fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Jestem szczęśliwym muzykiem

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Były lider Dire Straits o swoich zasadach, spotykanych w Londynie Polakach i... żubrówce. Z Markiem Knopflerem rozmawia Jacek Cieślak
Rz: W mijającym roku największe gwiazdy lat 70. i 80 – The Police i Genesis – zdecydowały się na sceniczny powrót. Czy myśli pan o odrodzeniu Dire Straits?
Mark Knopfler: Wszyscy fani mnie o to pytają. Graliśmy już razem po rozwiązaniu zespołu na koncertach charytatywnych i byliśmy szczęśliwi, występując razem. Niedawno rozmawiałem z Halem Lindesem, który nagrywał w moim studiu. Pozostaję w przyjaźni z basistą Johnem Isleyem, jesteśmy niemal sąsiadami. Nigdy nie mówiłem, że powrót Dire Straits jest niemożliwy.
A co pana skłoniło do napisania na najnowszą płytę piosenki, w której jest mowa o Polsce?
Wspominam o waszym kraju, bo od inwazji na Polskę zaczęła się II wojna światowa. Jest to kompozycja o dwóch malarzach. Pierwszy przeżywał młodość w latach 30., zrezygnował z uprawiania sztuki i poszedł do wojska. Drugi ma podobny dylemat dziś.
A pan co by zrobił?
Nie mam wątpliwości, że bez względu na to, co się dzieje, artysta powinien tworzyć i realizować się w sztuce. Taką radę daje starszy malarz młodemu. To jest także moja rada.
Czy pana nowe piosenki układają się w album wspomnień z dzieciństwa i młodości?
Tak można powiedzieć o większości z nich, ale staram się nie popadać w nostalgię. Zależało mi, żeby to były żywe i barwne muzyczne obrazy – z domu, ulicy, potańcówek. Przełom lat 50. i 60. był ważny nie tylko dla mnie. Przeżywaliśmy rewolucję obyczajową i kulturową. Zaczął się rock and roll. To jedno z większych wydarzeń XX wieku. Niestety, byłem za młody i za ubogi, by się ubierać jak bigbitowcy, jeździć na motocyklu, mieć gitarę. Ale mogę o tym śpiewać.
Z okładki najnowszej płyty można wnosić, że od motocykli woli pan skutery.
Rzeczywiście, po latach dorobiłem się nareszcie skutera. Jest piękny! Czerwony! Bardzo mi się przydaje do jazdy po zatłoczonym Londynie. Ale kiedy mam się udać za miasto, wsiadam na motocykl.
Jakie wartości są dziś dla pana najważniejsze?
Wyrozumiałość dla ludzi. A jako artysta chcę być szczery. Tworzyć tylko takie piosenki, pod którymi mogę się podpisać bez wątpliwości. Zresztą traktuję moją rolę służebnie. Czuję się akuszerem, pomagam piosenkom przyjść na świat. Kocham to, co robię. Jestem bardzo szczęśliwym muzykiem.
A jakie życiowe rady dawał pan swoim dzieciom?
Wychowanie to bardzo trudna sprawa. Ale starałem się, by dawały z siebie to, co najlepsze, unikały pychy, przechwałek, nie marnotrawiły nikomu czasu. Mam też nadzieję, że nauczyłem moje dzieci, czym jest prawdziwe życie i ciężka praca. Nie są dziećmi, które żyją na koszt rodziców i włóczą się po nocnych klubach.
A panu co radził ojciec?
Moi rodzice żyli na północy Anglii. Ludziom stamtąd nic od życia się nie należy. Zero tolerancji dla każdego.
Uważa pan, że takie gwiazdy jak Pete Doherty i Amy Winehouse mają jakieś moralne zasady?
Myślę, że współczesne dzieciaki, a i debiutujący artyści, są w niezwykle trudnej sytuacji. Im jest ciężej odnaleźć się w świecie niż mojemu pokoleniu. I być na scenie dłużej niż jeden sezon. To również wina koncernów fonograficznych. W krótkim czasie wyciskają z nich wszystkie soki i zostawiają na lodzie.
Ale problem polega również na tym, że młodzi pakują się w narkotyki.
Nie wiem, co odpowiedzieć. Amy Winehouse to wstyd dla muzycznej branży. Ktoś, kto zarabia na jej muzyce, powinien się nią zaopiekować. Przecież ona jest jeszcze dzieckiem. Znam cynicznych ludzi z show-biznesu, którzy lubią patrzeć, jak młode gwiazdy spalają się niczym ćmy w ogniu świecy. Ich talent wybucha i za chwilę już ich nie ma. Przychodzi czas na następny zespół. Amy jest znakomitą wokalistką. Mam nadzieję, że sobie poradzi.
Czy w przyszłości Europa ograniczy się do konsumpcji i hedonizmu?
To oznaczałoby katastrofę. Jestem pewien, że natężenie konsumpcjonizmu wywoła w końcu kontrakcję i wielki protest przeciwko globalizacji. Moje przewidywania opieram na obserwacji rynku muzycznego. Im bardziej wielkie koncerny zacieśniają współpracę, dbają o własne interesy i starają się zmonopolizować rynek, tym bardziej poszerza się sfera działań firm od nich niezależnych – wydawnictw fonograficznych i portali internetowych. W tym nadzieja.
A pan, jak słucha muzyki – ze starych winylowych płyt, kompaktu, komputera czy z przenośnych odtwarzaczy w formacie MP3?
Moje ostatnie trzy płyty zostały przepięknie wydane, z dźwiękiem o wysokiej jakości dla audiofilów. Osobiście słucham kompaktów, bez wielkiego zadęcia, w kuchni. Ale nie mam nic przeciwko sprzedaży muzyki w Internecie. Oczywiście, skompresowane nagrania nie brzmią idealnie, jednak pamiętajmy, że jeszcze niedawno ludzie słuchali muzyki z kaset magnetofonowych.
Czy wciąż lubi się pan napić żubrówki?
Tak, teraz też mam schłodzoną butelkę w lodówce. Po opakowaniu poznaję, że zmienił się właściciel marki. A czy Polacy piją jeszcze tyle wódki co kiedyś?
Ciężko pracujemy, więc nie ma czasu na takie ekstrawagancje.
Ja też nie mam głowy do mocnych alkoholi. Wolę kieliszek wina. Od czasu do czasu kieliszeczek żubrówki.
Proszę spróbować z sokiem jabłkowym.
Oczywiście, że spróbuję. Wypiję za zdrowie wszystkich Polaków, których widuję w Anglii. Teraz nigdy nie wiadomo, czy napotkany przechodzień nie jest Polakiem. Cieszy mnie wasz widok w Londynie.
Leworęczny gitarzysta, który na instrumencie gra prawą ręką, a w dodatku nigdy nie używa kostki, urodził się w Glasgow w 1949 r. Zespół Dire Straits założył w 1977 r. w Londynie z bratem Davidem. Rozwiązał go blisko 20 lat później i w połowie lat 90. wydał pierwszy solowy album „Golden Heart”. Poza krążkami studyjnymi, Knopfler poświęcił się muzyce filmowej, jest autorem ścieżek do kilkunastu obrazów. W tym roku ukazała się jego najnowsza płyta, nagrana z wokalistką Emmylou Harris „Kill To Get Crimson”. Wyraźnie wybrzmiewa na niej folkowa nuta, Knopfler pozostał wierny swemu stylowi - łagodnej mieszance country, bluesa i rocka, którą zachwycił już w pierwszym przeboju Dire Straits „Sultans of Swing” z 1978 r. Brytyjscy słuchacze początkowo zlekceważyli tę piosenkę, ale spodobała się Holendrom, a potem całemu światu. Tak jak inne napisane przez Knopflera przeboje – „Money for Nothing” czy „The Walk of Life”.
pw
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA