fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Rozmowa z Joanną Chmielewską

Z Joanną Chmielewską, pisarką, rozmawia Maja Narbutt
2 kwietnia 2012 Joanna Chmielewska kończy 80 lat. Przypominamy wywiad z dodatku Plus Minus z listopada 2009
„Liczę na to, że wszystkie kasyna uczynią mnie honorowym gościem, ze wstępem gratis i wolnym drinkiem, co ich z pewnością nie zrujnuje, bo koniaku i szampana nie lubię, a więcej niż pół litra bardzo mi szkodzi”. Tak napisała pani we wstępie do książki poświęconej hazardowi. I co, ma pani tę wejściówkę?
Oczywiście. Jako stały klient, który nigdy nic nieodpowiedniego nie zrobił i zachowuje się przyzwoicie.
Rozumiem, że dotyczy to kasyn polskich. Ale gra pani też w zagranicznych.
Jak się gdzieś często bywa, to nie trzeba legitymować się paszportem, ma się kartę wstępu. No i dostaję żeton do toalety dla inwalidów i osób starszych, która znajduje się na tym samym poziomie co kasyno.
Aferze hazardowej towarzyszy również aura pewnej moralnej nagany, a może nawet potępienia wobec zjawiska hazardu. Politycy chcą, by automatów było znacznie mniej. Troszczą się o nieszczęsnych ludzi, którzy lekkomyślnie tracą pieniądze.
Automaty są szkodliwe? A co, czy ten, co stoi przy automacie, zapada na grypę? A może dostaje osteoporozy? Zajęty jest tak bardzo, że nawet alkoholu się specjalnie nie napije, co najwyżej jakieś piwo. Nie ma przymusu gry. Nie można traktować ludzi jak niemowlęta, które nie wiedzą jeszcze, co im szkodzi, a co nie. Uważam, że za tą całą nagonką na hazard stoją jakieś wściekłe żony.
Mogłaby pani rozwinąć ten wątek?
Kiedyś taka facetka wpadła do kasyna w Marriotcie i żądała kategorycznie, by kasyno bezwzględnie zamknąć. A jeśli nie, to przynajmniej nie wpuszczać jej męża, który wszystko z domu wynosi i sprzedaje, by mieć za co grać. Powiedziano jej, że nie można wydać zakazu wpuszczania tego człowieka. Zachowywał się zawsze absolutnie przyzwoicie, żadnej awantury nie zrobił. A że ta pani nie umiała sobie dać z nim rady? Widziały gały, co brały. To jej sprawa prywatna, nie może wciągać do tego społeczeństwa.
Wiele osób straciło jednak sporo pieniędzy, grając na automatach czy ruletce.
Szanowna pani, jeśli pójdzie pani do restauracji, spożyje śledzika i setkę albo jakiś obiad, to nie oczekuje od kelnera, że odda potem pieniądze. Dlaczego, na litość boską, w kasynach ma być inaczej? Hazard jest przyjemnością lub namiętnością, jak wszystkie inne. Ale, w przeciwieństwie do reszty, tu można jednak uzyskać zwrot wydatkowanych pieniędzy.
To żałosny widok, który można zobaczyć w każdym kasynie: człowiek, który stracił fortunę, ale nie potrafi się od hazardu oderwać. Nie stać go na grę, będzie więc krążył wokół innych graczy, starając się wyłudzić żeton lub im kibicując
„Won mi stąd!” i „Proszę tego pana natychmiast zabrać”. W takich kwestiach zwracam się do obsługi i jestem bezlitosna. Przepraszam bardzo, ja gram za swoje pieniądze i dla mojej przyjemności. Nienawidzę, jak ktoś patrzy mi na ręce, nawet jak kroję cebulkę, a co dopiero, gdy gram. Dlaczego nie współczuję takim przegranym typom? Było się opanować.
No właśnie, hazard może kompletnie zniszczyć życie. To jak narkomania.
Narkoman jest wrakiem. Człowiek, który gra w kasynie, potrafi z zainteresowaniem przeczytać książkę, chodzi do pracy. Bo tak w ogóle pieniądze powinno się zarabiać w pracy. Do kasyna chodzi się dla rozrywki. Jeśli idzie pani, by wygrać, z zaciętością, zaciśniętymi zębami i rozczapierzonymi pazurami, to przegra pani, co ma, i jeszcze trochę
Z drugiej strony niektórzy przy automatach czy ruletce wygrali, i to sporo.
W duńskim Tivoli widziałam, jak taka nędzna baba, widać, że niebogata, znalazła na podłodze obok automatu jeden żeton, wrzuciła. Wygrała 14. Skończyła grę, gdy miała tych żetonów 200.
Może ta kobieta nie miała szczęścia w miłości, bo przecież twierdzi pani, zgodnie ze znanym powiedzeniem, że istnieje taka prawidłowość.
Radziła pani nawet w książce o hazardzie, by przymknąć oko, jeśli ukochana osoba romansuje, bo może nam to pomóc w grze.
Ta baba z Tivoli była w takim wieku, a w dodatku nie była cudnej urody, że szczęście w miłości raczej jej nie interesowało.
Prędzej była z gatunku tych, co to strasznie się starają o dom, w którym jest niewdzięczny mąż i dzieci.
Albo była wdową, tak sobie ją wyobrażam. W sumie ta wygrana była jej potrzebna i jakoś się należała.
Czy można powiedzieć, że komuś należała się wygrana, a innemu nie?
Oczywiście. Kiedyś w Marriotcie był w jednym automacie jackpot wynoszący prawie milion...
Ludzie ustawiali się w kolejce jeszcze przed otwarciem kasyna.
Wysyłali rodziny, by okupowały automat. Aż w końcu czy się spóźnili, czy na chwilę zrezygnowali, dość, że do automatu podeszła Chinka.
Wrzuciła trzy monety po pięćdziesiąt groszy. I momentalnie wygrała.
Ludzie byli wściekli. Ja zjawiłam się w Marriotcie ze dwa dni później.
W kasynie nadal była atmosfera sensacji — przyszła taka wredna, skośna, żółta i natychmiast zainkasowała wszystko, a inni wrzucali bez końca i im się bardziej należało. Tak byłoby bardziej sprawiedliwie.
Wygrana na automatach jest kwestią przypadku. A tymczasem przy ruletce, jak pani sugeruje, niekiedy wcale nie decyduje ślepy los.
Wprawny krupier może kontrolować kulę. Złapać numer, który chce, by wyszedł. Na przykład może grać przeciwko niesympatycznemu typowi, który jest ogromnie awanturniczy. Nie na tyle jednak, by lać po mordzie i wywołać incydent, po którym wyrzuci się go z kasyna. Ale taki typ potrafi tak zirytować krupiera, że ten nie da mu wygrać.
Naprawdę pani tak sądzi?
Ja nie sądzę, po prostu wiem. Jest taka książka zatytułowana „Wygrać
w kasynie”, a może „Przegrać w kasynie”. Jej autor, dawny krupier, nie ma wątpliwości, że krupier może decydować o tym, gdzie trafi kula.
Rozmawiamy o kobietach grających w kasynach, a przecież grają one znacznie rzadziej niż mężczyźni.
Kobiety są tchórzliwsze. Bardzo niewiele kobiet sięga po przyjemności ryzykowne dla życia. Himalaistki, kobiety płynące w samotny rejs po oceanie – takich jest znacznie mniej niż mężczyzn mających te pasje. Ta niechęć do ryzyka jest zakodowana w nas biologicznie. Kobieta zawsze zostawi sobie jakiś kawalątek bezpieczeństwa
Na przykład nie zgra się do końca, zostawi sobie choćby parę groszy na bilet do domu.
Bez przesady, dlaczego miałaby sobie zostawiać na bilet? Ja po wyścigach w Kopenhadze nie miałam już na transport miejski i wracałam 7 km na piechotę. No i co mi się stało?
Napisała pani kiedyś, że chodzenie na wyścigi to bardzo przyjemne i rekreacyjne zajęcie. Na świeżym powietrzu...
Teren zielony, można zabrać żonę i dzieci. A jak się człowiek uprze, to i grosza nie wyda, bo przecież nie ma przymusu gry. Jeśli ktoś mnie irytuje na wyścigach, to idioci, którzy się ekscytują, że mają absolutnie pewny typ.
A co, nie ma pewnych typów?
Cały biznes na wyścigach opiera się właśnie na idiotach wierzących w pewniaki. Taki idiota, któremu umysł sklęsł do reszty, ulega szeptanej propagandzie o pewnym faworycie, wynosi wszystko z domu, spienięża i stawia na tego konia.
A skąd się bierze informacja o tym pewniaku? Od chłopca stajennego, który widzi, że w jego stajni jest dobry koń, ale nie ma zielonego pojęcia, że w innej jest jeszcze lepszy. 35 lat chodziłam na wyścigi, zapisywałam wszystko, znałam stajnie, znałam ludzi ze stajni i rwałam włosy z głowy, kiedy ktoś przychodził i szeptał: „Dwójka na pewno przyjdzie pierwsza”.
To co pomaga wygrać na wyścigach?
Elementarna wiedza. Jeśli jeden koń ma wąskie kopytka, a inny szerokie kopyta, to który przyjedzie pierwszy, jeśli jest błoto?
Wystarczy wiedza o koniach?
Ludzie ze stajni nie mogą się zgodzić, by tylko jedna z nich wygrywała. Uzgadnia się, komu ma przypaść zwycięstwo. Jedni mają prawo do częstszych zwycięstw, inni rzadszych. Jeśli między stajniami panują dobre stosunki, sprawy załatwiane są przyzwoicie. Gorzej, jeśli wkrada się wrogość. Przez blisko rok pewien facet nie mógł wygrać ani jednej gonitwy i zdobyć stopnia dżokeja, bo koledzy mu nie pozwalali. Dlatego że się uparł i nie chciał im postawić pół litra. I ja, i inni wtajemniczeni czekali, aż się złamie i te pół litra im jednak postawi.
Wygrywanie na wyścigach wydaje się dość skomplikowane. A jednak są tacy, którzy dosyć systematycznie wygrywają.
Pewien znajomy wygrał na trzypokojowe mieszkanie spółdzielcze, domek letniskowy nad Liwcem oraz ich wyposażenie. I jeszcze na samochód. Grał przez 20 lat, stawiał na to, co sam sobie wyliczył. Mój syn też wygrywał, wyliczając sobie wszystko matematycznie. Ale on, w przeciwieństwie do mamusi, zna wyższą matematykę.
A pani raczej wygrywała czy przegrywała na wyścigach i w kasynach?
Nie miałam ani wielkiego pecha, ani wielkiego szczęścia. Bywały okresy, w których wygrywałam, i takie, kiedy przegrywałam. Bo to się zawsze układa okresami. A w ogóle co się pani mnie tak uczepiła z tym hazardem?
Przecież gra nie tylko pani, ale grają również bohaterowie pani powieści. Chociaż hazard nie pochłania pani chyba tak bardzo. Nie miałaby pani inaczej czasu, by tak często wydawać książki. Chyba że w jednej ręce trzyma pani żeton, a drugą pisze...
A w trzeciej ręce trzymam kieliszek wódki. Tak to sobie chyba niektórzy wyobrażają. Nie słyszała pani plotek, że byłam na odwyku? Albo że już umarłam?
Tak sobie myślę, że z naszej rozmowy można wysnuć sprzeczne wnioski. Bo przecież mówi pani, że krupier może decydować, gdzie trafi kula, a o wyniku wyścigów rozstrzyga umowa. A z drugiej strony wierzy pani w dobrą lub złą passę, zależność między grą a miłością.
To co, jest w końcu jakaś metafizyka gry czy nie?
Proszę mnie nie naciskać. Ja strasznie nie lubię stawiać kropki nad „i”.
 
 
Rozmowa z Joanną Chmielewską „Można stracić pieniądze, ale nie rozum” została opublikowana w wersji nieautoryzowanej przez rozmówczynię.
 
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA