fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Przyczyny niskiego poziomu polskiej nauki według prof. Stanisława Karpińskiego

Stanisław Karpiński, profesor biotechnologii, pracownik SGGW w Warszawie. Od stycznia do maja 2012 r. sekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
O przyczynach relatywnie słabego poziomu polskiej nauki rozmawia z byłym wiceministrem nauki i szkolnictwa wyższego, Stanisławem Karpińskim, Jolanta Ojczyk
Czy polscy naukowcy konkurują z zagranicznymi?
prof. Stanisław Karpiński: W ostatniej dekadzie nasza naukowa pozycja poprawiła się nieznacznie. W naukach ścisłych, o życiu czy technicznych mieścimy się w drugiej i trzeciej dziesiątce. O poprawie świadczy też awans Uniwersytetu Jagiellońskiego z czwartej do trzeciej setki listy szanghajskiej, czyli rankingu najlepszych uniwersytetów na świecie. Reasumując: z jednym uniwersytetem w trzeciej setce i jednym w czwartej nie możemy konkurować z zagranicą. Dopóki się na nią nie otworzymy, dopóty nie będziemy zdolni z nią konkurować. Poziom polskiej nauki ma zmienić wprowadzana od ubiegłego roku reforma nauki i szkolnictwa wyższego. Czy przyspieszy ona nasz rozwój i pozwoli dogonić najlepszych?
Reforma jest istotnym krokiem naprzód, ale nie jest wystarczająca. Jeśli zatrzymamy się na obecnym etapie, to tak, jakbyśmy przerwali budowę mostu w połowie. Teraz gonimy średni poziom UE i jeśli zwolnimy tempo przemian, to nauka w Europie i na świecie znowu nam ucieknie. Reformy muszą być kontynuowane i rozwijane, a nasi politycy powinni zrozumieć, że rozwój i unowocześnienie systemu nauki i szkolnictwa wyższego z edukacją na średnim i podstawowym poziomie jest jednym z filarów stabilnego rozwoju gospodarczego kraju. Jakie są najważniejsze przyczyny braku naszych sukcesów na międzynarodowej arenie? Za najważniejszą przyczynę uważam kulturowe i instytucjonalno-prawne dziedzictwo PRL. Znamienny jest fakt, że w Polsce wciąż bardziej liczą się stopnie i tytuły naukowe oraz pozycja w administracji niż rzeczywiste osiągnięcia naukowe. Jak taka elita, w większości uformowana mentalnie w socjalistycznym systemie, ma zrozumieć i realizować zasady wolnorynkowej, konkurencyjnej nauki? Brak znajomości realiów konkurencyjnej nauki, zatrudnianie „swojaków" są głównym hamulcowym rozwoju i spowolnienia postępu naukowego. Ostatnia nowelizacja prawa o szkolnictwie wyższym wprowadziła obowiązek organizowania konkursów, a informacje o nich pojawiają się na ministerialnej stronie. Co z tego, skoro wciąż jest to fikcja, bo do konkursu np. na stanowisko adiunkta czy profesora staje często jedna osoba, w dodatku przeważnie kandydat z tzw. chowu wsobnego. Nawet gdy w projekcie finansowanym z UE polska jednostka ogłasza międzynarodowy konkurs na stanowisko profesora z konkurencyjnym wynagrodzeniem, to staje do niego zaledwie kilka osób, w tym jedna spełniająca kryteria. Czyli polskie uczelnie nie tylko nie są atrakcyjne i konkurencyjne dla zachodnich naukowców, ale nie stwarzają możliwości powrotu młodym Polakom po zagranicznych stażach podoktorskich. Skoro nie ma autentycznych konkursów, pozycja nauki polskiej i szkolnictwa wyższego szybko się nie poprawi. Brak czynnika konkurencyjności w zatrudnianiu to nie jedyna przyczyna słabych osiągnięć. Drugą zasadniczą przyczyną jest nadmiernie zbiurokratyzowany system finansowania badań naukowych. W swojej dwudziestoletniej karierze naukowej w Szwecji podpisałem góra 70 dokumentów na papierze. Od 2008 r., kiedy wróciłem do kraju, podpisałem ich przeszło 4 tys., a będąc sekretarzem stanu przez trzy miesiące – ponad 700 decyzji i dokumentów! Każdy z nich jest podpisywany i stemplowany nie tylko przeze mnie, ale i przez inne osoby (referentów, kierowników, dyrektorów, księgowych, dziekanów, rektorów itd.). To odzwierciedla skalę zbiurokratyzowania naszego państwa jak w PRL. Część ekspertów wskazuje, że nasza kadra jest mało mobilna, a zagraniczni naukowcy niechętnie podejmują pracę w Polsce. Czy można  prowadzić działalność naukową bez kontaktów ze światem? Brak mobilności kadry naukowej jest, oczywiście, kolejną ważną przyczyną braku sukcesów. Na uniwersytetach w Szwecji, USA czy Wielkiej Brytanii spotkamy kadrę profesorską z wielu krajów, w tym z Polski. U nas jest to nadal niezwykle rzadkie zjawisko. Znamienita polska uczelnia zatrudniła naukowca ze Skandynawii, który jednak po paru miesiącach zderzenia z naszą rzeczywistością szybko wrócił do swojego kraju. Inny szanowany uniwersytet nie może zatrudnić na etacie profesora naukowca z USA, bo nie spełnia on ustawowego kryterium bycia promotorem kilku prac doktorskich. Jego prace są cytowane przez innych naukowców wiele tysięcy razy, ale nasz uniwersytet może mu dać tylko stanowisko adiunkta. Czyli przepisy dotyczące awansu naukowego mamy nadal tak skonstruowane, że promują zdobycie stopni naukowych, promotorstwo prac doktorskich, a nie uzyskanie międzynarodowych konkurencyjnych wyników prac naukowych. Reforma zatem niewiele zmieniła w tej kwestii od czasów PRL. Środowisko twierdzi, że Polska za mało wydaje na naukę i szkolnictwo wyższe. W 2012 r. zaplanowano ponad 20 mld zł (7,6 mld na naukę). Do tego w latach 2007 – 2012 mamy 4,1 mld zł z programów unijnych (POIG i POKL). Czy to mało? Zawsze jest za mało. W rzeczywistości pieniędzy wydaje się znacznie więcej. Należy tu dodać środki przeznaczone na badania naukowe i programy badawczo-rozwojowe z innych resortów (m.in. zdrowia, rolnictwa i rozwoju wsi, gospodarki, obrony narodowej, środowiska) czy z urzędów marszałkowskich współuczestniczących w finansowaniu inwestycji w infrastrukturę i stypendiów naukowych. Czyli wydajemy dużo więcej niż 25 mld. Te miliardy złotych mogłyby przynieść znacznie większe efekty, gdyby była koordynacja pomiędzy różnymi resortami, które też finansują badania i rozwój. Obecnie słaby projekt, który nie dostał wsparcia z jednego źródła, bo został gorzej oceniony, może je otrzymać z innego podobnego programu. Stworzenie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR) i Narodowego Centrum Nauki (NCN) oraz uzależnienie dotacji od oceny parametrycznej powinno zatem poprawić konkurencyjność polskiej nauki? Już poprawiło i poprawia, nareszcie mamy agencje, jak inne wysoko rozwinięte kraje UE. Nie wszystkie pieniądze dzielą NCN i NCBiR, część – wciąż urzędnicy resortowi. Czy tak powinno być? Obecnie rzeczywiście o strategii i zintegrowanej wizji rozwoju nauki w Polsce (mapa drogowa inwestycji i duża infrastruktura badawcza, Fundusz Nauki i Technologii Polskiej) decyduje MNiSW. Urzędnicy nie powinni decydować o tak istotnej sprawie dla rozwoju nauki w Polsce, tak było w PRL. Powinni tylko nadzorować wykonanie strategicznego planu przygotowanego i opracowanego przez ekspertów i naukowców, działających np. w nowo powołanej Agencji Narodowej Strategii Nauki. Taka agencja powinna się zajmować planowaniem mapy drogowej inwestycji oraz finansowaniem, koordynowaniem, nadzorowaniem i oceną funkcjonowania strategicznych inwestycji w dużą infrastrukturę badawczą. Środowisko naukowe dzieli projekt rozporządzenia dotyczącego zasad oceniania osiągnięć naukowych wydziałów i instytutów. Czy rozwiązania zaproponowane przez MNiSW pozwolą wyłonić te najlepsze? Raczej tak. W przyszłości należałoby jednak udoskonalić tę ocenę o jej rzeczywiste umiędzynarodowienie. Jakie przełożenie mają osiągnięcia naukowe na poziom dydaktyki na uczelniach? Co powinny odzwierciedlać programy – wiedzę praktyczną czy wyniki badań? Proste: im lepszy poziom naukowy, tym lepsza dydaktyka. Programy studiów powinny być konstruowane na miarę XXI w., a nie układane pod zatrudnioną kadrę, aby nie produkować bezrobotnych absolwentów za pieniądze podatników. Uczelnie, dostosowując je teraz do wymogów krajowych ram kwalifikacji, powinny je tak zmodyfikować, by odpowiadały na zapotrzebowanie pracodawców i rynku, a zarazem przygotowywały młodych do ustawicznego kształcenia w szybko zmieniającym się świecie. Ale czy to się uda? Zatem struktura polskich uczelni też nie pozwala osiągać sukcesów? Struktura ta, niezmieniona lub mało zmodyfikowana od czasów socjalizmu, rzeczywiście bardziej hamuje rozwój naukowy, niż go przyspiesza. Uczelnie są skrępowane przestarzałymi i nadmiernie zbiurokratyzowanymi wymaganiami administracyjno-prawnymi, finansowymi i kulturowymi. Aby to zmienić, trzeba poczynić kolejne kroki, przede wszystkim unowocześnić i uprościć zasady finansowania nauki i szkolnictwa wyższego, zatrudniania i kariery naukowej (zlikwidować minima kadrowe, wymusić mobilność, wprowadzić z góry określoną liczbę stanowisk profesorskich, reformować strukturę wydziałów i unowocześnić zasady finansowania i zarządzania uczelniami). Rektor wybierany z profesorskiego grona danej uczelni jest archaicznym i nieefektywnym sposobem zarządzania uczelnią. Tak wybierany rektor ma skrępowane ręce i jest w pewnym sensie zakładnikiem Senatu, elektorów, profesorów i pracowników. To wciąż socjalistyczna demokracja rodem z PRL. W Szwecji rektor jest desygnowany przez rząd, a uczelnia może go zaakceptować bądź nie, dlatego rząd proponuje z reguły kilku kandydatów. Tak powołany rektor może restrukturyzować uczelnie. W Polsce nowelizacja co prawda pozwala wybrać rektora z konkursu, ale jak widać w trwających lub odbytych właśnie wyborach, żadna uczelnia nie skorzystała z takiej możliwości. Pojutrze w „Rzeczpospolitej" ukażą się wyniki I rankingu wydziałów prawa Stanisław Karpiński, absolwent Akademii Rolniczej w Poznaniu (obecnie Uniwersytet Przyrodniczy), do 1989 r. działacz opozycji, do 2008 r. profesor fizjologii molekularnej roślin Uniwersytetu Sztokholmskiego. Laureat programu Welcome Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, profesor biotechnologii, pracownik SGGW w Warszawie. Od stycznia do maja 2012 r. sekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA