Zdaniem opozycji projekt zmian w prawie oświatowym, tzw. lex Czarnek, oznacza upartyjnienie i centralizację szkoły. - Nie ma chyba żadnego środowiska, które by nie sprzeciwiało się tej ustawie. To jest sprzeciw wobec ograniczenia autonomii szkół, redukcji samorządu do roli płatnika i wchodzeniu z butami w życie rodziców - mówiła posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk w czasie wtorkowego połączonego posiedzenia Komisji Edukacji Nauki i Młodzieży i Komisji Obrony Narodowej.

Komisje przed północą skierowały tzw. lex Czarnek do dalszego procedowania w Sejmie. Przed parlamentem protestowali natomiast przedstawiciele samorządów, organizacji oświatowych i rodziców, którzy sprzeciwiają się lex Czarnek.

Czytaj więcej

Sąd nad Lex Czarnek. Komisje za dalszymi pracami nad projektem

- Prawdę mówiąc nawet ja nie spodziewałem się aż tak głośnych reakcji ze strony części opozycji i środowiska lewicowego czy nawet lewackiego - komentował w środę w Radiu Maryja Przemysław Czarnek. Zapewniał, że w projekcie „chodzi tylko i wyłącznie o to, ażeby kurator oświaty, który jest organem nadzoru pedagogicznego (...) miał dostęp również do tych treści, które są przekazywane przez organizacje pozarządowe na lekcjach fakultatywnych”. - Po to kurator jest organem nadzoru pedagogicznego w szkole, żeby miał wgląd również do tych treści i do tych materiałów, które są przekazywane dzieciom - mówił.

- Okazuje się, że trafiliśmy tym przepisem w dziesiątkę, bo to podniosło nieprawdopodobny hałas, krzyk ze strony tej części opozycji, którą moglibyśmy nawet śmiało nazwać neomarksistowską - ocenił minister edukacji. - Mówimy o pojedynczych organizacjach, które serwują w szkołach - zwłaszcza w wielkich miastach: w Poznaniu, w Gdańsku czy w Warszawie - edukację seksualną typu B, demoralizującą polskie dzieci, polską młodzież. Serwują tzw. zajęcia antydyskryminacyjne, które w gruncie rzeczy są dyskryminujące dla chrześcijan, dyskryminujące dla wartości, które leżą u podstaw naszej cywilizacji, naszego społeczeństwa. To są te zajęcia, które można śmiało nazwać praniem mózgu dzieci i młodzieży, dotyczące płciowości, seksualności, rzeczy, które absolutnie nie powinny nigdy w szkole się pojawiać - mówił Czarnek.

- I tylko dlatego, że teraz kurator, jeśli ta ustawa zostanie uchwalona ostatecznie i podpisana przez pana prezydenta, będzie miał możliwość sprzeciwu wobec wejścia do szkół takich organizacji - a na dziś tej możliwości sprzeciwu nie ma - to tylko dlatego podniósł się ogromny hałas - stwierdził szef resortu edukacji.

Czarnek skrytykował zwłaszcza Dariusza Klimczaka z PSL, który w czasie wtorkowych obrad mówił, że w „lex Czarnek” nie chodzi o wzmocnienie nadzoru pedagogicznego, tylko „o wzmocnienie nadzoru politycznego nad szkołą”. - Dlaczego jestem taki cięty na ten nadzór pedagogiczny? Ponieważ znam kuratorów oświaty, którzy dzisiaj funkcjonują za czasów Prawa i Sprawiedliwości - powiedział. Jak mówił, to nie są w głównej mierze fachowcy, ale osoby blisko związane z PiS - mówił.

Według ministra edukacji argumenty Klimczaka to „powód do wstydu dla wszystkich członków poważnej partii i mieszkańców polskiej wsi, ludzi, którzy rzeczywiście myślą rozsądnie i racjonalnie”. - Czyżby pan poseł Klimczak i PSL był za demoralizacją dzieci i młodzieży w polskich szkołach? Za seksualizacją, za ideologizacją dzieci, za rewolucją neomarksistowską, za promocją homoseksualizmu? Niech się członkowie Polskiego Stronnictwa Ludowego zastanowią, co robią ich przedstawiciele właśnie podczas tych obrad - mówił.