Za nami pierwsze święto biegania w Piwnicznej. Czy już pan odetchnął?

Nawet najlepszy, najwspanialszy i najmądrzejszy lider nie zastąpi pracy zespołu. Przygotowaniem wydarzeń, które miały miejsce w Piwnicznej, zajmowało się łącznie kilkanaście osób, przez wiele miesięcy. Gdy skończyła się wiosenna fala pandemii, wiedzieliśmy, że musimy to zrobić na jak najwyższym poziomie. W zasadzie od maja zaczęliśmy działać na pełnych obrotach. Rejestracja gości, przygotowanie wystawców, w przypadku Festiwalu Lachów i Górali wysłanie korespondencji do zespołów, zapewnienie im odpowiednich warunków do pobytu. Żaden lider nie podołałby temu bez pomocy współpracowników.

W ilu biegach pan wystartował?

Tym razem było ich mniej niż w poprzednich latach. Kontuzja, której doznałem w lipcu, spowodowała, że nie mogłem się przygotować tak dobrze jak w latach 2017–2019, kiedy biłem swoje rekordy, zwłaszcza w biegach długich i oczywiście w Iron Runie. Ale wystartowałem na 1, 3 i 10 km, także na 23 km po górach. Każdy, kto biega, wie, że wcześniej czy później musi przyjść taki moment, że organizm powie: „Słuchaj, nie akceptuję tego, że w miesiąc robisz 350 km". Kolano odmówiło posłuszeństwa i trzeba było się pogodzić z tym, że cały sierpień nie mogłem biegać. Trasy były przygotowane bardzo dobrze, równie atrakcyjne jak dotąd, na 23 i 36 km według mnie nawet znacznie trudniejsze. Trasy półmaratonu i maratonu pozwalały na bicie rekordów.

Uczestnikom nowe miejsce przypadło chyba do gustu...

Z dwóch zasadniczych powodów jest lepsze niż dotychczasowe. Po pierwsze, ze względu na swoją wielkość może być aranżowane w sposób, który najbardziej odpowiada biegaczom i tym, którzy biorą udział w Festiwalu Lachów i Górali. Jest tam woda, mamy prąd i oświetlenie, są aleje spacerowe, a terenu jest zwyczajnie więcej niż w tej rynnie betonowej w Krynicy. Deptak stwarzał ograniczone możliwości. W Piwnicznej wszyscy mogli usiąść pod sceną i opalać się na słońcu. W Krynicy tego nie było, po obu stronach deptaka znajdowały się nasze pawilony i niczego więcej nie można było zorganizować. Pod tym względem Piwniczna ma dużo większy potencjał. Po drugie, połączenie zespołów folklorystycznych i biegaczy spowodowało, że miasteczko cały czas żyło. Było bardzo wielu kibiców i osób, które chciały obejrzeć występy muzyczne. Rodziło to poczucie, że jest nas dużo, że jesteśmy częścią unikalnego wydarzenia. Dzięki tej atmosferze wszyscy uczestnicy dobrze się czuli, bo miał ich kto oglądać, dopingować i oklaskiwać. Osiągnęliśmy coś, o czym wcześniej nawet nie marzyliśmy.

Festiwal Lachów i Górali zagości na dłużej w programie?

Oczywiście. Nie rezygnuje się z czegoś, co przyniosło tak wyjątkową i niepowtarzalną atmosferę. Biegacze, muzycy i tancerze patrzyli na siebie z uznaniem, doceniali swój wysiłek. Zawsze przytaczam informację, którą otrzymałem po inauguracji Festiwalu Tatrzańska Jesień. Tam przystąpiło do konkursu 13 zespołów, mimo że ma on piękne tradycje. Do nas przyjechało ich aż 50, w tym goście z Węgier, Rumunii i Słowacji.

Doświadczenie z ubiegłego roku w przygotowaniu tak dużej imprezy w pandemicznej rzeczywistości sprawiło, że teraz organizacja była łatwiejsza?

Nie ulega wątpliwości, że byliśmy beneficjentami tego, co zrobiliśmy przed rokiem, gdy wdrożyliśmy szereg procedur związanych z bezpieczeństwem zarówno biegaczy, jak i kibiców.

Jak układa się współpraca z nowymi gospodarzami – Piwniczną, Rytrem oraz Starym i Nowym Sączem?

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że nasi samorządowi partnerzy bardzo chcieli tej współpracy. Oferta z ich strony pojawiła się zaraz po tym, jak się okazało, że nie możemy organizować i Forum Ekonomicznego, i Festiwalu Biegowego w Krynicy. Jeszcze raz przypomnę, że zostaliśmy pozbawieni możliwości aranżacji miasteczka kongresowego i biegowego przy deptaku uzdrowiskowym, czyli jedynym miejscu w Krynicy, przy którym można było to zrobić. Spotkaliśmy się z brakiem gotowości ze strony samorządu do robienia tego na dotychczasowych zasadach. Z nowymi gospodarzami nie było żadnych problemów. Wręcz przeciwnie, bardzo wiele elementów, które wprowadziliśmy do programu, było pochodną rozmów i konsultacji z naszymi partnerami.

Ważnym punktem na festiwalowej mapie stał się Ołtarz Papieski w Starym Sączu, gdzie odbył się start półmaratonu i Sądeckiej Dychy...

