fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nigdy nie dogonimy bogatych

Bartosz Marczuk
Fotorzepa, Waldemar Kompała
Nasze możliwości pogoni za Zachodem zaczynają się wyczerpywać. Po 2020 r. zaczniemy stawać się relatywnie coraz biedniejsi! - ostrzega publicysta „Rz"
Sypie się kolejny element uśmiechniętej układanki pod tytułem „Zielona wyspa". To, co do tej pory było niemal dogmatem, może okazać się ułudą. Polska, jeśli nie wprowadzi rzetelnych reform i nie zatroszczy się o dramatyczną kondycję ludnościową, nie dogoni krajów UE pod względem zamożności. Co więcej, możemy się wręcz stawać w porównaniu z nimi coraz biedniejsi.
Urzędowy optymizm
Premier Donald Tusk publicznie deklaruje, powołując się na rządowe wyliczenia, że do 2030 - 2035 roku dogonimy pod względem zamożności średni poziom krajów bogatszego od nas Zachodu. Trzeba uczciwie powiedzieć, że nie tylko obecny szef rządu składa publicznie takie deklaracje. Niemal wszystkie dotychczasowe gabinety traktowały ten proces niemal jako dogmat. W konsekwencji „wprasowało" się to także w nasze głowy. Przeciętny Polak wierzy, że wcześniej czy później będzie żył na poziomie Brytyjczyka, Niemca czy Francuza.
Okazuje się jednak, że sukcesywne doganianie bogatych krajów Zachodu niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Grozi nam wręcz, że będziemy stawać się coraz ubożsi w stosunku do sąsiadów zza Odry czy mieszkańców znad Sekwany. Powód? Dramatyczne procesy demograficzne, niedostateczna liczba pracujących i zaniechanie strukturalnych reform. Takie wyniki przynoszą najnowsze wyliczenia prof. Ryszarda Rapackiego, kierownika Katedry Ekonomii w SGH, który udostępnił je „Rzeczpospolitej".
Propagandowy pościg
Obecnie PKB na głowę mieszkańca z uwzględnieniem siły nabywczej w Polsce wynosi 63 proc. średniej 27 krajów Unii Europejskiej. W 2000 r. było to zaledwie 48 proc. Pokonaliśmy zatem spory dystans w pogoni za bogatszymi krajami Zachodu. Choć także w tym pościgu tkwią łyżki dziegciu, które zmniejszają nasze zasługi.
Po pierwsze, do Unii wstąpiło od 2000 r. 12 mniej zamożnych krajów z Europy Wschodniej. Zwłaszcza Bułgaria czy Rumunia istotnie zaniżają średnią europejską. A skoro tak się stało, to łatwiej jest „gonić" taką Europę.
Po drugie, nasz awans, szczególnie w ostatnich latach, zawdzięczamy nie tyle naszej świetnej polityce gospodarczej czy fenomenalnemu rozwojowi, ale raczej temu, że to kraje Zachodu przeżyły załamanie wzrostu. W 2009 r. realne PKB spadło w 27 krajach UE o 4,3 proc., zwijały się gospodarki nawet największych krajów. Niemcy straciły 5,1 proc., Włochy 5,5 proc., Wielka Brytania 4,4 proc. Nie mówiąc o krajach takich jak Łotwa, Litwa czy Irlandia, w których PKB zmalał odpowiednio o 17,7 proc., 14,8 proc. i 7 proc. Także kolejne lata 2010 - 2011 nie były łaskawe dla gospodarek Unii. PKB całej „27" zwiększył się odpowiednio o 2 i 1,5 proc.
Obecnie najbogatsi na Starym Kontynencie są Luksemburczycy, którzy mogą pochwalić się wynikiem 271 proc. średniej unijnej, a następni w kolejce Holendrzy (133 proc.), Irlandczycy (128 proc.) i Duńczycy (127 proc.). Pogrążona w kryzysie Grecja osiąga 90 proc. średniej zamożności krajów UE. Jest więc od nas wciąż znacznie bogatsza.
Dotychczasowe tempo doganiania krajów Zachodu, wzmocnione dodatkowo propagandą Zielonej Wyspy powoduje, że pytanie, które zadawaliśmy sobie nad Wisłą, nie brzmiało już „czy". Przekształciło się w pytanie „kiedy" będziemy tak zamożni jak na Zachodzie. Oficjalne szacunki, te najbardziej optymistyczne, mówią o najbliższych 19 latach, bardziej pesymistyczne o 25 - 30 latach.
Wyczerpana Polska
Okazuje się, że ten optymizm jest przedwczesny. Prof. Ryszard Rapacki wylicza, biorąc pod uwagę najnowsze prognozy demograficzne i wzrostu gospodarczego Komisji Europejskiej, że nasze możliwości pogoni za Zachodem zaczynają się wyczerpywać.
Nasz dystans rozwojowy będziemy zmniejszać jeszcze przez najbliższych dziesięć lat, jednak w dłuższej perspektywie tendencji tej może nie udać się utrzymać. Co ważne, ale i szczególnie groźne - na taką informację kompletnie nie jest przygotowana opinia publiczna czy politycy - proces doganiania najbogatszych krajów Zachodu zatrzyma się w 2020 r., a następnie odwróci. Zaczniemy stawać się relatywnie coraz biedniejsi! Prof. Rapacki wylicza, że w 2060 roku będziemy mogli pochwalić się zaledwie połową poziomu dochodu na mieszkańca krajów Zachodu, rozumianego jako „15" - tzw. kraje starej Unii.
Jaki będzie powód zatrzymania się w pościgu za bogactwem? Po pierwsze, demografia, po drugie, zbyt mała liczba pracujących, po trzecie, niechęć do strukturalnych reform.
Polska znajduje się w dramatycznej sytuacji ludnościowej. Oprócz grożącego nam w przyszłości spadku liczby ludności - niespotykanego właściwie we współczesnym świecie i w skali jednej z największych w UE - musimy się spodziewać gwałtownego starzenia się ludności, rosnącej emigracji i drenażu mózgów. A tendencji tych nie zrekompensuje napływ imigrantów do Polski, bo na razie prowadzimy katastrofalną politykę imigracyjną. Nie ma właściwie, pisaliśmy o tym ostatnio w „Rzeczpospolitej" kilkakrotnie, żadnej spójnej, przemyślanej i wdrażanej polityki ściągania do Polski imigrantów czy osób, które wyjechały z Polski.
Demograficzna katastrofa
Aby zobrazować rozmiar katastrofy - zaledwie kilka danych z ostatniego czasu.
Najnowszy raport Komisji Europejskiej „The 2012 Aging Raport" i zawarta tam prognoza liczby ludności Polski. Z obecnego stanu 38,2 mln - i tak zawyżonego, bo uwzględniając najnowsze dane GUS, które mówią, że 1,3 mln osób wyemigrowało na stałe za chlebem - trzeba liczyć, że nad Wisłą mieszka już zaledwie 37 mln osób - w 2060 r. zaś będzie nas 32,6 mln. Nie tylko, że to mało, to będziemy dramatycznie starzy. Populacja ludzi w tzw. wieku produkcyjnym zmniejszy się z obecnych 27,2 mln do 17,4 mln.
Teraz rzut oka na najnowsze dane GUS. W 2011 roku urodziło się zaledwie 388 tys. dzieci, a wskaźnik dzietności znów spadł do 1,3. Abyśmy nie wymierali jako naród, powinno się rodzić 600 tys. dzieci rocznie, a wskaźnik dzietności powinien wynosić co najmniej 2,1.
Harówka dla nauczyciela i górnika
Nie najlepiej jest także na rynku pracy. Wciąż poza nim znajdują się olbrzymie rzesze osób, zdolnych do podjęcia zatrudnienia. W Polsce pracuje zaledwie sześć na dziesięć osób w wieku tzw. zdolności produkcyjnej. Nasza aktywność zawodowa należy do jednej z najniższych w UE. A dobrobyt bierze się z pracy.
Odpowiadają za to dwa główne czynniki.
Pierwszy to tłumienie przez niesprawnie zarządzane państwo - podatkami, nieprzyjaznymi przepisami, sztywnymi normami, wysokimi obciążeniami składkowymi - naszej przedsiębiorczości.
Drugi to życie na koszt innych mocnych lub dobrze reprezentowanych grup zawodowych. W kraju, który liczy 37 mln obywateli, ma stosunkowo młodą populację i w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nie przeżył katastrofy wojennej, prawie 10 mln ludzi dostaje co miesiąc na konta jakąś formę długookresowego świadczenia - emeryturę, rentę, zasiłek czy świadczenia przedemerytalne. Wciąż mamy 35-letnich emerytów służb mundurowych, 50-letnie wdowy żyjące z ZUS zamiast z pracy, specjalne emerytury dla górników czy nauczycieli, preferencje dla rolników. To kosztuje, i to podwójnie. Po pierwsze, osoby bierne zawodowo, choć mogą, nie pracują i nie przyczyniają się tym samym do wzrostu bogactwa. Po drugie, „pobierają" świadczenia finansowane z pracy tych, którzy są na rynku pracy aktywni.
To stąd pochodzi polski paradoks - niski wskaźnik zatrudniania i zapracowywanie się na śmierć przez osoby aktywne zawodowo. Przeciętny Polak pracuje niemal 2 tys. godzin rocznie, bo gros swoich dochodów musi oddać na daniny, z których finansuje się mniej lub bardziej nieuzasadnione świadczenia.
Wciąż niedostatecznie wprowadzamy także niezbędne reformy strukturalne i instytucjonalne. Mimo to rządzący czują się wyśmienicie. Najlepiej ten stan samozadowolenia obrazuje konflikt między ministrem finansów Jackiem Rostowskim a prof. Leszkiem Balcerowiczem. Pierwszy twierdzi, że jesteśmy prymusami w Europie, jeśli chodzi o obniżanie deficytu, drugi, przytomnie wskazuje, że robimy to głównie, podnosząc podatki, zamiatając pod dywan wydatki, przerzucając na przyszłe pokolenia zobowiązania emerytalne.
Poszukiwany mąż stanu
Fatalnemu scenariuszowi ubożenia możemy zaradzić. Ale rządzący muszą całkowicie zmienić sposób uprawnia polityki.
Po pierwsze, planować na dłużej niż jedną kadencję Sejmu. Wyzywania demograficzne, na rynku pracy czy reformy strukturalne wymagają podjęcia natychmiastowego wysiłku, choć ich owoce mogą nie przynieść splendoru rządowi, który będzie je wdrażał. Wymagają też przewartościowania myślenia o państwie. Pożegnania się z logiką zarządzania własnym folwarkiem w stronę odpowiedzialnej realizacji wizji dla dobra ogółu.
Po drugie, rząd nie może bać się niepopularnych reform. Likwidacja kastowych przywilejów to nie tylko oszczędności, ale także uzdrawianie myślenia o państwie. Kiedy obywatele widzą, że są traktowani uczciwie, przestają być roszczeniowi i odzyskują zaufanie do państwa. A to sprzyja rozwojowi.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA