Materiał powstał we współpracy z SafeKiddo

Skąd wziął się pomysł na pana biznes, jak powstało SafeKiddo?

SafeKiddo powstało z dwojakiej potrzeby własnej. Po pierwsze, zawsze chciałem mieć własny biznes i właśnie to był ten moment. Po drugie, mam dwóch synów. Starszy wtedy, w 2014 r., mając 11 lat, dostał pierwszego smartfona. Okazało się, że nie było wówczas oprogramowania pozwalającego na kontrolę rodzicielską (parental control). Pracowałem wtedy w Microsofcie, opiekowałem się firmami telekomunikacyjnymi i pomyślałem, że dobrym pomysłem na biznes byłoby przygotowanie takiej usługi dla telekomów, które oferowałyby ją swoim klientom. „Runda rozpoznawcza” potwierdziła moją ocenę i tak to się zaczęło.

Jakie możliwości sprawowania opieki nad tym, co robi dziecko, oferuje rodzicom pana aplikacja?

Bardzo szerokie. Po pierwsze, SafeKiddo to kompleksowe zarządzanie tym, co i kiedy dziecko może robić na telefonie. Umożliwia kontrolę wszystkiego, co dziecko robi w internecie – jakie odwiedza strony, ile czasu spędza w sieci, ale także w ogóle ile czasu spędza na korzystaniu z telefonu i aplikacji mobilnych. To także zarządzanie dostępem do tych aplikacji. Rodzic może zdecydować, jakie aplikacje czy strony dziecko może uruchamiać na telefonie, ale też wskazywać całe kategorie treści. Wychodzimy z założenia, że rodzic nie musi być ekspertem i nie zna internetu tak dobrze jak dzieciaki. Staramy się więc mu pomóc w określeniu, z jakich treści dziecko może korzystać. SafeKiddo dzieli internet na 24 kategorie tematyczne. Grupujemy je też w zależności od wieku dziecka. Inne są dostępne dla dziecka ośmioletniego, inne dla trzynastolatka. Podział przygotowaliśmy w oparciu o analizę przeprowadzoną z psychologiem dziecięcym.

Podobnie jest w przypadku aplikacji. Rodzic może np. umożliwić dostęp do kategorii „edukacja”, ale do „gry” już nie. Wtedy nie ma znaczenia, jak się nazywa dana aplikacja. Tu także jest dostępna opcja zarządzania czasem. Można np. wskazać, że dziecko może grać na komórce w Minecrafta w tygodniu nie więcej niż 30 minut dziennie i tylko po 17, jak odrobi lekcje, i np. w weekendy trochę dłużej.

A media społecznościowe?

Druga funkcjonalność SafeKiddo to właśnie monitorowanie social mediów. Rodzic dostaje raport, ile dziecko czasu spędziło np. na Facebooku, Instagramie, TikToku czy YouTubie i jakie filmy oglądało. Ma więc szeroką informację o tym, co dziecko robi w internecie. Bo tam niestety przeniosło się centrum życia dzieciaków.

SafeKiddo oferuje także bardzo ważną funkcję, jaką jest geolokalizacja. Rodzic może zobaczyć, gdzie jest w danej chwili dziecko. Może ustawić np. strefę „dom”, „szkoła” czy „zajęcia pozalekcyjne” i dostać powiadomienie, że dziecko dotarło do szkoły i może poczuć się bezpiecznie, że jest ono tam, gdzie powinno być. Można także dostać powiadomienie, że dziecko opuściło daną strefę.

Jest także opcja komunikacji dziecka z rodzicem, gdyż SafeKiddo ma wbudowany czat.

Jaka filozofia stoi za SafeKiddo?

Nasza filozofia opieki nad dzieckiem zakłada raczej dialog niż zakazy. Zawsze, gdy kiedy dziecko napotyka blokadę aplikacji, treści w internecie czy czasu, ma możliwość poproszenia rodzica o zmianę. Chodzi o uniknięcie frustracji, że nic nie może zrobić. Może więc poprosić o przedłużenie dostępu, bo np. czas zaraz się kończy, a jest jakiś ważny moment gry.

Bardzo ważnym założeniem przy projektowaniu aplikacji było to, by nie wzbudzała dużego oporu wśród dzieciaków, tylko by ochrona działała jak najbardziej miękko. Naszym celem jest właśnie ochrona, a nie kontrola.

Okazało się, że pomysł zrodzony przez potrzebę życiową przyciągnął uwagę gigantów telekomunikacyjnych. Jak to się stało?

Jak to bywa w biznesie, trzeba mieć szczęście i jakiś moment musi się po prostu zadziać. Bez tego można mieć najlepsze chęci i najlepszą usługę, ale się nie uda. Ja miałem to szczęście, że, jak wspomniałem, pracowałem w Microsofcie i moimi klientami były telekomy, więc było mi łatwiej do nich dotrzeć i zaprezentować swój pomysł. To były lata chodzenia i prób przyciągnięcia zainteresowania. Z pierwszym telekomem się nie udało. Ale z kolejnym, czyli z Orange, udało się, trafiliśmy na podatny grunt. Osoby w dziale marketingu akurat poszukiwały takiej usługi do swojego portfolio i tak się zaczęło.

Przydatność tego narzędzia doceniają nie tylko prywatne korporacje. SafeKiddo wygrało także przetarg jednej z instytucji administracji publicznej na system edukacyjny z nadzorem rodzicielskim dla szkół podstawowych i średnich.

Tak. To projekt z dużą historią. Takie duże projekty długo trwają. Pamiętam, że NASK już od długiego czasu zastanawiał się nad uruchomieniem takiej usługi i w końcu przetarg wystartował. Bardzo mocno weszliśmy całą firmą w odpowiedź na niego i przygotowanie usługi. Jak na niedużą firmę zrobiliśmy to z prędkością świetlną. Bardzo szybko wdrożyliśmy dużą usługę u dużego operatora. Wyskalowaliśmy ją na kilka milionów użytkowników. Wystartowała po bardzo gruntownym przetestowaniu.

Cieszymy się, że zostaliśmy docenieni. W przetargu startowało wiele firm i nasze rozwiązanie zostało wybrane jako to, które spełnia wszystkie wymagania przetargowe, ale też daje gwarancję, że usługa będzie stabilna i skalowalna na skalę krajową, co było bardzo ważne.

Wejście do oferty poważnych podmiotów prywatnych i państwowych to z jednej strony ogromny sukces, z drugiej oznacza mocne ograniczenie możliwości rozwoju własnego spółki w kraju. Rozwiązaniem była ekspansja na inne rynki. Jak ona przebiega?

Rzeczywiście, zdecydowaliśmy się na ekspansję, choć w Polsce będziemy jeszcze wychodzić z ofertą do telekomów, które korzystają w tym zakresie z innej usługi.

Zaprojektowałem ten biznes od strony sprzedażowej, czyli to, jak będę oferować SafeKiddo telekomom. Ale też od strony technicznej. Przyjąłem model value-added service dla operatora i model white label, czyli przygotowanie aplikacji pod brandem operatora. To nam bardzo ułatwia wejście na nowe rynki, bo operatorzy lubią oferować pod swoim brandem usługę, która się będzie klientom kojarzyła z nimi, z ich opieką. W ten sposób działamy. Z tego powodu jest nam łatwiej w stosunku do tego, co ma konkurencja. Zamiast oferować gotowe zamknięte pudełko, które ktoś weźmie albo nie, wychodzimy bardzo szerokim frontem do partnera i robimy usługę szytą na miarę.

Gdy pojawiła się potrzeba rośnięcia poza Polską, zaczęliśmy się rozglądać na rynkach trochę specyficznych, podobnych do naszego sprzed tych ośmiu lat. Świadomie wybieramy rynki mniejsze, na które jest relatywnie łatwiej wejść, niż aż tak bardzo dojrzałe. Z tego też powodu nie decydujemy się na razie na trudne rynki zachodnie.

Zrobiliśmy wdrożenie w Afryce. Nastąpiło to trochę przez przypadek. Znaleźliśmy partnera, który stwierdził, że nasza usługa jest świetna, a działał akurat na tamtym rynku i postanowił ją tam zaoferować. Obecnie dopinamy umowę z operatorem gruzińskim. Jesteśmy także na etapie poważnych rozmów z jednym z operatorów w Finlandii. Kolejne cele ekspansji to właśnie kraje nordyckie, ponieważ telekomy nie mają tam usługi nastawionej na parental control.

Jesteśmy też ciekawym przykładem tego, jak polska firma jest w stanie zrobić ekspansję w Azji. Parę lat temu rozpoczęliśmy współpracę z partnerem austriackim, który zaproponował nam wdrożenie projektu parental control w Wietnamie. To się udało. Teraz my kończymy podobny u innego operatora z tego kraju. Usługa powinna być w sprzedaży w przyszłym roku. Mamy w planie projekt u kolejnego operatora wietnamskiego. Mamy nadzieję, że zadziała tu efekt kuli śnieżnej.

W ekspansji zagranicznej mierzę siły na zamiary. Robimy duże rzeczy, jesteśmy gotowi na kolejne, ale operacyjnie jesteśmy małą firmą. Więc nie chcę się porywać z motyką na słońce i szeroko iść na wielkie rynki. Na razie uczymy się, strategia zakłada sprawdzenie, jak się współpracuje z zagranicą, mniejsze projekty, pokazanie, że potrafimy je wykonać, a wtedy uderzymy na rynki większe.

Myślicie o pozyskaniu inwestora?

Tak, ale niespiesznie. Na początku roku stwierdziliśmy, że będziemy obserwować sytuację. Na dziś w działalności bieżącej nie mamy takiej potrzeby, jesteśmy bardzo mocno stabilni finansowo. Natomiast mamy zupełnie nowy produkt, skierowany do klienta biznesowego, i przy nim myślimy o pozyskaniu inwestora. Postanowiliśmy sprawdzić ten temat. Przeprowadziliśmy już nawet bardzo poważne rozmowy z jednym z większych polskich funduszy venture capital, ale nie doszło do współpracy. Nasze oczekiwania były większe niż propozycja, ale sprawdziliśmy temat i wiemy, na co możemy liczyć. Z kolei w zeszłym roku jeden z największych vc zwrócił się do nas z pytaniem, co moglibyśmy razem zrobić, ale byliśmy jeszcze dla nich za mali.

Materiał powstał we współpracy z SafeKiddo