fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Racja stanu racja klanu

Rzeczpospolita, Robert Gardziński Robert Gardziński
Mimo że sowieckiego imperium już nie ma, to sowietyzm czy też sowiecka kultura polityczna święcą tryumfy – twierdzi politolog w rozmowie z Adamem Tycnerem
Wybory na Litwie wygrała Partia Pracy Wiktora Uspaskicha, polityka i biznesmena rosyjskiego pochodzenia. W gruzińskich wyborach parlamentarnych zwyciężyło ugrupowanie Bidziny Iwaniszwilego, miliardera, który dorobił się na interesach w Rosji. Czy mamy do czynienia ze zwrotem byłych republik Związku Sowieckiego w kierunku Rosji?

Włodzimierz Marciniak:
W Polsce często się tak interpretuje. Wygląda jednak na to, że należy przyjąć tu inny klucz. Nowe władze na Litwie i w Gruzji mogą uprawiać różną politykę, zarówno prorosyjską jak i antyrosyjską. Pewne jest jednak to, że stają się one coraz bardziej sowieckie.

W jakim znaczeniu?

Chodzi o typ kultury politycznej. Mimo że sowieckiego imperium już nie ma, to sowietyzm czy też sowiecka kultura polityczna święcą triumfy. Łączą one w sobie formalne elementy demokracji z korupcją, trwałym kryzysem rządów prawa i lub niejasną rolą służb specjalnych, zarówno miejscowych jak i rosyjskich. Problem nie polega na tym, że Litwa czy Gruzja zmienią nagle o 180 stopni swoją politykę zagraniczną. Chodzi raczej o to, że przywódcy tych państw mogą włączyć się w grę interesów z przywódcami Rosji i innych krajów postsowieckich. I nie chodzi tu o interesy któregokolwiek z tych państw, ale o korzyści samych przywódców i ich otoczenia.

Jak to wygląda w praktyce?

Weźmy na przykład wspólny obszar celny Białorusi, Rosji i Kazachstanu. Na takim obszarze cła zewnętrzne powinny być jednakowe. Tymczasem Białoruś i Rosja pobierają cła w różnym wymiarze. Na Białorusi jest kilka zakładów petrochemicznych, do których rosyjskie firmy eksportują ropę naftową. Z Białorusi benzyna i inne przetwory wyprodukowane z tej ropy sprzedawane są na Zachód. Rosyjskim firmom się to opłaca, bo za sprzedaną benzynę płacą niższe, białoruskie cła eksportowe. Budżet rosyjski traci na tym jednak mnóstwo pieniędzy, które mógłby zarobić, gdyby benzyna była eksportowana przez granicę rosyjską. Na zdrowy rozum taki układ powinno się przeciąć, ujednolicając chociażby stawki celne. Ale rosyjskie kompanie naftowe, które powiększają w ten sposób zyski, są własnością wysokich rosyjskich urzędników państwowych. Dlatego ten układ trwa w najlepsze.

Czy tymi mechanizmami należy tłumaczyć różne rosyjskie inicjatywy gospodarcze w Azji Środkowej i Europie Wschodniej? Na pierwszy rzut oka wiele z nich się Rosjanom nie opłaca.

Pytanie brzmi: którym Rosjanom. Rosyjski budżet rzeczywiście często na nich traci, zarabiają natomiast ludzie władzy. Gdyby policzyć pieniądze, które Rosja wydaje na utrzymywanie bliskich stosunków gospodarczych z byłymi republikami sowieckimi, to okazałoby się, że jest to dla niej bardzo kiepski interes. Nie o to jednak chodzi. To samo dotyczy konfliktów między krajami byłego ZSRR. Dochodzi do nich nie dlatego, że interesy tych krajów są ze sobą sprzeczne. Przyczyny są na ogół prozaiczne: ktoś dochodzi do wniosku, że zarabia za mało, albo że ktoś inny jest zbyt pazerny i trzeba mu dać nauczkę. Takie mechanizmy są typowe dla państw rządzonych przez ludzi ukształtowanych w postsowieckiej kulturze politycznej.

Z tego schematu wyłamywał się Micheil Saakaszwili, który przegrał wybory parlamentarne w Gruzji.

Tak, ambicją Saakaszwilego było wyrwanie kraju z postsowietyzmu. Saakaszwili studiował w USA i nie był ukształtowany przez Komsomoł ani jakąkolwiek inną sowiecką instytucję. Dlatego odstawał od reszty przywódców byłych republik sowieckich i nie został przyjęty do ich grona. Oni go po prostu nie rozumieli, nie potrafili się z nim dogadać. Na przykładzie Gruzji widać, jak wiele można zdziałać, wyrywając się ze schematów myślenia, które dominują wśród byłych sowieckich aparatczyków. Za rządów Saakaszwilego Gruzja bardzo się wzbogaciła – z kraju, w którym brakowało prądu, zamieniła się w eksportera energii, ściągnęła wielki kapitał zagraniczny. Jednak ujawniony przed wyborami film, na którym widać, jak strażnicy więzienni biją i torturują więźniów, pokazał, że gruzińskie służby państwowe są nadal przesiąknięte postsowiecką mentalnością.
Dwa lata temu, podczas konfliktu Aleksandra Łukaszenki z Władimirem Putinem, doszło do zbliżenia Białorusi, Azerbejdżanu i Gruzji. Czy takie doraźne sojusze mogą kiedyś przerodzić się w trwalsze inicjatywy?
Był to wówczas, jak się okazało, chwilowy manewr taktyczny Łukaszenki. Kiedy przywódca którejś z byłych sowieckich republik ma na pieńku z Rosją, wchodzi w doraźny sojusz z przywódcami innych państw byłego ZSRR, którzy akurat mają podobne problemy. Ten schemat często się powtarza.
Jest szansa, że któryś z takich taktycznych sojuszy utrwali się i zamieni w stałą współpracę?
Raczej nie. Za każdym razem, gdy dochodzi do takiej sytuacji, na Zachodzie i w Polsce rozbudzają się nadzieje na powstanie jakiejś antyrosyjskiej siły. Wynika to z niezrozumienia postsowieckiej kultury politycznej. Jej specyfika polega na tym, że Kazachstanowi, Uzbekistanowi czy Białorusi udaje się czasem ograć Rosję, bo przywódcy tych państw dobrze znają jej słabe punkty i gdy połączą siły, potrafią je wykorzystać. Na Białorusi są przecież opozycjoniści finansowani przez Moskwę, których Łukaszenko wsadził do więzienia. Nie spowodowało to załamania się stosunków białorusko-rosyjskich, bo współpracownicy Putina mają zbyt dużo interesów na Białorusi, żeby stawiać sprawę na ostrzu noża z powodu kilku działaczy opozycji. Wolą ułożyć się na nowo z Łukaszenką. Jednak ani białoruski prezydent, ani żaden inny przywódca byłej radzieckiej republiki nigdy nie wejdzie w trwały konflikt z Putinem, choćby z tego względu, że dla niego i jego politycznego otoczenia oznaczałoby to utratę wielkich zysków finansowych.
Czy stworzenie jakiegokolwiek sojuszu z sąsiadami Rosji jest w takim razie niemożliwe? To stawiałoby pod znakiem zapytania jedną z głównych, choć chwilowo zarzuconych, koncepcji polskiej polityki wschodniej.
Przede wszystkim ułomnością polskiej polityki jest przekonanie o wielkości i potędze Moskwy. Sąsiedzi Rosji nie traktują jej jako zagrożenia. Traktują ją jako partnera, z którym trzeba grać bez kompleksów. W Taszkiencie, w Mińsku czy Astanie dobrze wiedzą, że w sporach z Putinem można postawić na swoim. Należy oczywiście zaznaczyć, że oni mają łatwiej niż my, bo w postsowieckich regułach gry politycznej czują się jak ryby w wodzie. U nas byłyby z tym problemy.
Na czym więc powinna polegać skuteczna polityka wschodnia?
Mądra polityka wschodnia na pewno nie powinna polegać na tworzeniu trwałych sojuszy z którymkolwiek z tych państw, a już na pewno nie pod sztandarem antyrosyjskości. Przywódcy państw kaukaskich i środkowoazjatyckich, Białorusi i w mniejszym stopniu Ukrainy nie wyrzekną się zysków z interesów z Rosjanami. Łączą ich interesy. To są wspólnicy, którzy czasami nawzajem się okradają, ale nigdy się nie rozstaną. Dlatego można z nimi wchodzić w doraźne sojusze dla osiągnięcia konkretnych celów, ale nie ma co liczyć na stworzenie jakiegoś strategicznego aliansu z konkretnym państwem czy grupą państw.
Jaka będzie przyszłość Azji Środkowej? Coraz większe wpływy mają tam Chiny. Czy można postawić tezę, że Zachód oddał w tym regionie pole, i kiedy w 2014 roku NATO zlikwiduje tamtejsze bazy i linie zaopatrzeniowe, które stanowią zaplecze dla misji w Afganistanie, to w Uzbekistanie, Turkmenistanie, Tadżykistanie czy Kirgistanie będą ścierać się już tylko interesy chińskie i rosyjskie?
Taki scenariusz jest bardzo prawdopodobny. Jeszcze niedawno Rosjanie byli pewni, że zachowają wyłączność na wpływy w Azji Środkowej, chcieli być jedynym gwarantem bezpieczeństwa postsowieckich republik. Putin zdaje sobie jednak sprawę, że największe zagrożenie dla Rosji może przyjść z południa, od strony świata islamskiego. Dlatego Rosja zarzuciła antynatowską propagandę, która jeszcze całkiem niedawno straszyła obywateli wizją natowskich czołgów pod Smoleńskiem i zgodziła się na obecność wojsk sojuszu w swoim najbliższym sąsiedztwie. Putinowi jest to na rękę.
To bardzo trzeźwa kalkulacja.
Rosja nie chce się otwarcie włączać w działania wymierzone w kraje islamskie, bo ma zbyt dużo muzułmanów u siebie. Obecność wojsk NATO w Azji Środkowej była więc dla Putina dość wygodna, bo zapewnił sobie względne bezpieczeństwo, a złość świata islamskiego skupiła się na Zachodzie. Teraz, gdy wpływy Zachodu w regionie maleją, a interwencja w Afganistanie zmierza ku końcowi, Rosja będzie musiała sama radzić sobie z chaosem w Azji Środkowej. Dlatego bez większych oporów dogaduje się z pomniejszymi graczami, takimi jak Turcja czy Iran, ale przede wszystkim dzieli się tą odpowiedzialnością z Chinami. Problem stosunków z Chinami jest jedną z nielicznych kwestii, co do których istnieje w Rosji prawdziwy spór polityczny pomiędzy obozem rządzącym a opozycją, jak również wewnątrz obozu władzy. Putin zdaje sobie przy tym sprawę, że Rosja ma względem Chin coraz słabszą pozycję. Przez chwilę w Moskwie wygrywała nawet koncepcja zbliżenia z Japonią, ale ostatecznie władze doszły do wniosku, że nie ma wyboru, i w Azji Środkowej trzeba układać się z Chińczykami.
W tym wszystkim gubi się podmiotowość państw Azji Środkowej. W jakim zakresie mogą one decydować o własnym losie?
Już samo nazywanie tworów postsowieckich państwami jest trochę na wyrost. Wprawdzie wydają one znaczki pocztowe, czyli spełniają filatelistyczną definicję państwa, ale z innymi kryteriami jest już gorzej. Ich stan jest najlepszą ilustracją tezy o tym, że choć Związek Sowiecki upadł, to republiki sowieckie istnieją nadal. W Azji Środkowej sowieckie instytucje płynnie przekształciły się w reżimy, które są zakorzenione w starym systemie. Przywódcy Tadżykistanu, Uzbekistanu i Kazachstanu są byłymi aparatczykami sowieckimi, którzy gładko przejęli władzę na początku lat 90. i nie oddają jej do dziś. Te przemiany były prawdopodobnie przygotowane wcześniej, instytucjonalne ramy zaś zostały wypełnione klanową treścią już dwie, trzy dekady przed upadkiem imperium. Gdyby przywódcy tych państw kierowali się ich racją stanu, to można by mówić o jakiejś kazachskiej czy uzbeckiej podmiotowości. Ale oni nie myślą takimi kategoriami. Dla nich istnieje wyłącznie racja klanu, a działania polityczne są jej pochodną. Każdy kraj Azji Środkowej ma swoją tożsamość kulturową, a jego ludność jakieś interesy zbiorowe. Ale analizę posunięć prezydentów Kazachstanu Nazarbajewa albo Uzbekistanu Karimowa należy zacząć od postawienia sobie pytania, ile oni i ich otoczenie mogli na tym zarobić. Gdy spojrzymy na to od tej strony, wszystkie ich ruchy polityczne od razu stają się czytelne i zrozumiałe. Na tym właśnie polega istota postsowieckiej kultury politycznej.
Tę samą miarę trzeba będzie przykładać do Litwy Uspaskicha i Gruzji Iwaniszwilego?
Nie należy popadać w przesadę, bo Gruzja, a przede wszystkim Litwa leżą w kręgu zainteresowania Zachodu, a ich społeczeństwa są przywiązane do demokratycznych wartości. Na Litwie Uspaskich nie będzie samodzielnie rządził i będzie musiał wejść z kimś w koalicję, więc będzie w jakimś stopniu kontrolowany. Jednak zarówno on, jak i Iwaniszwili wywodzą się z postsowieckiej kultury politycznej, myślą jej kategoriami i byli w niej zanurzeni przez dużą część życia. To daje podstawę do obaw.
Iwaniszwili stara się zaprezentować jako polityk europejskiego formatu. Twierdzi, że od lat nie ma wiele wspólnego z Rosją i że chce zbliżenia z Unią Europejską.
Trzeba się wstrzymać z ocenami. Najważniejsze jest pytanie o to, jaki typ kultury politycznej reprezentuje sobą nowy gruziński prezydent, a więc czy przyjmie reguły gry Putina, Łukaszenki, Nazarbajewa i im podobnych, czy też będzie kontynuował kurs Saakaszwilego. Trzeba tu jednak zaznaczyć, że nawet jeśli Iwaniszwili jest mocno powiązany z Moskwą, to nie musi to automatycznie oznaczać, że będzie prowadził jednoznacznie prorosyjską politykę.
Wróćmy do Azji Środkowej. Jak na społeczeństwa tego regionu wpłynęły wydarzenia w Kirgistanie? W 2005 roku na fali kolorowych rewolucji obalono tam prezydenta, jego następca zaś uciekł z kraju dwa lata temu po masowych demonstracjach. Ostatnio odbyły się tam demokratyczne wybory.
Kirgistan jest specyficznym krajem, wyjątkowym w regionie. Tamtejsza nomenklatura była podzielona i po upadku Związku Sowieckiego władzę przejął Askar Akajew, czyli osoba spoza układów klanowych. Próbował wprowadzić w kraju typowy dla Azji Środkowej reżim klanowy, ale mu się to nie udało. W 2005 roku jego przeciwnicy wykorzystali niezadowolenie w kraju i kolorowe rewolucje na Ukrainie i w Gruzji do przeprowadzenia przewrotu. Miejsce Akajewa zajął Kurmanbek Bakijew, który jak się szybko okazało, nie różnił się wiele od przywódców sąsiednich państw. Obalenie go w 2010 roku było efektem wybuchu konfliktu między Kirgizami a licznie zamieszkującymi kraj Uzbekami. Bakijew został uznany za pół-Uzbeka i wygoniony z kraju. To, co mieliśmy teraz, to wybory poprzedzone rzezią i wypędzeniami. Dlatego nawet jeśli formalnie wybory były w porządku, to należy bardzo ostrożnie formułować prognozy w sprawie rozwoju sytuacji w Kirgistanie.
Na Ukrainie Wiktor Janukowycz, którego Partia Regionów wygra prawdopodobnie za chwilę wybory parlamentarne, deklaruje co i rusz, że chce integracji kraju z Unią Europejską. Na ile poważnie można traktować te deklaracje.
Cechą kultury politycznej, o której tu mówimy, a której przedstawicielem jest Janukowycz, jest to, że nie formułuje się dalekosiężnych planów politycznych. Wszystko jest płynne, koncepcje mogą się zmienić o 180 stopni z dnia na dzień. Jeśli padają deklaracje na temat jakichś długotrwałych strategii, to na ogół dlatego, że są w danym momencie opłacalne. Dlatego nie należy brać ich za dobrą monetę. Janukowycz będzie balansował między Rosją a Unią. Można tu podać przykład Naddniestrza. Jego istnienie zależy tylko i wyłącznie od dobrej woli Ukrainy, która może w każdej chwili zarządzić całkowitą blokadę tej samozwańczej republiki na terenie Mołdawii. Naddniestrze jest jednak źródłem zysków dla ludzi powiązanych z Putinem, a Janukowycz nie chce z nim tak ostro zadzierać. Zachowuje jednak potencjalną blokadę jako kartę przetargową w różnych negocjacjach.
Jakie pan widzi możliwe rozwiązania sprawy Naddniestrza?
Największe problemy, z którymi dotychczas borykali się politycy w Naddniestrzu, to pretensje Rosji o to, że miejscowy klan skupił zbyt dużo własności w swoich rękach i przestało wystarczać dla biznesmenów powiązanych z Moskwą. Rosja zaczęła naciskać, żeby dopuszczono do interesów także rosyjskich przedsiębiorców. Na tym przykładzie widzimy po raz kolejny, jak działają mechanizmy postsowieckiej kultury politycznej. Kandydat wspierany przez Moskwę przegrał w zeszłym roku wybory prezydenckie w Naddniestrzu i nikt w Moskwie nie miał o to większych pretensji. Jeśli jednak zagrożone są interesy firm powiązanych z administracją Putina, interwencja jest zdecydowana.
Czy postsowiecka kultura polityczna nie zakończy się wraz ze zmianą pokoleniową? Byli aparatczycy sowieccy są już starszymi ludźmi. Młode pokolenie przyniesie zmianę na lepsze?
Zmiana pokoleniowa może być zmianą na gorsze. Komuniści, którzy zaczynali kariery w latach 50. czy 60. ubiegłego wieku zachowywali jakieś śladowe resztki ideowości, poczucia misji i obowiązku względem mieszkańców kraju. Taki był na przykład mimo wszystkich swoich wad Borys Jelcyn. Pokolenie młodsze od niego o 20 lat jest już całkowicie cyniczne. Reprezentuje je na przykład Władimir Putin i jego otoczenie. Są to ludzie całkowicie pozbawieni skrupułów.
Profesor Włodzimierz Marciniak jest politologiem, sowietologiem i rosjoznawcą. Kieruje Zakładem Porównawczych Badań Postsowieckich w Polskiej Akademii Nauk, wykłada w Akademii Ignatianum w Krakowie. Jest autorem książki „Rozgrabione Imperium. Upadek Związku Sowieckiego i powstanie Federacji Rosyjskiej"
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA