fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro 2012

Bomba wciąż tyka

Karim Benzema (z lewej) i Franck Ribery – zdaniem „L’Equipe” jedyni obok Hugo Llorisa francuscy piłkarze na poziomie światowym
AFP, Franak Fife Franak Fife
Hiszpania – Francja: to będzie atrakcyjna sobota w Doniecku. Francuzi nigdy z Hiszpanami nie przegrali, a mistrzowie świata już nie straszą tak jak dawniej
To działo się dziesięć lat temu, a wydaje się prehistorią: Francja była Hiszpanią, akademia w Clairefontaine była La Masią, futbol wydawał się na wieki królestwem 4-4-2, żelaznej obrony i atletów zbudowanych jak szafa gdańska albo przynajmniej jak Marcel Desailly.
Eksperci powtarzali to z taką samą wiarą, z jaką dziś zachwalają tiki-takę i wyszukiwanie niepozornych artystów jako receptę na wszystko. Francuscy mistrzowie świata i Europy, ojcowie-założyciele betonowego futbolu końca lat 90., dwór miłościwie panującego Zinedine'a Zidane'a, jechali na mundial 2002 z takim planem jak Hiszpania na Euro 2012: wygrać trzeci z rzędu wielki turniej, co się jeszcze nikomu nie udało.
Rozbili się już w fazie grupowej, wrócili do domu z jednym punktem i nigdy nie odzyskali dawnej mocy. Finał mundialu 2006 to już nie był sukces jakiejkolwiek szkoły, tylko pożegnalny zryw dawnych bohaterów, wstęp do przyszłych katastrof: ostatniego miejsca w grupie na Euro 2008 i kompromitacji w mundialu 2010.
Z kandydata na drużynę wszech czasów Francja stała się chorym człowiekiem futbolu. Zakładnikiem frakcji i koterii w związku piłkarskim, jego fatalnych szefów, zadufania w sobie. Aime Jacquet z genialnego trenera mistrzów świata stał się złym dyrektorem w federacji, pilnującym, by żaden selekcjoner nie odszedł od jego świętych ksiąg i broń Boże nie przelicytował jego sukcesów.
Francuskie szkółki piłkarskie tak się przywiązały do wzoru atlety, że mierzenie i ważenie stało się przy rekrutacji ważniejsze niż kopanie piłki. A drużyna pod wodzą Raymonda Domenecha podzieliła się na kliki. W 1998 roku reprezentacja w barwach blanc, noir i beur to był przepis na sukces społeczeństwa multi-kulti. Dziesięć lat później stała się wzorem na katastrofę.
Z tych wszystkich porażek Francuzi wyciągnęli wnioski. Nowy prezes Noel Le Graet przerwał sztafetę kłótliwych nieudaczników na szczytach władzy, kadrę oddano w ręce Laurenta Blanca, trenerzy młodzieży znów stawiają na talent. Ale do świetności jeszcze daleka droga. I jak pokazały kłótnie po przegranym meczu z Ukrainą, do zasypania wszystkich podziałów też.
Jose Mourinho nazwał niedawno Ligue 1 idealnym supermarketem: dobre produkty w niskiej cenie. To jest francuskie błogosławieństwo w handlu piłkarzami, ale przekleństwo obecnej kadry: niewielu jest tu zawodników naprawdę wybitnych, ale większość ma o sobie wysokie mniemanie, bo stoi za nimi herb wielkiego klubu i królewska pensja. Bomba wciąż tyka. Dziś przeciw władzy Blanca buntuje się Hatem Ben Arfa, jutro może ktoś inny. Samir Nasri zniósł wyzwiska Alou Diarry i darował sobie odwet, ale kto inny może nie wytrzymać.
Na błędach Francuzów lepiej niż oni sami uczyli się Hiszpanie. Już wiadomo, że ich rządy nie skończą się tak gwałtownie, bo w drodze po trzeci z rzędu tytuł z grupy wyszli, nawet jeśli z problemami. Swój system szkolenia wymyślili mądrzej, mają oparcie w lepszej lidze, nie pozwolili, by się w kadrze tworzyły klany i hierarchie, co zgubiło Francuzów, a było też kiedyś hiszpańską klątwą.
Ale mimo to nie sposób nazwać Hiszpanów bezwarunkowymi faworytami ćwierćfinału. Hiszpania jeszcze nigdy z Francją nie wygrała. Na sześć meczów zremisowała ledwie jeden. Gdy miała naprzeciw siebie Francuzów, bramkarze wrzucali sobie piłkę do bramki jak Luis Arconada w Euro 1984, Raul mylił się w karnych jak w Euro 2000 albo Zidane nagle budził w sobie poetę jak w mundialu 2006.
Trener Vicente del Bosque w przeciwieństwie do Blanca nie musi gasić pożarów i godzić skłóconych, ale swoje problemy ma. Środkowi obrońcy Gerard Pique i Sergio Ramos jeszcze nie rozumieją się w pełni, a o Fernando Torresie angielski dziennikarz Jonathan Wilson słusznie powiedział, że jest jak Woody Allen: ciągle się łudzimy, że odzyskał formę, a na końcu jest rozczarowanie.
Miejsce Torresa w ataku z konieczności zajmują pomocnicy i to się może na Hiszpanii zemścić. Tak jak wiara, że mistrzowie znajdą odpowiedź na każde wyzwanie. – Jak szybko z biedaków staliśmy się bogaczami – ironizował del Bosque, słysząc tych, którzy niedawno krytykowali, a teraz żądają zwycięstwa nad Francją. Droga od bogacza do biedaka może być równie krótka.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA