Deszcz przerwał rywalizację na dwie godziny, kierowcy po jego wznowieniu pokonali tylko 28 z 53 okrążeń. 180-minutowy limit sprawił, że nie zdołali przejechać pełnego dystansu wyścigu. Dzięki temu, że rywalizację wznowiono, kierowcy dostali jednak do klasyfikacji generalnej pełne punkty.

Verstappen minął metę jako pierwszy, to było jego 32. zwycięstwo w karierze. Holender cztery wyścigi przed końcem sezonu ma 113 punkty przewagi nad kolegą z zespołu, Meksykaninem Sergio Perezem, a kierowcom zostało jeszcze do zdobycia maksymalnie 112 oczek.

Kwestię tytułu przesądził tak naprawdę komunikat sędziów. Perez początkowo był bowiem na mecie trzeci, ale 5-sekundową karę dostał Monakijczyk Charles Leclerc, który - broniąc się przed atakami Meksykanina - ściął ostatni zakręt. To sprawiło, że obaj później zamienili się miejscami na podium.

Skandaliczne wydarzenia rozegrały się wcześniej, chwilę po starcie - jeszcze przed 2-godzinną przerwą. Mokra nawierzchnia utrudniła jazdę i ograniczyła widoczność, na czym ucierpiał Hiszpan Carlos Sainz. Sędziowie wysłali na tor samochód bezpieczeństwa, a chwilę później przerwali wyścig.

Francuz Pierre Gasly, który startował z alei serwisowej, chciał nadrobić dystans do reszty stawki, nie zmniejszył prędkości - czerwona flaga pojawiła się zaledwie chwilę wcześniej - i przemknął tuż obok dźwigu, który wyciągał bolid Sainza.

- Mogłem zginąć! - wykrzyczał Francuz przez radio. Sytuacja przypominała bowiem tę z 2014 roku, kiedy po zderzeniu z dźwigiem na mokrej nawierzchni Suzuki dramatyczny wypadek miał Jules Bianchi. Jego stan był krytyczny. Zmarł kilka miesięcy później, nigdy nie wybudził się ze śpiączki.

„Bez szacunku dla życia kierowców i dla pamięci Julesa. Niesamowite” - napisał ojciec Bianchiego, pokazując obraz z kamery na bolidzie Gasly’ego. Głos szybko zabrali też Perez oraz Brytyjczyk Lando Norris. Obaj, czekając na wznowienie wyścigu, nazwali incydent „nieakceptowalnym”.