33-letni, mierzący 206 cm Fury był faworytem w starciu z urodzonym na Jamajce rok starszym, znacznie niższym (193 cm) Dillianem Whyte’em. Jedni stawiali na wygraną przed czasem, inni na punktowe zwycięstwo, a tylko nieliczni wierzyli, że Whyte sprawi sensację i odbierze mistrzowski pas dobremu przed laty koledze.

Byli w tym gronie m.in. znani angielscy pięściarze, były mistrz świata David Haye czy wciąż aktywny Dereck Chisora. Ten drugi mówił, że stawia dom na wygraną Whyte‘a. Był przekonany, że Fury zostanie na Wembley znokautowany.

„Król Cyganów“ nawet przez moment nie był jednak zagrożony. Śpiewając wszedł do ringu i rozpoczął walkę z normalnej pozycji, a Whyte z odwrotnej, co było zaskoczeniem.

W drugim starciu mańkutem był już Fury, a kandydat na mistrza wrócił do swojego naturalnego ustawienia. Ważący 120 kg (5 kg mniej niż w ostatnim pojedynku z Deontayem Wilderem) Tyson Fury spokojnie punktował lewym prostym, kontrolując dystans, od czasu do czasu bił mocno na korpus i z rundy na rundę powiększał przewagę.

Sędzia ringowy Mark Lyson, choć po raz pierwszy prowadził walkę o mistrzostwo świata, reagował zdecydowanie, gdy dochodziło do fauli. W pierwszej fazie tego pojedynku miał pełne ręce roboty.

Dillian Whyte (114,8 kg) nie miał w tej konfrontacji argumentów. Fury był szybszy, miał plan, który mądrze realizował. Tym razem wybrał wariant kontrolowanej, aktywnej defensywy wymuszającej błędy pretendenta, by w końcowej fazie szóstego starcia wystrzelić nagle prawym podbródkowym, którym znokautował Whyte’a. Ten wprawdzie zdołał wstać, podniósł gardę, ale był wyraźnie zamroczony i niezdolny do kontynuowania pojedynku.

Śpiewający mistrz

To był wymarzony finał tej jednostronnej bitwy. Najpierw metodyczne rozbrajanie, a później bomba na czubek szczęki, po której Whyte runął bezwładnie na deski. Mistrzostwem było ukrycie tego zamiaru, Whyte chyba zapomniał, że na tego typu uderzenia jest bardzo podatny, tak znokautował go w ich pierwszej walce Aleksander Powietkin, tak posłał na deski Oskar Rivas, a kilka lat wcześniej zdemolował Joshua.

– Takiego ciosu nie powstydziłby się sam Lennox Lewis – powie już po ogłoszeniu werdyktu Tyson Fury. Jego zdaniem były angielski mistrz świata wagi ciężkiej najlepiej mógłby docenić jakość tego uderzenia.

Lewis zabrał głos, pogratulował zwycięzcy i pochwalił za perfekcyjny pojedynek.

Namawiał też, by nie odchodził na emeryturę, co Fury zapowiedział. „Król Cyganów“ nie ukrywał, że chce odejść tak, jak legendarny Rocky Marciano – niepokonany. I zrobił to, co chciał, na oczach prawie 100-tys., swojej publiczności, do której wracał po czterech latach i pięciu walkach w USA. Nic dziwnego, że tak pięknie dziękował tym wszystkim, którzy przyszli na Wembley, i tym, którzy wykupili pay per view, a na koniec w swoim mistrzowskim stylu zaśpiewał „American Pie”. Nie było jeszcze takiego czempiona wagi ciężkiej jak on, tak barwnego, przy tym kontrowersyjnego i skutecznego.

Słucha żony

Jeśli więc dotrzyma słowa i zakończy karierę, trudno będzie go zastąpić. Na razie jednak nikt mu nie wierzy. Wszyscy wiedzą, że Fury mówi jedno, by za chwilę powiedzieć co innego. On sam opowiada, że chce toczyć dobrze opłacane walki pokazowe, takie jak Floyd Mayweather Jr. Chętnie wróci również do walk ustawianych, z których znany jest wrestling. W grę wchodzi też pojedynek z mistrzem amerykańskiej organizacji mieszanych sztuk walki (UFC), potężnym Francisem Ngannou, z którym jeszcze w ringu, przed kamerami, zamienił kilka zdań.

– Boks zawodowy to już przeszłość – obiecałem to żonie po trzeciej walce z Wilderem – zapewnia Fury. Żona Paris, matka ich sześciorga dzieci, to potwierdza. – On już niczego nie musi udowadniać. Gdyby miał jeszcze coś do zrobienia, powiedziałabym: „Tak, Tyson, zrób to!”, ale on już zrobił wszystko. Czuję, że jedyną motywacją dla powrotu mogłaby być dla niego walka unifikacyjna – dodała żona „Króla Cyganów”.

No właśnie, unifikacja i worek dolarów mogą skłonić Fury’ego do zmiany decyzji. Najpierw jednak musi odpocząć od zgiełku, przecież coraz głośniej mówi się o problemach jego przyjaciela Daniela Kinahana, bossa owianego złą sławą kartelu, z którym wiele lat był też związany biznesowo.

Fury w tej sytuacji zapewne taktycznie odpocznie, być może nawet usunie się w cień, zobaczy, kto wygra rewanżowy pojedynek Ołeksandr Usyk – Anthony Joshua o trzy mistrzowskie pasy (IBF, WBA, WBO), i dopiero wtedy zdecyduje, co dalej.

O pieniądze nie musi się już martwić. Za walkę z Dillianem Whyte’em zarobił ponad 30 mln dol., plus wpływy z pay per view. A pojedynek z Ngannou też zapełni każdy stadion na Wyspach Brytyjskich i Fury otrzyma za to krocie. Wystarczy przypomnieć starcie Mayweathera Jr z Conorem McGregorem – wypłaty były kosmiczne.

Gra na uczuciach

Najbardziej jednak oczekiwana byłaby konfrontacja „Króla Cyganów“ z Joshuą lub Usykiem o wszystkie pasy w królewskiej kategorii. Fury już je miał: IBF, WBA i WBO po wygranej z Władimirem Kliczką w 2015 r., ale je stracił.

Teraz jest posiadaczem pasów WBC, magazynu „The Ring” i tzw. tytułu linearnego, bardzo cenionego, zwłaszcza w USA.

Ci, którzy dobrze znają „Króla Cyganów“, mówią, że koniec kariery i emerytura to tylko gra na uczuciach kibiców. Poczeka, aż zatęsknią, podbije stawkę i wróci. W swoim stylu – śpiewająco.