Przebiegł pan 100 kilometrów w niecałe dziewięć i pół godziny. Jak wygląda taki start?

Zakłada się buty i leci. Ruszyliśmy w środku nocy, o 2.30. Zazwyczaj jest tak, że trzeba atakować od początku, a później kontrolować, czy rywale nie kontrują. Cieszę się, że nareszcie udało mi się zwyciężyć podczas Festiwalu Biegowego na koronnym dystansie. Chciałem powalczyć o miejsce w pierwszej piątce, taki był cel. To zwieńczenie sezonu, który nie był łatwy, bo zmagałem się z problemami zdrowotnymi. Ostatecznie okazał się jednak naprawdę szczęśliwy, skoro najpierw zostałem mistrzem Polski, a teraz wygrałem w Piwnicznej-Zdroju.

Jak wygląda taktyka na taki bieg?

Powtarzałem sobie, że nie mogę szarżować. Wśród polskich „ultrasów" należę raczej do tych wytrzymałych, nie szybkich. Nie mogłem dać się ponieść emocjom, choć kiedy stajemy na starcie i widzimy rywali, to adrenalina buzuje. Trzymałem się więc za czołową trójką, nie wychodziłem na prowadzenie. Dopiero w Rytrze zaatakował znajomy, co mnie zmotywowało, bo zawsze dobrze walczyć zespołowo. Wypracowaliśmy przewagę, którą wykorzystałem, i od połowy dystansu biegłem już sam. Najpierw chciałem ją utrzymać do Krynicy, a później już do samej mety.

Zaczęliście rywalizację w środku nocy. Bieganie o zmroku to duże wyzwanie?

Godzina nie była dla mnie problemem, bo dwa miesiące temu urodziła się nam córeczka, więc ostatnio zbyt wiele nie sypiam. Podobnie było w nocy przed startem, która jest bardzo ważna. Spałem przez trzy godziny, a przecież jeszcze tego samego dnia siedziałem w pociągu. Nie było łatwo, bo generalnie lubię leżeć do późna, a wiadomo, że biegacz potrzebuje regeneracji. Dotrwałem jednak do świtu, aż wyszło słońce i zaczął się fajny klimat. Lubię słońce. Zimą zawsze uciekam za granicę.

Co dzieje się w pana głowie podczas takiego biegu?

Wszystko! Myślę o dziecku, moich dziewczynach, jedzeniu, ale głównie o rywalizacji. Cały czas rozglądamy się, liczymy sekundy, analizujemy postawę rywali. To nie jest bieganie po asfalcie, gdzie lecisz i nic się nie dzieje. Tutaj trzeba pilnować trasy, uważać na kamienie, zbiegi i podbiegi. Musimy być cały czas skupieni.

Jak wygląda plan żywienia?

Staram się przyjmować co 45 minut żel energetyczny i regularnie pić. To ważny element, o którym kiedyś często zapominałem. Dziś też piję mniej niż rywale, bo podczas takiego startu wystarczą mi trzy–cztery litry. Dobrze, że nie jestem wybredny, mój żołądek wszystko przyjmie. Nawet jeśli miałbym zjeść podczas biegu kiełbasę, to pewnie dałbym radę, ale oczywiście tego nie robię. Czasem złapię jakiś owoc, żeby przełamać smak żelu. Jednocześnie na co dzień staram się jeść zdrowo, ale bez ekstrawagancji. Biorę to, co ugotuje mi dziewczyna.

Kiedy zaczął pan biegać ultramaratony?

Startuję w nich od 2011 roku. Nie jestem chłopakiem, który miał wybitny talent i od dziecka trenował lekką atletykę. Próbowałem oczywiście różnych sportów, ale tylko amatorsko. Przekonałem się w pewnym momencie, że długie dystanse są dla mnie, choć tak raczej nie było i dobrze, że głowa mnie oszukiwała. Byłem uparty, pracowałem wytrwale i systematycznie przez wiele lat. Właśnie dzięki temu mogłem cieszyć się ze zwycięstw – najpierw podczas mistrzostw Polski, teraz na Festiwalu Biegowym.

Fajnie, że wreszcie zacząłem regularnie zdobywać medale.

Jak dużo treningów wymagają takie starty?

Niełatwo to wyjaśnić, bo pracujemy w cyklach: jedne są ciężkie, a inne niby lekkie, ale na mocnym tempie. Ten rok – jak mówiłem – był jednak dla mnie pechowy. Mocno zacząłem sezon i miałem wrażenie, że będę niezniszczalny, ale los w takich sytuacjach lubi dać człowiekowi prztyczka w nos. Problemy zdrowotne, narodziny córki... Człowiek zaczął koncentrować się na innych rzeczach. Trenowałem mniej, od startu do startu. Teraz chcę jednak wrócić do regularnej pracy.

Bieganie to pana jedyny zawód?

Staram się tak żyć. Starty w zawodach nie są oczywiście moim jedynym zajęciem, bo pomagam czasem chłopakom przy organizacji imprez i rozpisuję plany treningowe moim podopiecznym, biegaczom amatorom. Nie ukrywam, że gratyfikacja finansowa była bardzo istotna przy wyborze biegu. Koniec sezonu nie był łatwy, a chciałem jednak coś przywieźć do domu, bo ostatnio potrzeby finansowe mamy dość duże. Żyję z biegania, póki mogę, ale nie mam obaw o przyszłość. Praca leży na ulicy, trzeba ją tylko podnieść. Uważam, że ludzie uprawiający sport są z natury wytrwali i ambitni, więc rozwój zawodowy w innym kierunku nie będzie dla mnie problemem.

Można w Polsce żyć z zawodowego biegania ultramaratonów?

Tak, choć struktura nie jest jeszcze zbyt rozbudowana. Zawsze staram się wywierać presję na organizatorów oraz innych zawodników, aby dbali o to, co dzieje się w naszym sporcie. Ważna jest nie tylko aktywizacja amatorów, ale także starty profesjonalistów, bo to dwa elementy, które napędzają się wzajemnie. Mam nadzieję, że z czasem będziemy mieli w Polsce jeszcze więcej fajnych imprez oraz mocnych zawodników, którymi można się chwalić. Widzę po sobie, że obserwuje mnie coraz więcej ludzi. To naturalne, że kiedy ktoś biega amatorsko, to rywalizacja profesjonalistów także go przyciąga.