"Rz": Skąd się u Pana wziął pomysł na taki rower miejski? Czym różni się od zwykłego, tradycyjnego roweru?

Historia zaczęła się, gdy studiowałem na University College w Londynie. Moim zadaniem w pracy magisterskiej było znalezienie problemu wartego rozwiązania w sposób technologicznie zaawansowany. Założeniem było wymyślenie takiego rozwiązania i sprawdzenie, czy ludzie chcieliby z niego korzystać, ewentualnie zamówić prototyp. Podczas mojego pobytu w Londynie, szokiem były dla mnie gigantyczne korki, paraliżujące miasto. Uznałem, że jest to problem, który chciałbym zaatakować i podjąłem próbę. Jeszcze jako grupa studentów zaczęliśmy badać temat i według naszych spostrzeżeń mieszkańcy Londynu przemieszczali się po centrum miasta metrem, transportem publicznym lub samochodem. Natomiast korki są tak gigantyczne, że wiele osób musi zrezygnować z samochodu, bo przejechanie kilometra zajmuje ponad godzinę. Metrem ludzie nie chcą jeździć, bo brzydko pachnie i jest niebezpiecznie, a trzecia opcja to jest transport miejski naziemny, typu autobusy czy tramwaje, a to również wiąże się z korkami. Doszliśmy do wniosku, że jedynym sposobem na rozwiązanie tych wszystkich problemów jest rower. Także wniosek jest bardzo prosty, natomiast problem tkwił w postrzeganiu problemów przez użytkowników. Nie jest sztuką stworzyć rower i adresować go do ludzi, którzy już jeżdżą na rowerze, tylko trudno jest udowodnić ludziom, którzy nie jeżdżą na rowerze, że może on być rozwiązaniem. I tak właśnie powstał JIVR - bezłańcuchowy, składany, elektryczny smart bike.

Ile czasu trwało wymyślenie takiego roweru i zdobycie środków na przełożenie pomysłu na gotowy projekt?

Od momentu, w którym zarejestrowaliśmy firmę do momentu otwarcia produkcji seryjnej z klientami, inwestorami, pracownikami produkcyjnymi, minęły 4 lata. To jest długa droga, natomiast to jest też bardzo skomplikowany produkt, bo JIVR ma w sobie ok. 500 części, a jak na rower to jest bardzo dużo, z czego 300 części jest wykonywanych na zamówienie.

Co było najtrudniejsze zarówno w samym pomyśle jak i w zdobywaniu pieniędzy na jego zrealizowanie? Bez kogo i bez czego nie udałoby się pomysłu wdrożyć w życie?

Powiem tak: taki problem, trudny do rozwiązania, pojawia się średnio co rok. Każdy problem jest inny i każdy trzeba od nowa ugryźć z innej strony. Na przykład nasz ostatni problem, z roku 2016 – jak zautomatyzować produkcję, żeby to płynnie szło. Ale wracając do samego początku: rok 2012 to jest pytanie jak przyciągnąć ludzi do zespołu. Jak chłopak, który ma 23 lata i żadnego doświadczenia i w zasadzie nie ma żadnego pojęcia o tym, co robi –może przyciągnąć wartościowych ludzi do projektu, którzy mu pomogą go prowadzić. To był pierwszy problem, który mi się wydawał nie do przeskoczenia, ale jednak udało się go pokonać. Drugi problem pojawił się w roku 2013 – jak zaprojektować ten produkt? To znaczy mieliśmy pomysł i znaliśmy ogólne założenia: że ten rower nie może mieć łańcucha, że musi być elektryczny, wiedzieliśmy, że musi się składać i koncept był. Natomiast później zrobić żeby od strony inżynieryjnej to działało – to był proces, który zajął nam rok. Nikt się nie chciał tego podjąć. Pamiętam jak zdobyliśmy pierwsze pieniądze z UCL. Poszedłem wtedy do najlepszych firm inżynieryjnych na świecie, jakie znałem: McLarena, Lotusa, Williams F1, Boeinga, Lockheed Martin i pokazałem po prostu projekt i powiedziałem „pieniądze nie grają roli, panowie zaprojektujcie to". A oni mówili, że po prostu się nie da, że to nie będzie działać, a jeśli będzie działać, to będzie tak drogie, że nikt tego nie kupi. I oni się wyłożyli na tym. Musieliśmy działać lokalnie, razem z polskimi inwestorami i własnymi siłami pchać projekt do przodu. 2014 rok to było zbieranie pieniędzy na produkcję i to też było karkołomne zajęcie, bo nawet mając prototyp i trochę zamówień, nie było to wystarczające żeby zebrać kilka czy kilkanaście milionów złotych na uruchomienie produkcji seryjnej. Bardzo niechętnie inwestorzy do tego podchodzili. Teraz naszym kolejnym problemem, w zasadzie już rozwiązanym, od 2015 aż do teraz, to było useryjnienie produkcji. Czyli jak zrobić żeby produkt tak skomplikowany, który działa w prototypie, był składany przez pracowników na hali z powtarzalną jakością i żeby to wszystko działało tak, jak ma to działać. Także co roku jest nowy problem, zastanawiam się jaki będzie w roku 2016. Prawdopodobnie będzie to skalowanie sprzedaży na całym świecie, bo obecnie sytuacja jest taka, że mamy dużo więcej zamówień, niż jesteśmy w stanie wyprodukować.

Mielecki Inkubator Przedsiębiorczości poinformował, że Pana firma JIVR weszła do niego. Czy długo trzeba było Pana namawiać do powrotu do rodzinnego Mielca?

Kwatera główna, czyli sprzedaż, marketing i wizja strategiczna firmy dalej jest w Londynie, tam jest kreatywno-sprzedażowy zespół. Z Polski, z Mielca i Krakowa, chcemy uczynić zaplecze techniczne. Już w 2015 roku uruchomiliśmy w Mielcu pierwszą linię produkcyjną, a w najbliższym czasie część produkcji przenosimy na drugą halę, właśnie w Mieleckim Inkubatorze. Pochodzę z Mielca, tu się urodziłem i wychowałem, więc mam pewien sentyment do tego miasta. Za uruchomieniem produkcji właśnie w Mielcu w dużej mierze przemawiał lokalny patriotyzm, ale też zaplecze techniczne, dostęp do dobrze wykwalifikowanej siły roboczej itp. To, co mi się bardzo podoba w Polsce, szczególnie w moim rejonie, czyli na Podkarpaciu, a w Mielcu w szczególności, to jest podejście ludzi, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Czy to też oznacza, że Pana rowery będą sprzedawane teraz też w Polsce? Od kiedy? W jakiej cenie? Na jakich zasadach?

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Jeszcze rok czy pół roku temu powiedziałbym, że na pewno nie, natomiast w momencie, gdy podjęliśmy decyzję o uruchomieniu produkcji w Polsce – coś się ruszyło. Bardzo często spotykaliśmy się z opinią, że JIVR jest za drogi na Polskę, bo 10 tys zł to jest dużo. To prawda, to nie jest mało, natomiast ciekawe jest to, że w Polsce pieniądze są, tylko potrzeby są inne. Np. prezes średniej wielkości firmy w Warszawie, jak się dorobi i zarobi jakieś konkretniejsze pieniądze, podkreśli swój status kupując nowy samochód. W Nowym Jorku czy San Francisco taki prezes, który już się dorobił, pokaże to nie kupując nowy samochód, tylko pokazując jaki jest wyluzowany jeżdżąc do pracy na rowerze. On nie powie „zobacz jaki jestem cool, bo kupiłem nowe auto", tylko „zobacz jaki jestem cool, bo mogę przyjechać na rowerze do pracy i to w ogóle nie ujmuje mojej osobie". Także Polska kultura jeszcze trochę się przekształca, staramy się poprzez lepsze materiały udowodnić naszą wartość, natomiast coraz więcej osób naśladuje ten styl zachodni. Odkąd przyjechaliśmy tutaj na rynek polski z zerowym budżetem, bo na rynek polski nie wydaliśmy jeszcze ani grosza, sprzedaliśmy już kilkadziesiąt rowerów. Także ani raz nie prosiłem nikogo o kupienie roweru i nie wydałem ani grosza na marketing, ale 40 rowerów to już samo z siebie poszło. Także może rozważymy kiedyś wprowadzenie także budżetu marketingowego również na Polskę.

Jak dziś sprzedają się Pana rowery? Kto i je głównie kupuje? W jakiej cenie?

Łącznie z klientami indywidualnymi i dostawcami, jest to już kilka tysięcy zamówień z całego świata. Zamówienia spływają poprzez naszą stronę internetową, a cena roweru to L 2000. Jest kolejka i lista oczekujących, bo przy obecnej linii produkcyjnej zajęłoby to nam ok. 3 lat. Chcemy żeby linia produkcyjna była kilkukrotnie większa niż teraz, natomiast jest to nadal w fazie planów, mam nadzieję, że niedługo uda nam się to zrobić. JIVR jeszcze nie wkroczył na rynek - oficjalne wdrożenie produktu planujemy na kwiecień i maj w Londynie. Później będziemy jeździć po całej Anglii i Europie i prezentować JIVR i to można uznać za kamień milowy i wprowadzenie produktu na rynek.

Co doradziłby Pan innym młodym ludziom, na studiach czy zaraz po nich, czy warto realizować nawet najbardziej nieziemskie pomysły, bo to może być szansa na stworzenie czegoś fajnego i realizacji zawodowej. Jak Pan to widzi?

Istnieją, bardzo ogólnie mówiąc, dwa rodzaje przedsiębiorców – jedni, którzy tworzą firmę z pobudek czysto ekonomicznych i drudzy, którzy tworzą firmę z pobudek wizjonersko- moralnych. Tak to nazwijmy, w cudzysłowie, bo mówię to z lekkim uśmiechem na twarzy. Jeśli się tworzy firmę, bo chce się na niej zarobić, to czasem jest tak cholernie ciężko, że pieniądze nie są w stanie zmotywować. Jeżeli ktoś ma taką wewnętrzną potrzebę robienia czegoś fajnego i zmieniania jakiegoś bardzo drobnego kawałka świata to w zasadzie pojęcie „niemożliwe" nie istnieje. Ja myślę, że to jest jedna rzecz, która w biznesie jest fajna, natomiast w życiu codziennym jest fatalna – niesamowita upartość. Ja jestem uparty jak osioł i nigdy nie daje sobie powiedzieć „nie". Nie ma w moim słowniku słów „nie da się". Pytanie brzmi jak długo to zajmie i ile to będzie kosztowało, ale da się zawsze. I ja do tego tak podchodzę.

Dziękuję za rozmowę.