Teatr

Z cyrku do Royal Shakespeare Company

materiały prasowe
Bartłomiej Soroczyński to kolejny polski aktor po Andrzeju Sewerynie, który robi karierę w europejskich teatrach. Teraz gra pierwszoplanową rolę w Londynie.
Polakom często przeszkadzają kompleksy. Bartłomiej Soroczyński ich nie ma. – Zdążyłem się urodzić w Polsce w 1980 r., ale moi rodzice, wybitni artyści cyrkowi, wyjechali do Włoch, a potem do Kanady – mówi. – Zastanawiam się często nad swoją tożsamością i myślę, że jestem Polakiem, ale wychowanym w Kanadzie. W domu mówiło się po polsku, a oglądało filmy Wajdy, Polańskiego, Kieślowskiego, Holland. Na ich aktorach się wzoruję. Ale dobrze czuję się w Londynie, bo tam są prawie sami obcokrajowcy.

Cyrk jak bajka

Rodzina Soroczyńskich wyjechała z Polski w stanie wojennym. – Najcięższe czasy nas ominęły, ale z kolei w Kanadzie rodzice zaczynali kompletnie od zera – mówi. – Nie mieli ani pieniędzy, ani perspektyw, nie znali języka. Tacie udało się, bo wierzył w swój talent, wiedział, że ma coś do zaproponowania.
Dziś Krzysztof Soroczyński, ojciec Bartłomieja, to  jedna z ważniejszych postaci świata cyrku. Przygotował przedstawienia dla słynnego Cirque du Soleil, który ma siedziby na całym świecie, w tym w Las Vegas. Związał się także z Cirque Eloize, grającym spektakle na wszystkich kontynentach w kameralnych teatrach. Jest jurorem wielu międzynarodowych festiwali cyrkowych i znanym kolekcjonerem książek, plakatów, znaczków o tematyce cyrkowej. Zaczynał karierę w czasach, gdy cyrk miał swój wspaniały festiwal w Monte Carlo, gościł w Awinionie, ale w Polsce nim gardzono, uważano za sztukę plebejską. – Wzrastałem w Gorlicach, małym miasteczku na południu kraju – mówi Krzysztof Soroczyński. – Zafascynowałem się cyrkiem, kiedy miałem 9 lat. Niesamowite było już to, że obok nas wyrastało cyrkowe miasteczko, i tak szybko jak się pojawiało, tak nagle znikało. Jak w bajce. Krzysztof Soroczyński zgadza się, że polscy cyrkowcy nie potrafili przełamać stereotypu plebejskiej rozrywki. – W latach 70. utrzymywali anachroniczne układy, wpływy wielopokoleniowych klanów, bali się nowości. Kiedy akrobata się starzał, kupowano mu słonia i zostawał treserem, choć nie miał o tym zielonego pojęcia. Program budowano z przypadkowo dobieranych numerów. Pojawiło się jednak środowisko młodych ludzi niezwiązanych z cyrkiem, m.in. sportowców. – W 1980 r. pojechaliśmy do Paryża na festiwal młodych talentów. Dwie polskie ekipy zajęły tam pierwsze miejsce – kontynuuje pan Krzysztof. – Nasz szef Ryszard Kubiak został dyrektorem Zakładu Widowisk Cyrkowych. Pojawił się promyk nadziei, ale nastał stan wojenny. Wtedy wyemigrowałem jak wielu kolegów. Tak się jednak złożyło, że Ryszard Kubiak, na zlecenie ówczesnego ministra kultury Francji, założył szkołę cyrkową pod Paryżem. Nowa sztuka cyrkowa była współtworzona m.in. przez artystów teatrów ulicznych. – W większości zrezygnowaliśmy z występów zwierząt – mówi Krzysztof Soroczyński. – Gramy w teatrach, pracujemy profesjonalnie. Próby do spektaklu „Nomade" w reżyserii Daniele Finzi Pasca, w którym mój syn Bartłomiej debiutował w głównej roli Klowna, trwały osiem miesięcy. Tworzył go dyrektor artystyczny, reżyser świateł. Zaprojektowaliśmy makijaże, nagłośnienie, kostiumy. Unikaliśmy cekinów, kiczu. Aktorzy nie tylko pokazywali cyrkowe numery, ale tańczyli i śpiewali. Na pokaz w Paryżu Krzysztof Soroczyński zaprosił 150 osób z tamtejszej Polonii. Byli wśród nich Roman Polański z rodziną, Wojciech Pszoniak, Henryk Giedroyc, działacz emigracyjny, brat redaktora naczelnego paryskiej „Kultury".