To miejsce dla Sądecczyzny wyjątkowe. Wydaje mi się, że gwarantujące też pełen komfort uczestnikom. Na rynku w Starym Sączu, gdzie są kamienie i nierówności, przygotować się do startu byłoby trudno. Jest tam klasyczna zabudowa, więc musielibyśmy wyłączyć cały ruch. A tak udało nam się połączyć tradycję z funkcjonalnością.

Góra Kicarz, która zastąpiła Jaworzynę Krynicką, spełniła swoje zadanie?

Zdecydowanie tak. Nie wiem, czy dla biegaczy nie była większym wyzwaniem niż Jaworzyna, która liczy prawie 3 kilometry i różnica wzniesień nie jest tak duża jak w przypadku Kicarza, skoncentrowanego na nie więcej niż 2 kilometrach. W wysokościach bezwzględnych nie różni się to wiele od Jaworzyny.

Szkoda, że nie udało się rozegrać sztafetowego biegu przez rzekę Poprad...

Poziom rzeki był zbyt wysoki. Nie mogliśmy udawać, że sytuacja pozwala na organizację bezpiecznego biegu. Z inauguracją musimy poczekać do przyszłego roku.

Ma pan już pomysł, jak wykorzystać możliwości, jakie daje Piwniczna, w kolejnych latach?

Chciałem jeszcze raz podkreślić, że miejsce jest absolutnie wyjątkowe. Możemy zapewnić bezpieczeństwo przeciwpożarowe, wszędzie mamy hydranty, oświetlenie, możliwość ewakuacji miasteczka czy aranżacji dodatkowych pawilonów. Jednym słowem to miejsce ma ogromne rezerwy, jeśli chodzi o rozwój Festiwalu. W odróżnieniu od deptaka uzdrowiskowego, na którym to, co stanowi o jego atrakcyjności, jest zarazem obciążeniem. Jak usiąść i odpocząć po biegu na płycie granitowej? Tutaj mamy trawnik, możesz siedzieć, aż dojdziesz do siebie. A widoki naprawdę zapierają dech w piersiach.

Możemy się spodziewać nowych biegów?

Najpierw musimy poprawić to, co zrobiliśmy w tym roku, i przygotować propozycje dla kibiców. Gości, którzy odwiedzili miasteczko, było bardzo wielu. Oni również muszą mieć możliwość udziału w atrakcyjnych wydarzeniach – nie tylko biernego dopingowania zawodników. Można by zorganizować różne konkursy z symbolicznymi nagrodami, na przykład rzucania kulami do celu.

Oferta i tak była bogata. Były Targi Książki, wróciła część panelowa poświęcona tym razem głównie turystyce. Czy w kolejnych latach powrócą też dobrze znane spotkania z byłymi i obecnymi gwiazdami sportu?

Taki jest plan. Ale życie, co pokazuje ten Festiwal, wciąż nie wróciło do tego sprzed pandemii. Zarejestrowanych uczestników w 2019 roku mieliśmy ponad 10 tys., w tym – niespełna 6 tys. Opłaconych startów w 2019 roku było między 9 a 10 tys., a teraz – trochę ponad 5 tys. To wyraźnie pokazuje, że jeszcze chwilę musimy poczekać. To samo dotyczy wydawców czy uczestników Salonu Przemysłu Turystycznego. Nie zmobilizujesz właściciela infrastruktury czy hotelu, by przyjechał, jeżeli boi się ryzyka. Ale najważniejsze jest to, że wszystkie wydarzenia odbywają się w tym samym miejscu i czasie. Ci, którzy przychodzą na panele, mogą popatrzeć na biegaczy, zespoły folklorystyczne czy koła gospodyń wiejskich. Chcemy, by każdy, kto się tu wybierze, wyszedł usatysfakcjonowany, że spędził miło ten czas.

Jako człowiek pochodzący z Krynicy i z nią związany jakie ma pan wspomnienia z Piwnicznej?

Kiedyś to było narciarskie serce Sądecczyzny. Gdy w Krynicy był jeden nieśmiały wyciąg pod Jaworzynę, Piwniczna miała wspaniałe funkcjonujący ośrodek na Suchej pod Kosarzyskami. To właśnie tam po raz pierwszy jeździłem na nartach. Później okazało się, że mieszkańcy czy właściciele tych działek – trochę tak jak w Zakopanem – nie mogli dojść do porozumienia z ludźmi, którzy tworzyli tę stację narciarską i inwestowali swoje pieniądze. I ośrodek upadł. Od przełomu lat 70. i 80. w Piwnicznej nie byliśmy świadkami żadnego poważnego wydarzenia. Czas w tym urokliwym miejscu jakby się zatrzymał. W odróżnieniu od Krynicy, która dzięki burmistrzowi i Forum Ekonomicznemu mogła stworzyć kolej gondolową na Jaworzynę, mającą ogromny wpływ na rozwój regionu, w Piwnicznej wszystko znikło. Dopiero teraz odkrywamy, jak piękne jest to miejsce. Jeżeli będzie mniej opadów, będziemy mogli wykorzystać też możliwości, jakie daje Poprad.

Jest jeszcze jakiś bieg, w którym chciałby pan wziąć udział?

Muszę przede wszystkim wrócić do Iron Runu. To jest duże wyzwanie, ale myślę, że na tyle dałem odpocząć organizmowi, że teraz spokojnie będzie można się przygotować na przyszły rok.