Mieszkający na Brooklynie od siódmego roku życia polski bokser walczył w Barclays Center przed swoją publicznością i wierzył, że wróci na zwycięską ścieżkę. Nie dopuszczał myśli, że po dwóch bolesnych porażkach z Finem Robertem Heleniusem może przegrać trzeci raz z rzędu, choć zdawał sobie sprawę, że Demirezen to trudny rywal.

Początek 10-rundowej walki dawał nadzieję na szczęśliwy koniec. Kownacki wygrał dwie pierwsze rundy, a Turek wyglądał na zaskoczonego. Kolejne starcia w większości toczyły się już jednak po jego myśli. Ciosy Kownackiego nie robiły na Turku wrażenia, a sam dawał się Polakowi we znaki, choć do gongu kończącego walkę mieszkający teraz w Miami „Babyface” nie był poważnie zagrożony.

Kownacki mówił przed tym pojedynkiem, że dla niego to walka „być albo nie być”

Zwycięstwa w kilku rundach próbował wyszarpać w końcówkach, szukał jeszcze szansy na sukces w ostatnim starciu, ale sędziowie nie mieli wątpliwości, kto jest lepszy, punktując 96:94 i dwa razy 97:93 da 31-letniego Demirezena, który tym samym odniósł szóste zwycięstwo z rzędu.

Kownacki mówił przed tym pojedynkiem, że dla niego to walka „być albo nie być”. Dlatego przygotowywał się solidnie, zrzucił sporo kilogramów, wysłał żonę z dziećmi do Polski, by myśleć tylko o boksie. Niewiele to dało, był w tym pojedynku słabszy i przegrał zasłużenie, choć Demirezen to nie jest kandydat na mistrza świata wagi ciężkiej.

Nie brakuje głosów, że Kownacki powinien kończyć karierę, bo szkoda zdrowia, królem defensywy już nie będzie, a za walkę z Demirezenem zarobił przecież 750 tysięcy dolarów, wcześniej też nie walczył za darmo. Oprócz tego dobrze wie, co robić z pieniędzmi, więc w nowym życiu da sobie radę.

Tyle tylko, że on nie chce żegnać się z boksem przegrany. Chciałby wrócić, wygrać i dopiero wtedy odejść na własnych warunkach. Ale o tym, jak mówił po walce, musi porozmawiać z żoną.