Piłka nożna

Nasi drodzy goście

Maor Melikson jeszcze w ubiegłym roku grał dobrze, dziś, podobnie jak cała Wisła, jest bez formy
Fotorzepa, pn Piotr Nowak
Od ponad 20 lat przez ekstraklasę przewinęło się około tysiąca obcokrajowców. Zapamiętaliśmy zaledwie kilku
Pierwsza była Jagiellonia, która latem 1989 roku sprowadziła trzech Litwinów z Atlantasu Kłajpeda. Obrońca Valdas Kasparavicius miał 33 lata, pomocnik Algis Mackevicius 31 i tylko 25-letni napastnik Gintas Kuiliunas rokował nadzieje. Grał w ataku z obecnym prezesem Jagiellonii Cezarym Kuleszą. Wytrzymali w Białymstoku kilka miesięcy. Byli pierwszymi obywatelami ZSRR, którzy wystąpili w polskiej ekstraklasie.
Ale Kraj Rad już się walił, taki zachód, jakim była dla litewskich piłkarzy Polska, już im nie wystarczał i po kilku miesiącach pojechali dalej – do Niemiec. A tam już nikt nie zwracał na nich uwagi. Bałagan, jaki panował w Polsce w czasach transformacji, widoczny był także w piłce nożnej. Ludzie z inicjatywą poczuli wiatr w żaglach, włożyli białe skarpetki do czarnych pantofli, a kto był bliżej futbolu, ten dobrze wiedział, że to żyła złota. Nim FIFA wprowadziła licencje dla agentów piłkarskich, zawodnikami mógł handlować każdy. Na początku lat 90. w Polsce było tylko kilku licencjonowanych agentów FIFA. Dziś jest 73.

Epoka Tymińskiego

Sprowadzają piłkarzy do Polski i eksportują Polaków za granicę. Są wśród nich byli znani piłkarze: Czesław Boguszewicz, Marek Citko, Cezary Kucharski (agent Roberta Lewandowskiego), Mariusz Piekarski, Andrzej Szarmach, Paweł Wojtala. Oni wiedzą, na czym polega ta praca, bo sami doświadczyli jej uroków i wad, kiedy byli towarem. Na liście są lub byli znani działacze piłkarscy: Janusz Oster (Górnik Zabrze), Edward Socha (Odra Wodzisław), właściciel klubu z Radomska Tadeusz Dąbrowski, wydawca tygodnika „Piłka Nożna" Marek Profus, eksdziennikarze: Jarosław Kołakowski (w przeszłości także rzecznik PZPN), Ryszard Szuster (także były prezes Górnika Zabrze) czy nieżyjący już Ryszard Starzyński, który, jak głosiła plotka, nie wytrzymał presji towarzyszącej nie zawsze czystym interesom w tej branży. Zwykło się uważać, że agent piłkarza to najgorsze, co mogło spotkać futbol. Jest w tym wiele racji. Znam mało agentów, o których mógłbym powiedzieć, że sprzedając czy kupując piłkarza dbają przede wszystkim o jego dobro. Myślą o swoich pieniądzach, im drożej sprzedadzą, tym więcej zarobią. Im większy kontrakt wynegocjują, tym więcej trafi co miesiąc do ich kieszeni. Z punktu widzenia praw rynku to jest normalne, ale interesów zawodnika już nie zawsze. Ponieważ polskie kluby nie są atrakcją finansową dla dobrych piłkarzy z Ameryki Południowej, Afryki, Azji czy Bałkanów, trafiają do nas gracze trzeciego sortu. Siłą rzeczy tańsi, więc żeby na nich zarobić, ilość musi zastąpić jakość. W bieżącym sezonie na około pięciuset piłkarzy szesnastu klubów ekstraklasy nieco ponad stu to cudzoziemcy. Bywało nawet więcej. O ilu z nich możemy powiedzieć, że grają na poziomie reprezentantów Polski lub są od nich lepsi? O niewielu. Słowak Duszan Kuciak, Serbowie Miroslav Radović i Danijel Ljuboja w Legii, Gruzin Vladimir Dwaliszwili w Polonii, Prejuce Nakoulma z Burkina Faso w Górniku, Kolumbijczyk Manuel Arboleda w Lechu, Abdou Razak Traore z Burkina Faso w Lechii, Estończyk Sergiej Pareiko, Izraelczyk Maor Melikson w Wiśle. I to wszystko. Pozostali to szarość, chociaż zazwyczaj bardzo dobrze opłacana. Problemy finansowe klubów są szansą młodych polskich piłkarzy. Do niedawna dla większości pazernych agentów byli oni mniej atrakcyjni od słabszych cudzoziemców. Dziś, kiedy kluby nie mają pieniędzy, muszą brać tych, którzy są pod ręką. A ponieważ coraz więcej wychowanków gra dobrze, reprezentacja do lat 17, prowadzona przez Marcina Dornę zajęła trzecie miejsce w mistrzostwach Europy, może wreszcie coś się zmieni. Kiedy w Polsce zaczynał się wolny rynek futbolowy, wszystkie chwyty były dozwolone, biznesmeni czuli się jak ryby w wodzie. To działo się mniej więcej w okresie aktywności Stana Tymińskiego. W piłce było takich kilku. W Warszawie pojawił się Polak z Norwegii, który na konferencji prasowej na stadionie Polonii jako argument na swoją wiarygodność podał informację, że podczas wojny w Zatoce Perskiej ukrywał w szafie krewnego emira Kuwejtu. I ten emir, w ramach wdzięczności, gotów jest zbudować nowy stadion Polonii z rozsuwanym dachem. Na otwarcie koncert da tam Madonna, a prawdopodobny jest transfer Davida Beckhama. Nikt tego faceta nie wyśmiał, poważni dziennikarze robili z nim wywiady. Jego wiarygodność podważył dopiero Adam Musiał, który powiedział, że ten biznesmen mówił to samo w Krakowie, a potem się ulotnił i nie miał kto zapłacić rachunku za jedzenie. Kiedy wielkopolscy biznesmeni zakochani w futbolu kupili klub w Pniewach i nadali mu nazwę Tygodnik Miliarder (mieli też gazetę o tej nazwie), wielu uznało to za dowód obrotności i skuteczności. A że wyniki tego klubu, który szybko awansował do ekstraklasy, były dość podejrzane, to już inna historia. Tak było w połowie lat 90., już po tym, jak Włodzimierz Lubański, który też był menedżerem piłkarskim, pośredniczył w sprzedaży króla strzelców ligi Tomasza Dziubińskiego z Wisły do FC Brugge za milion dolarów. To był sygnał, ile można zarobić na transferze nawet piłkarza średniej klasy. A że Dziubiński był pierwszym Polakiem, który strzelił bramkę w Lidze Mistrzów, to fakt. Zaczął się też ruch w drugą stronę. Mieszkający w Zimbabwe polski trener Wiesław Grabowski zaczął wysyłać tamtejszych piłkarzy do Polski. Większość nie zrobiła kariery, a na Dicksonie Choto, który spędził trzy sezony w Zabrzu i Szczecinie, poznano się dopiero w Legii.

Zajezdnia Iława

Modę na czarnoskórych sportowców zapoczątkował koszykarz Kent Washington. Przyjechał do Startu Lublin pod koniec lat 70. i stał się atrakcją pod każdym względem. Kilkanaście lat później większość polskich klubów ligowych miała w składzie czarnoskórego gracza. Pierwszym w Legii był w roku 1995 Ghańczyk Joseph Azziz, w Polonii – jego brat (podobno) Emmanuel Tetteh (1997), w Górniku Nigeryjczyk Cornelius Udebulozur (1996). Dla każdego z nich Polska była tylko przystankiem, ale żaden nie zrobił potem kariery (Tetteh grał w Goeteborgu). Inni byli jeszcze słabsi. W jednych rzucano bananami, inni stawali się ulubieńcami trybun. Nigeryjczyk Stanley Udenkwor był dla kibiców Polonii po prostu „Staśkiem". Pozostał tu, założył firmę i angażuje się w ruch antyrasistowski. Do niedawna na Ursynowie można było usłyszeć nocne okrzyki „Dickson Choto – polskie złoto". Kiedy Emmanuel Olisadebe zaczął strzelać bramki dla reprezentacji, chłopcy nosili koszulki z jego nazwiskiem. Kibice Legii lubili Nigeryjczyka Kennetha Zeigbo, który pogrążył Widzew i wszystko, co miał do powiedzenia po polsku brzmiało „spoko, spoko". Inny piłkarz Legii, Kameruńczyk Franklin Mudoh, mniej się w Polsce nagrał, ale za to nasiedział się wiele miesięcy, aresztowany za oszustwa. Nigeryjczyk Moussa Yahaya pokochał polską wódkę. Niezależnie od tego, jak kto grał, gdy już sprowadzono go do Polski, to transferowano od klubu do klubu, aby na każdym takim przejściu zarobić. Kiedy zawodnik do niczego się już nie nadawał, trafiał do klubu Jeziorak Iława, domu spokojnej starości dla piłkarzy afrykańskich. Agenci obracający zagranicznymi piłkarzami przekonywali szefa klubu i trenera, że zrobią złoty interes, angażując zawodnika określanego zazwyczaj jako następca Beckhama, Ronaldo, Ronaldinho. Jeśli prezes lub trener nie dawali wiary menedżerowi, ten przekonywał ich argumentami finansowymi. W Polsce przez ostatnich kilkanaście lat dobrze wiedziano, który trener jest związany z konkretnym agentem. Niektórych piłkarzy wstawiano do drużyny na siłę tylko po to, żeby mogli sobie wpisać do życiorysu, że grali w klubie polskiej ekstraklasy. To podnosiło ich cenę w negocjacjach z kolejnym zagranicznym klubem. Czasami agenci wykorzystywali też dziennikarzy. Kilka lat temu przeczytałem duży tekst o chorwackim zawodniku, który nazywał się Andy Bara. Zachwyty dziennikarza świadczyły o tym, że mamy do czynienia z następcą Paolo Maldiniego. Kiedy zobaczyłem go na boisku, myślałem, że śnię – on po prostu nie umiał grać. Menedżer nabrał wszystkich.

Pan Ptak w Brazylii

Dzisiejszy obrońca Legii Marko Suler to przynajmniej reprezentant Słowenii, ale ten, kto go sprowadził na Łazienkowską albo się nie zna na piłce, albo na ekonomii. Kontrakty zawierane z zagranicznymi zawodnikami są zwykle większe od tych, jakie mają Polacy, bo agent potrafi przekonać dyrektora sportowego klubu, trenera czy kogoś jeszcze wyżej, że robi interes życia. Czy liczy na brak kompetencji tych ludzi, czy na to, że tylko ryba nie bierze? To jest szara strefa w piłce, o której głośno się nie mówi. Jedynym klubem, który wyszedł dobrze (ale na krótko), na transferach zagranicznych piłkarzy była „holenderska" Wisła Roberta Maaskanta i Stana Valckxa. Tam przewaga cudzoziemców była tak duża, że z góry rezerwowano opaskę kapitańską dla jednego z dwóch Polaków w jedenastce. Wisła zdobyła mistrzostwo, ale potem się rozpadła i płaci za to do dziś. Kiedy Antoni Ptak kupił ŁKS, klub o prawie stuletniej tradycji, zmienił jego nazwę na ŁKS Ptak. Gdy zwiedza się muzeum na Old Trafford, wśród proporców klubów, które walczyły z Manchesterem United, widać z daleka ten z nazwiskiem właściciela ŁKS. Potem Antoni Ptak przeniósł swe uczucia na Pogoń Szczecin. Sprowadzał do niej hurtem młodych Brazylijczyków. Patrząc na ich poczynania na boisku, trudno się było oprzeć wrażeniu, że zabierano ich prosto z plaży. Ale wiara w możliwości właściciela Pogoni była tak duża, że dziennikarze pisali o narodzinach nowej potęgi w polskim futbolu. Aż Pogoń spadła z ekstraklasy, tak jak wcześniej ŁKS. Od tamtej pory upłynęło kilka lat, wiele się zmieniło, Antoni Ptak szczęśliwie porzucił futbol, ale obecność zagranicznych miernot w klubach ekstraklasy świadczy o tym, że kibice wciąż są oszukiwani.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL