fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro 2012

Do dziś mnie plecy bolą

Czy Cesc Fabregas, wykonując rzut karny, celował w słupek, czy mu się udało? To jest pytanie fundamentalne, bo albo mówimy o geniuszu, albo o szczęściarzu. A przecież jedno drugiego nie wyklucza. Wiadomo skądinąd, że Fabregas nieźle gra w piłkę, ale rzut karny to jest coś takiego, czego nie można rozpatrywać tylko w kategoriach umiejętności i logiki.
– Im dłużej bramkarz stoi, nie dając się sprowokować strzelcowi, tym ma większe szanse – mówił w studiu TVP Jerzy Dudek, analizując reakcje Ikera Casillasa, swojego kolegi z Realu. Ale kiedy Dudek bronił w finale Ligi Mistrzów bramki Liverpoolu, wykonywał słynny taniec, który przeszedł do historii rzutów karnych. I przechytrzył takich mistrzów jak Andrea Pirlo i Andrij Szewczenko.
Przepraszam bardzo za wtręt osobisty i wspomnienie postaci, która kiedyś wzbudzała powszechny szacunek, a dziś to uczucie poleciało nad poprzeczką jak źle trafiona piłka. Chodzi mi o Jana Tomaszewskiego, wielkiego bramkarza, który zatrzymał Anglię, a na mistrzostwach świata obronił rzuty karne wykonywane przez Szweda Stefana Tappera i Niemca Uli Hoenessa. Po mistrzostwach zatrzymał mnie. Był rok 1975. Na zgrupowaniu kadry w Kamieniu koło Rybnika założyłem się z Tomaszewskim, że strzelę mu trzy karne na pięć prób. – Pierwszego może strzelisz, ale będę już wiedział, jak to robisz, i jeśli uda ci się jeszcze raz, to wszystko, na co cię stać – powiedział i przewidział.
Ja byłem amatorem, który bardzo chce, on zawodowcem, który umie. Musiałem przegrać, a założyliśmy się o to, kto kogo zaniesie na barana do stołówki.
Jeszcze mnie plecy bolą, a ten ból wzmaga się wraz z kolejnymi telewizyjnymi wystąpieniami Tomka.
Kiedy naprzeciw siebie staje dwóch zawodowców: bramkarz i strzelec, a świadkami są tysiące ludzi, same umiejętności piłkarskie to za mało. Ważniejsza jest odporność psychiczna.
W przeddzień finału Ligi Mistrzów Barcelona – Arsenal w roku 2006 na pustym Stade de France przeżyłem coś wyjątkowego. Ronaldinho został po rozgrzewce, żeby sobie postrzelać na bramkę. Stał od niej w odległości około 25 – 30 metrów i pięć czy sześć razy z rzędu trafiał piłką w poprzeczkę. Nie zatrzymywał tej piłki, nie ustawiał. Po prostu kopał, piłka odbijała się od poprzeczki, wracała do niego, a on bawił się dalej. Można się załamać. Jakbym oglądał na YouTubie komputerowe sztuczki. Po czymś takim już nie mam wątpliwości, że Cesc Fabregas chciał trafić w słupek i trafił.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA