fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Opera jest jak świątynia

Rzeczpospolita
Tadej Eder, dyrektor naczelny i artystyczny Narodowego Akademickiego Teatru Opery i Baletu im. Salomei Kruszelnickiej we Lwowie prezentuje swój zespół
Rz: Trudno kieruje się operą we Lwowie?
Tadej Eder: – Pracuje tu 750 osób, każda z nich jest genialna, z wyjątkiem mnie, nie może być zatem łatwo. Ale też trzeba rozumieć, że teatr to zbiorowisko niezwykłych ludzi. Krawców we Lwowie może być wielu, ale niech pan znajdzie wśród nich kogoś, kto uszyje ubranie z XVIII wieku. To samo jest z szewcami czy perukarzami, a takich fachowców potrzebuję w teatrze. To są często prawdziwi artyści oddani pracy twórczej, którzy muszą mieć wyobraźnię. Ale sam dyrektor musi mocno stąpać po ziemi. Jak więc na przykład wygląda sytuacja finansowa Opery Lwowskiej?
Na tym fotelu, za moim biurkiem już trzy razy siedział prezydent Wiktor Juszczenko. Kiedy był ostatni raz, zadał mi to samo pytanie co pan. Odpowiedziałem szczerze: w ciągu 16 lat niepodległej Ukrainy nie otrzymałem od państwa ani grosza na działalność artystyczną. Owszem, jako instytucja narodowa dostajemy dofinansowanie na dobre płace, ale na wszystko inne sami musimy znaleźć pieniądze, także na utrzymanie budynku i jego konserwację. Tymczasem każdego dnia coś robimy, by ten piękny zabytek nie stracił swej świetności. Ale może dlatego, że w najważniejszych sprawach nie zależę od nikogo, czuję się bardzo dobrze. Jestem niezależny. Skąd jednak ma pan pieniądze na premiery? Są oczywiście sponsorzy, choć jeśli pokryją połowę kosztów, czuję się szczęśliwy. Zarabiamy własną działalnością. Muszę też się pochwalić, że jesteśmy jedynym teatrem operowym na świecie, który otrzymał pieniądze z Watykanu wraz z błogosławieństwem Jana Pawła II. Dostaliśmy je na wystawienie opery „Mojżesz” Myrosława Skoryka. To był przełomowy moment w historii teatru, a wiem, co mówię, bo spędziłem w nim prawie 40 lat, obecnie od 10 lat po raz drugi jestem jego dyrektorem. Widzę przemianę, jaka nastąpiła po tej premierze, ale też wierzę, że Ojciec Święty, błogosławiąc nas, rozumiał, że teatr jest jak świątynia. Tu człowiek nie nauczy się kłamstwa i podłości, lecz jedynie takich rzeczy, dzięki którym staje się lepszy. Dlatego warto się starać, by teatr istniał. Zespół artystyczny jest młody? Nie, musi skupiać kilka pokoleń. Konserwatorium uczy studenta techniki, w teatrze musi przejść on drugą szkołę, by wiedzieć, jak pracować. Jego nauczycielami mogą być jedynie starsi artyści. Każdy teatr jest niepowtarzalny, tak jak każdy człowiek różni się od innych. Jest więc też niepodobna do innych lwowska szkoła przekazywana z pokolenia na pokolenie. Dotyczy to zwłaszcza solistów, ale i orkiestry, gdyż muzycy muszą zdobyć specyficzne umiejętności. W operze gra się inaczej niż w filharmonii, tam orkiestra partneruje soliście. U nas nigdy nie będzie na pierwszym planie, ale akompaniowanie śpiewakowi tak, by go wspierać, to wielka sztuka. Młodzi artyści nie ciągną dziś na zachód, choćby do Polski, by tam znaleźć pracę? Jeżdżą, ale też i często wracają. Zdążyłem się do tego przyzwyczaić. Dla młodych organizujecie też konkurs wokalny imienia Salomei Kruszelnickiej. Za rok odbędzie się jego czwarta edycja. Muszę się pochwalić, że nikt nie robi konkursu podobnego do naszego. Najbardziej typowe są takie jak warszawski Konkurs Moniuszkowski, który dobrze znam. W dwóch pierwszych etapach jego uczestnicy występują z pianistą, a w finale śpiewają arie z towarzyszeniem orkiestry. U nas tylko pierwszy etap odbywa się z samym fortepianem, już w drugim dajemy do dyspozycji orkiestrę, na finał każdy musi przygotować jedną z ról i wystąpić w całym przedstawieniu. Tylko wtedy jednak można powiedzieć, kto naprawdę jest operowym śpiewakiem: jak gra na scenie, jak dostosowuje się do innych w scenach ansamblowych, jak słucha orkiestry. Ile tytułów Opera Lwowska ma w repertuarze? 23 opery i prawie tyle samo baletów, do tego dochodzą trzy operetki, a także programy koncertowe. Gramy 200 spektakli w roku, to bardzo dużo jak na taki teatr. Mamy znacznie więcej przedstawień niż warszawska Opera Narodowa, choć jesteśmy pozbawieni stabilizacji finansowej, która umożliwia sensowną, planową działalność. Dla nas każdy kolejny rok to wielka niewiadoma. Najpierw zbieram z różnych stron pieniądze, dopiero potem mogę decydować, na co one starczą. Ma pan na to jakiś sposób? Staramy się jeździć po świecie, by zarabiać. Niebawem ruszamy do Holandii, byliśmy w Hiszpanii, we Francji, w Szwajcarii, w Niemczech. Występowaliśmy nawet w Katarze i Libanie. Wiem też, że bez wymiany zespołów, bez zapraszania śpiewaków teatr operowy staje się martwy. U nas dominuje tradycyjny repertuar: siedem oper Verdiego, trzy Pucciniego, „Carmen” Bizeta czy „Rycerskość wieśniaczą” Mascagniego. Tego pragnie publiczność. Kiedy gościmy innych artystów, wtedy widz dostaje to, co lubi, ale jednak w innym kształcie. I tak oto Verdi z Puccinim wypierają rodzimych twórców. U nas nie, gramy siedem oper ukraińskich kompozytorów. Mamy też „Straszny dwór” Moniuszki i to w wersji, jaką nie może pochwalić się żaden polski teatr, bo prezentujemy tę operę bez skrótów. Jest szansa, że ze „Strasznym dworem” przyjedziemy wiosną przyszłego roku do Warszawy. Robert Skolmowski, który spektakl reżyserował, chce go zaprezentować w jakieś hali widowiskowej. W Warszawie Opera Lwowska była już jesienią tego roku. Gościliśmy w Operze Narodowej, wzruszyło nas przyjęcie publiczności, a cały zespół otrzymał błogosławieństwo od kardynała Józefa Glempa, który przyszedł na nasz balet „Esmeralda”. Dla tego jednego spotkania z nim warto było jechać do Warszawy. Jak ocenia pan obecny występ Opery Narodowej we Lwowie? Powiem jedno, można ludzi zachęcić, by przyszli do teatru, reklama i promocja dają nam dzisiaj wiele na to sposobów. Nikt jednak nie zmusi ludzi do oklasków, jeszcze nie urodził się taki człowiek. Chyba że zostanie klakierem. Ale i on nie poderwie całej sali do owacji. W teatrze zawsze widać, kiedy organizuje ją klakier, kiedy zaś jest spontaniczna. Taka właśnie była po przedstawieniu Opery Narodowej. A dlaczego ludzie gorąco oklaskiwali polskich artystów? Bo okazało się, że w „Cyruliku sewilskim”, który ma prawie 200 lat, można znaleźć coś nowego. Na tym polega siła prawdziwej sztuki, że z upływem lat nabiera ona bogatszych wartości. To przedstawienie zachwycało też precyzją każdego duetu, kwartetu, kwintetu. Rossini wymaga aptekarskiej dokładności, tu nie można pomylić się nawet o gram, dlatego wiele zespołów czy solistów potyka się na jego muzyce. Warszawski „Cyrulik” był na wielkim poziomie profesjonalnym. Co będzie dalej między Operą Lwowską i Operą Narodową? Współpraca. Zainteresowani są dyrektorzy, artyści i publiczność, więc jak można z niej zrezygnować. Ale w przyszłym roku jedziemy też z „Esmeraldą” i „Balem maskowym” do Opery Wrocławskiej.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA