Po czterech wyścigach sezonu rzut oka na klasyfikację mistrzostw sugeruje, że ekipa z Maranello kontroluje sytuację.

Charles Leclerc ma 27 punktów przewagi nad broniącym tytułu Maksem Verstappenem – to więcej, niż warte jest jedno zwycięstwo – a wśród konstruktorów także prowadzi Scuderia, chociaż tutaj zapas nad Red Bullem jest mniejszy.

Prawdziwy obraz sytuacji nie jest jednak tak korzystny dla Ferrari. Verstappen wygrał wszystkie wyścigi, w których dojechał do mety, a dwukrotnie szans na solidne zdobycze pozbawiały go usterki samochodu. Owszem, czerwone samochody są szybkie i niezawodne, ale Red Bull nie daje sobie w kaszę dmuchać.

Po słabszej inauguracji sezonu błysnęli tempem w domowym wyścigu Scuderii, zdobywając dublet na Imoli – gdzie z kolei dała znać o sobie bodaj największa w tym momencie słabość Ferrari. Leclerc i Carlos Sainz popełniali kosztowne błędy, które zakończyły się pokaźnymi stratami.

Przywilej silnika

W tej rozgrywce liczy się każdy szczegół. Leclerc na próżno próbował walczyć z szybkimi na Imoli rywalami. Przeszarżował i zamiast na trzeciej pozycji finiszował na szóstej. Różnica siedmiu punktów może okazać się decydująca pod koniec listopada.

Kierowca z Monako po raz pierwszy w karierze dysponuje maszyną, która pozwala nie tylko wygrywać wyścigi, ale także walczyć o mistrzostwo. Już wcześniej zdarzały się błędy, po których cierpiała jego wyścigowa ambicja, ale teraz stawką nie są sukcesy w pojedynczych startach, tylko pierwsze od lat mistrzostwo dla najbardziej utytułowanego zespołu w historii.

Kibice Ferrari na tytuł czekają od 15 lat – wciąż ich ostatnim mistrzem pozostaje Kimi Räikkönen, który w sezonie 2007 rzutem na taśmę pokonał walczących między sobą zwaśnionych kierowców McLarena, Lewisa Hamiltona i Fernando Alonso.

Rok później ekipa Ferrari wywalczyła jeszcze tytuł wśród konstruktorów, lecz później nastały chude lata. Posuchy nie byli w stanie zakończyć ani Alonso, ani Sebastian Vettel.

Wielokrotni mistrzowie świata przenosili się do Maranello z ambicją wyciągnięcia Scuderii z dołka, ale żadnemu ta sztuka się nie udała. Owszem, wygrywali wyścigi i włączali się do rywalizacji o tytuły, ale w najlepszym razie kończyli zmagania na drugiej pozycji.

Autopromocja
Specjalna oferta letnia

Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc

KUP TERAZ

Nawet w trwającej od sezonu 2014 erze hybrydowej, zdominowanej przez Mercedesa, ekipa Ferrari miewała przebłyski. W 2017 i 2018 roku Vettel jeszcze na półmetku zmagań przewodził klasyfikacji, ale ostatecznie Mercedes i Hamilton miażdżyli rywali dzięki skutecznemu rozwojowi samochodu i bezbłędnemu wykorzystywaniu szans.

Błędy i praca nad osiągami będą rozstrzygające także w tym sezonie. Ferrari świetnie rozpoczęło zmagania: przygotowali najlepsze auto, bez wyraźnych słabych stron.

Paradoksalnie, pomóc mogły fatalne poprzednie sezony. Nie byli w stanie walczyć o sukcesy, więc łatwiej było podjąć decyzję o skupieniu wysiłków na przygotowaniach do rewolucji technicznej. Jednocześnie skorzystano z nowych przepisów, w myśl których zespoły zajmujące dalsze pozycje mają większe możliwości rozwojowe – więcej czasu na pracę w tunelach aerodynamicznych i przy komputerowych symulacjach.

Poza świetnym projektem aerodynamicznym, w Maranello poprawiono także jednostkę napędową i jest to kluczowy atut, bo rozwój silników wchodzi w fazę kilkuletniego zamrożenia i jeśli któryś producent na tym etapie odstaje od rywali, to w kolejnych sezonach nie będzie mógł odrobić strat.

Lepszą formę włoskich silników potwierdza forma dwóch klientów Scuderii – Alfa Romeo i Haas w zeszłym sezonie jeździły w ogonie, a teraz ich nowi liderzy, Valtteri Bottas i Kevin Magnussen, regularnie kwalifikują się w pierwszej dziesiątce i zdobywają punkty.

Atuty Mercedesa

O jakości maszyny Scuderii świadczy także fakt, że przez pierwsze cztery wyścigi zespół nie przygotował żadnych poprawek aerodynamicznych. Postawiono bardziej na zrozumienie nowych przepisów i dopracowanie konstrukcji.

Najsłabszymi ogniwami okazali się kierowcy. Sainz po fantastycznej końcówce ubiegłorocznych zmagań – gdy regularnie pokonywał Leclerca w kwalifikacjach i ostatecznie zdobył więcej punktów – przyznaje, że nie do końca wyczuwa charakterystykę samochodu. Na to nałożyły się błędy w Australii i na Imoli, chociaż w dwóch pierwszych rundach Hiszpan dwukrotnie stawał na podium. Leclerc z kolei toczy fantastyczne pojedynki z Verstappenem, ale wpadka z ostatniego wyścigu będzie śniła mu się po nocach.

Układ sił w czołówce może zmieniać się z wyścigu na wyścig, nawet z dnia na dzień – w zależności od warunków, skuteczności poprawek, ustawień w samochodach. Poziom dwóch czołowych ekip jest wyrównany, a niewykluczone, że w kolejnych tygodniach dołączy do nich Mercedes.

Na razie Hamilton i nowy w ekipie George Russell mają poważne kłopoty z tempem swoich maszyn, ale po ich stronie jest nie tylko niezawodność, ale także ogromne zaplecze i wprawa w rozwoju samochodu.

Może być już za późno, by Mercedes na poważnie włączył się do walki o tytuł, ale pikanterii rywalizacji doda sama obecność srebrnych aut w ścisłej czołówce. Wówczas sezon 2022 nabierze jeszcze większych rumieńców.

Autor jest komentatorem telewizji Eleven Sports