Wyprawa kończy się jednak klęską i wtedy Magnus trafia do państwa Piastów. Może dzięki pośrednictwu siostry Gythy, która wychodzi za mąż za ruskiego księcia Włodzimierza Monomacha. O jego obecności w Polsce wspomina w kronice Gall Anonim. Jest rok 1093. Magnus pełni funkcję komesa Wrocławia. Po buncie na Śląsku, związany z możnym rodem Awdańców, najpierw wspiera Zbigniewa przeciw Sieciechowi, a potem przechodzi na stronę Bolesława Krzywoustego. Ten w nagrodę czyni go komesem Mazowsza rezydującym na zamku w Czersku.

Jakie są zadania Magnusa? To oczywiście ochrona przed najazdami Jadźwingów, Prusów, Litwinów i Pomorzan. To wzmacnianie władzy księcia. Rozwój wsi, budowa zamków i kościołów. Wiadomo, że był patronem i współfinansował romańską kolegiatę w swojej stolicy. Zakładał też liczne grodziska, z których jedno – Magnuszew – zapewne po nim dziedziczy imię. Umiera w czerwcu 1109 roku. Dokładna data nie jest znana. Magnus przepada w dziejach. Ale czy do końca? Swoistą pointą jest znalezisko polskich archeologów z lat 60. XX w. Oto w czasie prac wykopaliskowych na terenie dawnej czerskiej kolegiaty odsłonięto resztki XII-wiecznego pochówku. W okutej żelazem drewnianej skrzyni naukowcy znaleźli szkielet wysokiego mężczyzny. Musiał być ważnym wojownikiem, bo pochowano go z mieczem i włócznią. Na palcu lewej dłoni zachował się złoty pierścień, a u stóp skandynawskim obyczajem dwie brązowe misy i drewniane wiaderko. Archeologów zadziwiło doskonałe uzębienie zachowane w czaszce znalezionego szkieletu, mimo że mężczyzna dożył około 60 lat. Raczej nie ma wątpliwości, że to szczątki syna ostatniego anglosaskiego króla Brytanii, którego wichry wojny spod Hastings zagnały na wysoki brzeg Wisły na Mazowszu. A skoro był tu tyle lat, to może zostawił potomków o nie gorszym tytule do korony brytyjskiej niż Windsorowie?