Argentyna – Paryż

Celem Bartłomieja stało się jednak aktorstwo. Podczas czterech lat globalnego tournée „Nomade" często wyrywał się do teatru, oglądał spektakle najsłynniejszych światowych inscenizatorów. – Zakochałem się w teatrze jeszcze w czasach, gdy chodziłem do Montreal National Circus School – wspomina aktor. – Zdecydowałem, że po zakończeniu kontraktu z Eloize rozpocznę studia aktorskie. Stało się to w Argentynie. Potem przeniosłem się do Paryża. Zobaczyła go wtedy Irina Brook, słynna córka Petera Brooka, i zaprosiła na pierwszą próbę „Somewhere La Mancha" na podstawie „Don Kichota". – Czytaliśmy tekst, improwizowaliśmy. Koledzy mnie zaakceptowali, a Irina pod koniec dnia powiedziała: „Jeśli chcesz, możesz z nami zostać" – mówi Soroczyński. – Zaproszenie do takiej kompanii zszokowało mnie, bo niezwykle trudno dostać się do paryskich zespołów, to dosyć hermetyczny artystyczny świat, zwłaszcza dla obcokrajowców. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pasowałem do wizji Brook, teatru wielokulturowego, bo jestem Polakiem z Kanady, mówię po francusku, angielsku, hiszpańsku, polsku. Aby nie czuć się intruzem, zapytałem każdego z przyszłych kolegów z osobna, czy nie mają nic przeciwko mojemu udziałowi w grupie. Wychowałem się w Kanadzie, ale aktorstwa uczyłem się na filmach Holland czy Wajdy. Ale najchętniej zamieszkałbym w  Londynie Adaptacja „Don Kichota" została pokazana na Festival d'Avignon Off. Potem Irina Brook zaproponowała Soroczyńskiemu udział w „Burzy" Szekspira. Premiery obu spektakli odbyły się w Theatre des Bouffes du Nord, na słynnej scenie Petera Brooka, gdzie pokazywane są najważniejsze produkcje światowego teatru.

Lupa, skromny mistrz

– W „Burzy" wystąpiłem w Polsce na Międzynarodowym Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku w 2010 r. Granie dla polskiej widowni było dla mnie wielkim przeżyciem – mówi Bartłomiej. „Don Kichot" był pokazywany na światowym tournée, ostatni pokaz odbył się na zeszłorocznym festiwalu w Salzburgu. Ważne były również warsztaty u słynnej Ariane Mnouchkine i Philippe'a Gauliera. Proponują inne podejście do aktorstwa niż w Polsce i Rosji. Nazywają to grą dziecięcą, dużo jest improwizacji. Na wschodzie Europy proces kreacji aktorskiej zaczyna się od wnętrza aktora, od szukania emocji. Aktor musi stworzyć postać. – Francuscy i angielscy aktorzy często zaczynają od słowa, ono jest najważniejsze – szukają w nim partytury. Wiele zależy od umiejętności mówienia tekstu. Szekspir tak napisał role dla aktorów, że wystarczy dobrze przeczytać sztukę, by wiedzieć, jak ją grać. – Pracuję w teatrze od ośmiu lat, ale ciągle szukam mistrzów, od których mogę się uczyć. Maja Komorowska skontaktowała mnie z Krzysztofem Warlikowskim. Krystiana Lupę poznałem w Warszawie, gdzie miałem okazję przyglądać się powstawaniu „Marylin" – wspomina  Soroczyński. A kiedy Lupa realizował głośną w Europie „Poczekalnię 2.0", Soroczyński brał udział w próbach czytanych. – Pracowałem z zespołem, tworzyłem role. W końcu powiedziałem: „Krystian, pracuję z wami, wpisz mnie do spektaklu". Ale na mój udział w spektaklu nie zgodzili się producenci. Było już po castingu, budżet został zamknięty. Lupa miewa w Polsce opinię skandalisty, manipulatora. Opinia Soroczyńskiego może zaskakiwać: – To nie tylko mistrz, ale artysta niezwykle skromny, uczciwy jako człowiek. Nie tylko reżyser, ale i niezwykły pedagog. Marzę o tym, żeby zagrać w Polsce. Mam nadzieję, że kiedyś do tego dojdzie.

Liczą się nowe wyzwania

Soroczyński przyjechał do Anglii rok temu, nie myśląc o pracy w Royal Shakespeare Company. Już początek był udany. Zagrał w „Tell Them That I Am Young and Beautifull" u boku Kathryn Hunter, znanej kinowej widowni z serii Harry'ego Pottera oraz „Wszystko albo nic" Mike'a Leigh. Kolejny spektakl „Missing" Gecko Theatre Company zainteresował londyńską agentkę. – Wróciłem już z Londynu do Paryża, i wtedy dostałem e-mail z zaproszeniem na casting do Royal Shakespeare Company do roli Doktora Caiusa w „Wesołych kumoszkach z Windsoru" i sztuki „The Mouse And His Child". Obawiałem się RSC, bo to jest bardzo sławny teatr. Ale udało się. W przyszłym roku Soroczyński zagra w spektaklu „Głupiec i księżniczka", który w Zurychu przygotowuje Michael Finger. Potem powstanie film. – Bardzo mi na tym zależy – mówi. – A potem chciałbym osiąść w Londynie. Ale na razie muszę się jeszcze uczyć, wciąż szukam kolejnych wyzwań, jest to dla mnie najważniejsze. Muszę jechać tam, gdzie zdarzają się nowe wyzwania.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL