fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nauka

Legenda i kontrowersje

Jacques Yves Cousteau
NASA
15 lat temu, 25 czerwca 1997 roku w Paryżu, w wieku 87 lat zmarł człowiek-legenda, człowiek w czerwonej czapeczce, przez członków swojej ekipy zwany Paszą, dla przyjaciół JYC - Jacques Yves Cousteau.
Tekst z archiwum "Rzeczpospolitej"
Nie cichną polemiki wokół jego osoby. Commendant Cousteau, współkonstruktor akwalungu, "ojciec" oceanografii, gwiazda mediów, pionier i rycerz ekologii, a także obrotny człowiek potrafiący dbać o swoje interesy, również finansowe - nie u wszystkich wzbudzał i wzbudza entuzjazm. Dlaczego?
Dla wielu pozostał w pamięci jako "impresario nauki", ci ludzie są przekonani, że bez niego oceanologia, zarówno francuska, jak i światowa, nigdy nie zdołałaby osiągnąć takiego poziomu, jaki prezentuje obecnie i wzbudzać tak dużego zainteresowania. Tymczasem, obiektywna prawda jest taka, że Cousteau nigdy nie był naukowcem, jego ekipa też nie prowadziła badań naukowych, lecz, po prostu, obserwacje przyrody. Co więcej, stosunki JYC z profesjonalnym światem nauki były, delikatnie mówiąc, napięte.
Wprawdzie na początku lat 50. doszło do małżeństwa z rozsądku; współwynalazca aparatu do swobodnego nurkowania z płetwami, naturalną koleją rzeczy, i z potrzeby, nawiązał współpracę ze specjalistami do spraw morza. Francuscy naukowcy nie dysponowali wtedy dużymi statkami wyposażonymi w specjalistyczny sprzęt, swoje badania prowadzili z pokładów najwyżej 15-metrowych, przystosowanych kutrów rybackich, a więc, praktycznie, przedstawiały się skromnie, nie było mowy o prowadzeniu badań na pełnym morzu, oceanie.
Natomiast w tym samym czasie, w dekadzie lat 50. pod banderami Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, obu ówczesnych państw niemieckich i Związku Radzieckiego pływały duże, 50-metrowe jednostki badawcze, zdolne do rejsów oceanicznych. Prestiż Francji w oczywisty sposób cierpiał z tego powodu. Toteż nic dziwnego, że w takich okolicznościach, francuski CNRS, Centre National de la Recherche Scientifique (odpowiednik Polskiej Akademii Nauk) skwapliwie skorzystał z nadarzającej się okazji i podpisał porozumienie z Cousteau, biorąc pod swoje skrzydła, firmując swoim logo jego statek badawczy "Calypso". Cousteau zdobył go własnym sumptem, przemyślnością, przedsiębiorczością; kupił i wyremontował amerykański trałowiec z demobilu, bezużyteczny po II wojnie, zdolny do pełnomorskiej żeglugi. Ale Cousteau naukowcem nie był.
Przez pokład "Calypso", przez 40 lat jej żywota pod dowództwem komendanta, przewinęła się rzesza naukowców z krajów, do których zawijała. Paradoksalnie, ci, którzy dystansowali się profesjonalnie od Cousteau, zaprzeczając jakoby miał cokolwiek wspólnego z nauką - ciągnęli na jego słynny statek popychani przemożną ciekawością.
A jednak Jacques Yves miał wiele wspólnego z nauką, i to w sposób raczej dla nauki wstydliwy. Cousteau-nienaukowiec był przecież członkiem wielu renomowanych towarzystw i organizacji naukowych. Nie uznając w nim naukowca, naukowcy jednak go potrzebowali, na jego nazwisko - po prostu - zdobywali pieniądze. Ten mechanizm funkcjonował na tyle dobrze, że w 1957 roku Cousteau został mianowany dyrektorem placówki w pełni naukowej, jaką jest Muzeum Oceanograficzne w Monaco.
Ale już 10 lat później, w 1967 roku drogi oficjalnej nauki oraz Paszy rozeszły się definitywnie. Francuska nauka przestała go potrzebować, gdyż dorobiła się własnego statku badawczego "Jean Charcot", następnie kolejnych.
Cousteau fetował sobie to rozstanie "szalejąc" w mediach, nagrywał programy telewizyjne, kręcił filmy. Już wiedział, że nie ma dla niego miejsca w świecie nauki akademickiej, uniwersyteckiej. Ale wiedział też, lepiej niż kiedykolwiek, że laicki świat słucha go i ogląda z podziwem; zdał sobie sprawę, że "wybił się na niepodległość", że stał się autorytetem i może to wykorzystywać.
Co też zaczął czynić. Pod koniec lat 60. rozległo się gromkie nawoływanie człowieka w czerwonej czapeczce do ochrony środowiska morskiego. Notabene, czerwona wełniana czapeczka była starannie przemyślanym chwytem reklamowym, świadomym budowaniem image'u, nawiązywała do tradycji piratów, galerników i nurków skafandrowych, a więc, trzeba to przyznać, ludzi morza, i to bardzo niekonwencjonalnych.
W rezultacie, Cousteau admirowany był jako pionier ekologii. Ale nie przez wszystkich. Co mu zarzucano? Owszem, nikt nie przeczy, że uczynił on ogromnie wiele dla przybliżenia szerokiej publiczności "świata ciszy". Jednak, jak zauważa Lucien Laubier, dyrektor Centrum Oceanograficznego w Marsylii, nieskalane środowisko morskie, o którego protekcję za wszelką cenę dopominał się Cousteau - to jedna rzecz, zaś "prawdziwe morze, to, które ma również aspekt ekonomiczny, zwłaszcza problemy rybołówstwa, to zupełnie inna rzecz". Tej innej, gospodarczej strony morza Cousteau nie widział, nie chciał widzieć, mógł sobie pozwolić, aby jej nie widzieć; a może nie potrafił?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA