fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Finanse

Nie odwołujmy kryzysu

Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Nadal mamy niezły rollercoaster: na rynkach strach przeplata się z euforią, a wszystko przyprawione jest kwaśnym sosem niepewności – zauważa główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu
Koszty globalnego kryzysu, ciągnącego się już piąty rok, są dla gospodarki światowej olbrzymie. Szczególnie silnie uderzył on w gospodarki dojrzałe. Z 34 najbardziej rozwiniętych krajów świata aż 28 miało w 2011 roku niższy PKB na głowę niż w roku 2007. W Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii mamy do czynienia po raz pierwszy z załamaniem się aksjomatu, że każde pokolenie dzieci ma się lepiej pod względem materialnym i cywilizacyjnym niż pokolenie ich rodziców. To rodzi frustrację. Timothy Noah napisał na ten temat niedawno wydaną fascynującą, pełną faktograficznej dokumentacji, książkę: „The Great Divergence: America's Growing Inequality, Crisis and what we can do about it".

Rządy technokratów

Demokratycznie wybrane rządy w Europie padają jak muchy. A wysiłek wdrażania kosztownych społecznie reform biorą na siebie rządy technokratyczne, niewyłonione w drodze wyborów, czyli pozbawione demokratycznego mandatu do sprawowania władzy.
A przecież w wymiarze czysto ekonomicznym, którego najlepszym wyrazem są zmiany w wycenie aktywów, ten kryzys jest naprawdę relatywnie łagodny w porównaniu z wieloma swymi poprzednikami. W roku 1929 indeks S&P 500 zleciał na łeb na szyję o ponad 45 proc.; całkiem niedawno w 1989 Nikkei 225 spadł aż o 70 proc.. Teraz ze swego przedkryzysowego szczytu w roku 2007 S&P 500 osunął się ledwie o 10 proc.
Kiedyś jak już coś się waliło, to zawsze w sposób zsynchronizowany: nurkujące indeksy giełdowe zawsze szły w parze ze spadającymi cenami surowców i odwrotnie, jak były zwyżki, to na obu tych rynkach. A teraz? W pierwszym kwartale światowe giełdy podniosły się o 11 proc. A rynek surowców w tym czasie (indeks CRB Commodieties) podskoczył o symboliczne 0,2 proc.
Wstrząsy w strefie euro chwieją całym światem, a tu masz: euro ma się naprawdę relatywnie całkiem nieźle. 2011 był co prawda drugim z rzędu rokiem deprecjacji euro względem amerykańskiego dolara (3,1 proc.); euro osłabiło się też wobec szwajcarskiego franka (o 2,8 proc.), a w pierwszym
kwartale 2012 również o całe 10 proc. wobec jena i o kolejne 1,5 proc. do dolara – ale co z tego? Znam wiele prognoz (w tym tak renomowanych banków jak HSBC), które wieszczą na koniec tego roku kurs euro/dolar na poziomie 1,44!

Inny kryzys?

Ten kryzys jest inny, bo inna niż kiedyś jest przede wszystkim odpowiedź nań ze strony banków centralnych. To banki centralne: Fed, EBC, Bank Anglii, Bank Japonii, szwajcarski bank centralny, poprzez swą niekonwencjonalną politykę monetarną powodują czasowe włączanie się u inwestorów zmiennej percepcji ryzyka, co w zestawieniu z niejednoznacznymi krótkoterminowymi danymi ze sfery realnej bardzo wspiera różnokierunkowe fale przepływów kapitałów między różnymi segmentami zintegrowanego globalnego rynku finansowego. Rynek od euforii szybko przechodzi do głębokiego zwątpienia. Kryzys cofa się i wraca...
Realokacja aktywów jest naprawdę szybka i ostra. Jeśli popatrzymy na dwa ostatnie kwartały, to indeks S&P 500 odnotował dwucyfrowy wzrost i stopę zwrotu o 10 pkt proc. powyżej obligacji. Ale już w połowie kwietnia sytuacja dramatycznie się zmieniła: mieliśmy 3-proc. spadki na Wall Street i blisko 5-proc. w strefie euro. Rentowność hiszpańskich czy włoskich obligacji potrafi spaść i wzrosnąć o 1 pkt proc. w dwa, trzy tygodnie. Pod wpływem złych miesięcznych danych z rynku pracy potrafi wrócić pochowane ledwo tydzień wcześniej oczekiwanie na kolejną odsłonę luzowania polityki pieniężnej przez Fed, co przekłada się na osłabienie dolara i powrót kapitału na giełdę. W strefie euro pod wpływem złych nastrojów i obaw o hiszpańskie banki jeden członek zarządu banku centralnego mówi o możliwym powrocie do SMP (zakupu obligacji), a inny o koniecznym zamknięciu programu pożyczek (LTRO) i powrocie do bardziej konwencjonalnej polityki pieniężnej.
W sumie mamy niezły rollercoaster. Strach przeplata się z euforią, a wszystko przyprawione jest kwaśnym sosem niepewności. I jak zwykle w takich wypadkach w najwyższej cenie są aktywa najpewniejsze. Króluje też redukcja na potęgę zadłużenia. Problem polega nie tylko na delewaryzacji. W Stanach instytucje finansowe zredukują zadłużenie w tym roku o ponad 360 mld dol. Nie będzie więc rolowania długu; ergo – część inwestorów utraci swe tradycyjne źródła lokat. Problem polega też na tym, że w ślad za rosnącym popytem na pewne aktywa idzie ich ostro spadająca podaż. Amerykańskich obligacji będzie w roku 2013 o 1,9 bln dol. mniej (brutto) niż w roku 2010. Jest to spadek podaży najpewniejszych papierów skarbowych świata o 17 proc., a jeszcze więcej, jeśli uwzględnić podaż netto, bo przecież część z tych obligacji kupuje Fed. Ogółem podaż aktywów o najwyższych ratingach AAA spadnie na świecie w najbliższym roku o połowę. Można być pewnym jednego: one będą dalej w cenie. Dziś obligacje amerykańskie czy niemieckie są drogie (rentowność dziesięciolatek Bunds najniższa w historii 1,634 proc. pod koniec kwietnia). A mogą być jeszcze droższe. Podobnie jak wszystkie blue chipy, których jest za mało na tak duży popyt.
Jaki obraz wyłania się w tego chaosu i zamętu, który mamy teraz na globalnym rynku? W zasadzie, jak się wydaje, zaczyna się wśród inwestorów utwierdzać przekonanie, że ten rok może przypominać 2010 i 2011. Znaczy to, że po fazie ożywionych nadziei na koniec kryzysu, które windują ceny bardziej ryzykownych aktywów w pierwszym półroczu, jesienią nastąpi – jak poprzednio – negatywna korekta. Słowem: rok nieźle się zaczął, ale już gorzej się skończy.
Rynek od euforii szybko przechodzi do głębokiego zwątpienia. Kryzys cofa się i wraca...

Eurozgroza

Podzielam ten pogląd. Szczególnym źrodłem niepokoju pozostaje przy tym, moim zdaniem, Europa. Nie bez przyczyny w samym tylko
I kwartale, który był tak znakomity dla giełdy amerykańskiej, z zachodnioeuropejskich funduszy akcyjnych odpłynęło netto 8 mld dol. (w całym 2011 17,2 mld, z czego lwia część właśnie w drugiej połowie roku – jesienią i zimą). Francuski indeks wiodących spółek CAC 40 spadł pod koniec kwietnia poniżej poziomów z początku tego roku. Hiszpański Ibex-35 ląduje zaledwie kilka punktów od dna z roku 2003. Widać gołym okiem, że dobroczynne, tonizujące nastroje, skutki dwóch odsłon programu trzyletnich pożyczek (LTRO), w trakcie których EBC wpompował w rynek 1 bln 300 mld euro płynności, już minęły. A powróciło z wzmożoną siłą napięcie. Tylko tym razem już nie tylko do krajów peryferyjnych, ale również do twardego jądra strefy euro.
W samym marcu banki hiszpańskie pożyczyły z EBC 316 mld euro (152,4 mld euro w lutym), to jest 28 proc. całości pożyczek przypadających na strefę euro. Rynki długu w krajach euro stają się coraz bardziej homogeniczne. Udział inwestorów zagranicznych w rynku hiszpańskim spadł z 44 proc. w roku 2010 do 33 proc. w styczniu 2012; w rynku włoskim z 52 do 46 proc.; w rynku francuskim z 71 do 64 proc.
Ale problem – jak wspomniałem – dotyczy już nie tylko krajów peryferyjnych. Spready obligacji holenderskich w stosunku do niemieckich wzrosły trzykrotnie od początku roku (aktualnie blisko 80 pkt bazowych). Spready francuskie do Bunds sięgają już 145 pkt i są najwyższe od kilku miesięcy. Jeśli Holandia, co po ostatnim kryzysie rządowym nie jest wykluczone, straci rating AAA, to jedynymi krajami o najwyższym ratingu w strefie zostaną już tylko Niemcy, Luksemburg i Finlandia. Rynek obligacji o najwyższym ratingu kurczy się. Pogłębia się zaś segment o ratingach niższych i spreadach do Bunds powyżej
140 pkt bazowych. Ten drugi rynek, dominujący, ma już dziś pojemność przekraczającą 4 bln euro. A jest to dwukrotnie więcej, niż miał na szczycie rozkwitu w roku 2008 rynek CDO (Credit Default Swaps) o ratingach AAA. Tamten rynek załamał się błyskawicznie, kiedy inwestorzy panicznie chcieli pozbyć się toksycznych papierów. Nie chodzi tu o to, żeby się straszyć. Ale widać, że Europa stąpa dziś po naprawdę bardzo kruchym lodzie.
Z 34 najbardziej rozwiniętych krajów świata aż 28 miało w 2011 roku niższy PKB na głowę niż w roku 2007
Wskaźniki wyprzedzające (nie tylko PMI, ale też Sentix) potwierdzają tylko słabą kondycję sfery realnej. Przemysłowy PMI wszędzie, łącznie z Niemcami, lokuje się już poniżej 50 pkt. W produkcji mamy niską dynamikę, spadek nowych zamówień, narastające opóźnienia przy realizacji kontraktów, wzrost kosztów produkcji, słaby popyt. Prowadzi to do spadków produkcji i narastania napięć na rynku pracy. W pierwszym kwartale przemysł ujemnie kontrybuował do wzrostu w całej strefie euro, podobnie zresztą jak to już było wcześniej, w IV kwartale ubiegłego roku. Strefa euro będzie w recesji co najmniej do IV kwartału 2012. A to, co stanie się później, zależy od niezbędnych zmian w sposobie zarządzania kryzysem. Bo ten obecny trudno uznać za w pełni udany.
Czy może się zmienić strategia zarządzania kryzysem w strefie euro, polegająca dotąd na zapewnianiu przez EBC płynności, podczas gdy kwestie wypłacalności, będące w kompetencjach rządów, zostały zdominowane przez wielkie programy dostosowań fiskalnych pogłębiających recesję? Tego nie wiem. Wydaje mi się jednak symptomatyczne, że to prezes Europejskiego Banku Centralnego nawołuje obecnie przywódców europejskich do wypracowania mechanizmów pobudzających gospodarkę, bo zacieśnienie fiskalne  już najwyraźniej nie wystarczy do wyjścia z kryzysu.
Źródło: ekonomia24
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA