fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Prokuratura do zmiany, ale jakiej?

Piotr Zaremba
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Rządowa kontrola nad prokuraturą, choć obciążona wielorakim ryzykiem, to jednak lepszy pomysł niż obecny system – pisze publicysta
Zmiany w ustawie o prokuraturze będą okazją do zwiększenia wpływu  i tak potężnego obecnego obozu rządzącego na jej kadry. „Rzeczpospolita" ujawniła piórem Cezarego Gmyza, że przy jej okazji zostaną wymienieni zastępcy prokuratora generalnego.
To staje się jeszcze bardziej alarmujące, gdy uwzględnimy fakt, o którym żadna gazeta już nie napisała. Otóż według moich informacji prezydent Bronisław Komorowski uważający prokuraturę za teren swoich wpływów domagał się dymisji samego Andrzeja Seremeta.

Bezsilny Seremet

W teorii wszystko się zgadza - przynajmniej co do zastępców. Jest nowy sposób ich mianowania, powinny być nowe nominacje. Ale w polskich warunkach rzecz ma swój wymiar praktyczny.
Starych zastępców Seremet, człowiek trochę spoza politycznego układu (co nie znaczy, że idealny prokurator generalny), negocjował jeszcze z prezydentem związanym z opozycją - Lechem Kaczyńskim. Nowych musi uzgadniać z Bronisławem Komorowskim. A to oznacza, że zastępcami będą zapewne ludzie bliżsi PO, nawet jeśli niekoniecznie ci najbardziej ewidentnie związani z politykami tej partii (jak Edward Zalewski, szef Krajowej Rady Prokuratury).
Nie trzeba specjalnego przeczulenia, aby przyjmować to nieufnie, i nawet „Gazeta Wyborcza" zareagowała krytyką. Ewa Siedlecka nie wyszła naturalnie poza skojarzenia z IV Rzeczpospolitą,  choć przecież praktyka zmian przepisów po to, aby pozbyć się nielubianych urzędników, jest stara jak III RP: już koalicja SLD - PSL skróciła kadencję prezesowi NIK Lechowi Kaczyńskiemu pod pretekstem zmiany ustawy o NIK, bo nie był z ich klucza. Jednak samo opisywanie przymiarek do zmiany przepisów o prokuraturze jako skoku na kolejną instytucję jest naturalne.
Te zmiany będą także rzutowały na pozycję samego Seremeta. Co prawda z tego, co wiadomo, projekt Jarosława Gowina ma nieco wzmocnić uprawnienia prokuratora generalnego wewnątrz samej prokuratury (co trzeba uznać za racjonalne - o tym dalej). Ale negocjując swoich zastępców z prezydentem,  będzie on zarazem coraz silniej od niego uzależniony. A Pałac Prezydencki to realny ośrodek władzy.

Ambicje prezydenta

Gdy zaś do tego dodać niebezpieczeństwo wiszące nad samym Seremetem... Bo w teorii jego też można przy okazji wyeliminować, tak jak zrobiono kiedyś z Lechem Kaczyńskim - pod hasłem „nowe uprawnienia, nowa osoba".
Ponoć minister Gowin Seremeta na razie wybronił. Czy dlatego, że szef resortu sprawiedliwości ma wciąż skrupuły wobec strategii brania wszystkiego, co się da? Czy też dlatego, że jego resort traktuje ambicje prezydenta do wpływania na prokuraturę jako trochę konkurencyjne wobec ambicji rządowych (mimo że to w szerszym sensie ten sam obóz)?
W każdym przypadku to akurat dobra wiadomość, zwłaszcza że przekonano też prezydenta do zgody na likwidację wojskowej prokuratury, żywej skamieliny PRL. Ale Seremet świadomy, że uciekł spod topora, będzie jeszcze bardziej bojaźliwy.
O tym, jak jest naprawdę, dopiero się dowiemy - zdaje się, że przetargi i negocjacje nie zostały zakończone. Na razie giną w morzu ogólnej apatii wywołanej atmosferą Euro 2012 i nadciągających wakacji.

Nie wolno pytać

Na to nakłada się inny ciekawy dylemat. Projekt zmian w prokuraturze jest, poza doraźnymi, choć superważnymi kontekstami, przyznaniem się do porażki reformy z 2010 roku. Reformy polegającej na wyodrębnieniu prokuratury jako niezależnej od rządu struktury, a tak naprawdę samowładnej korporacji. Prokuratorzy są dziś powszechnie krytykowani jako przed nikim nie odpowiedzialni i przez nikogo nie kontrolowani.
Symbolem tego stanu rzeczy były choćby zdarzenia wokół smoleńskiego śledztwa. Posłowie opozycji chcący o cokolwiek pytać rząd byli w pewnych sytuacjach odsyłani do prokuratury, a gdy chcieli pytać prokuratorów, dowiadywali się - zgodnie ze stanem prawnym - że pytać nie za bardzo mogą. Choć to śledztwo, to część polityki państwa, którą wręcz powinny być być zainteresowane znaczące środowiska polityczne.
Projekt Gowina, choć nie znamy jeszcze szczegółów, ma częściowo rozwiązać ten problem. Nie tylko wzmacniając pozycję samego prokuratora generalnego wobec podwładnych (Seremet robił z własnej bezradności swój znak firmowy). Ale i wprowadzając na powrót rozmaite linki łączące prokuraturę ze światem polityki. Na przykład poprzez poddanie prokuratury kontroli komisji sejmowej. Albo przez zobowiązanie prokuratora generalnego do brania pod uwagę założeń polityki karnej państwa wypracowywanej przez rząd.
Kierunek zmian jest naturalny. Trudno sobie wyobrazić bardziej demoralizujący system niż powiedzenie prokuratorom: jesteście niekontrolowani przez nikogo. A jednak nie sposób się oprzeć wrażeniu, że ten projekt to po trosze hybryda. A uzupełniony przez doraźne zmiany kadrowe, korzystne dla obozu rządzącego, nawet coś gorszego - bo utrwala fikcję, tworząc pozory naprawy.
Projekt Gowina spotka się z krytyką z dwóch stron. Politycy SLD typu Ryszarda Kalisza będą krzyczeć, że zburzono wspaniały produkt myśli III RP: niezależną i samorządną prokuraturę. Uznanie tej niezależności za ważniejszą od kontroli wynika z przyjęcia założenia, że największą plagą były dla prokuratury naciski polityczne. A nie bylejakość, bimbanie na obowiązki, naruszanie reguł przez samych prokuratorów.

Piękna utopia

Niewątpliwie stary system miał mnóstwo wad. Ludzie typu Kalisza będą przypominali o ręcznym sterowaniu prokuratorami przez ekipę Kaczyńskiego. Była ona naturalna, bo chodziło o ekipę, która uczyniła z walki z patologiami fundamentalną część swojego programu, choć trudno gwarantować, że nie owocowała czasem przegięciami i nadgorliwością.
Można też przywołać inny przykład: naradę u prokuratora krajowego Edwarda Zalewskiego, podczas której zdecydowano o postawieniu - w interesie politycznym Platformy - wydumanych zarzutów Mariuszowi Kamińskiemu. Jeszcze w czasach, gdy minister sprawiedliwości był prokuratorem generalnym.
Zarazem ta akurat sprawa została dokończona już w czasach prokuratury „niezależnej". Prawicowa opozycja zwracała uwagę na to, że formalne uwolnienie prokuratorów z zależności od kręgów rządowych nie niweczy nieformalnych politycznych związków (ktoś tych prokuratorów przecież powołuje). Znosi natomiast rzecz kluczową: odpowiedzialność rządu za jej zaniedbania i za jej ewentualną stronniczość. Ktoś, kto chce się poskarżyć, a nie daj Boże żądać zmiany decyzji, nie bardzo ma do kogo się zwrócić. Premier, minister sprawiedliwości rozkładają ręce. To nie my, mówią.

Trzeba odpowiedzialności

Można w pierwszej chwili zarzucać PiS czy Solidarnej Polsce niekonsekwencję. Ta część opozycji zżyma się (i jeszcze bardziej będzie zżymać) na oplatanie rozmaitymi zależnościami Seremeta przez Platformę, a jednocześnie broni modelu rządowego, przy którym takie zależności byłyby formalne i oficjalne. Gdzie tu sens?
Jednak przy bliższym przyjrzeniu się sprawie wrażenie niekonsekwencji znika. Oni mają w tej sprawie rację. Model prokuratury rządowej, powtórzmy, zakłada zależność, ale i odpowiedzialność. Za wpadki i brzydkie postępki prokuratorów można w ostateczności ścigać obóz rządzący przy urnach. A ten obóz nie może powiedzieć: to nie my.
Z tego punktu widzenia system proponowany przez Gowina, robiąc pół kroku w kierunku bardziej racjonalnych rozwiązań (wreszcie będzie można pytać prokuratorów publicznie o ich działania), tworzy zarazem niebezpieczną plątaninę. Bo wprawdzie politycy będą mogli prokuratorów przepytywać, rozliczać, ale bez ostatecznych konsekwencji. Rząd nadal będzie powtarzał: to nie my. Wytworzy się wrażenie, pozór wpływu, ale tak naprawdę bez realnej kontroli. Prokuratorzy będą się czasem polityków bali, ale politycy nie będą się bali, gdy prokuratura postąpi niewłaściwie.

Porzućmy fikcję

Tak naprawdę wpływy polityków będą, zresztą już są, ale koteryjne, niejawne, polegające na krępowaniu tych czy innych prokuratorów zobowiązaniami, choćby w zamian za ich powołanie. Ale to nie jest kontrola, która zagwarantuje coś obywatelom. Choćby sprawne funkcjonowanie tej instytucji, kluczowej dla najbardziej elementarnego interesu wielu ludzi.
Z tego punktu widzenia lepszy byłby powrót do starego systemu. Możliwe, że z pewnymi modyfikacjami - prokurator generalny nie musi być równocześnie ministrem sprawiedliwości, ale powinien być rozliczany ze swej pracy przez rząd.
Być może warto też obdarzyć poszczególnych prokuratorów pewnymi ustawowymi gwarancjami niezależności, ale przecież nie takimi, które czynią ich jedynymi panami życia i śmierci milionów obywateli. Z tego punktu widzenia rządowa kontrola obciążona wielorakim ryzykiem jest jednak lepsza niż obecny system. I niż kosmetycznie poprawiony, a w istocie może nawet bardziej zwodniczy, choć oparty na słusznych obserwacjach, system Gowina.
Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA