fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Turecka demonstracja siły

AP
Po serii bombardowań Turcja zadecydowała się na operację lądową. Kilkuset tureckich żołnierzy wkroczyło na tereny północnego Iraku, by ścigać kurdyjskich bojowników. Działania władz w Ankarze poparli Amerykanie. Kurdyjskie władze poczuły się zdradzone
Tak wielkiej operacji przeciw kurdyjskim bojownikom turecka armia nie prowadziła od wielu lat. Podczas weekendu myśliwce bombardujące cele na terenie Iraku startowały niemal 50 razy, niszcząc wiele wiosek, w których – zdaniem tureckich wojskowych – ukrywali się bojownicy Partii Pracujących Kurdystanu (PKK).
Naloty, w których zginęło co najmniej dwóch cywilów, wywołały protesty władz w Bagdadzie. Oskarżyły Ankarę o naruszanie suwerenności Iraku. W nocy z poniedziałku na wtorek tureccy generałowie zdecydowali się na wysłanie do północnego Iraku wojsk lądowych. W akcji wzięło udział zaledwie kilkuset żołnierzy (według różnych szacunków od 300 do 500), którzy jeszcze wczoraj wrócili do Turcji. Wzdłuż granicy z Irakiem stacjonuje jednak 100 tysięcy tureckich wojskowych, którzy mogą liczyć na wsparcie czołgów, artylerii czy myśliwców.
Dla Turków bardzo ważne jest również wsparcie wywiadowcze, jakie – według mediów – otrzymują od swego głównego sojusznika: Stanów Zjednoczonych. Jak podał wczoraj „Washington Post”, Amerykanie na bieżąco dostarczają tureckiej armii danych wywiadowczych umożliwiających precyzyjne ataki na bazy kurdyjskich separatystów w północnym Iraku. Chodzi między innymi o przekazywany na żywo obraz z amerykańskich załogowych i bezzałogowych samolotów zwiadowczych. Jak donosi dziennik, powołując się na źródła w Pentagonie, Amerykanie „w zasadzie dają Turkom gotowe cele do ataku”, pozostawiając Ankarze decyzję o ewentualnym uderzeniu. Tak właśnie było w przypadku niedzielnego tureckiego bombardowania kilku wsi. Departament Stanu nie potwierdza tych informacji, ale inne wypowiedzi nie pozostawiają wątpliwości. – Wciąż niepokoi nas zagrożenie, jakim jest PKK dla Turcji, Iraku i Stanów Zjednoczonych. Uważamy, że należy zrobić wszystko, by usunąć to zagrożenie – powiedział rzecznik departamentu Tom Casey i dodał, że Amerykanom zależy na tym, by rządy Turcji i Iraku koordynowały ze sobą działania przeciw kurdyjskim separatystom. Działania władz w Ankarze w walce z bojownikami PKK poparła wczoraj jednoznacznie szefowa amerykańskiej dyplomacji Condoleezza Rice, która pojawiła się z niespodziewaną wizytą w Kirkuku na północy Iraku – mieście, nad którym kontrola jest przedmiotem sporu między Kurdami a arabskimi sunnitami. Administracja Busha chce, by o statusie Kirkuku zadecydował ONZ. Władze irackie chcą jednak przeprowadzić lokalne referendum w tej sprawie. Ze słowami amerykańskiej sekretarz stanu zgodził się nawet iracki minister spraw zagranicznych Hosziar Zebar, według którego USA, Irak i Turcja mają wspólny cel: upewnić się, czy PKK nie prowadzi działalności terrorystycznej. Jednocześnie władze w Waszyngtonie wyraźnie dają do zrozumienia Ankarze, że są przeciwne szeroko zakrojonej ofensywie tureckiej w północnym Iraku. Jak zauważa Mark Parris, ekspert z waszyngtońskiego Brookings Institution, Ankara od początku stawiała sprawę jasno: gotowa jest działać powściągliwie, pod warunkiem że Stany Zjednoczone pomogą w rozbiciu oddziałów PKK. I Amerykanie pomagają. – Już dawno nie widzieliśmy tak bliskiej współpracy w działaniach wojskowych między Turkami a Amerykanami – twierdzi Parris. Poparcie Stanów Zjednoczonych dla Turcji oburzyło irackich Kurdów, którzy wielokrotnie wspierali amerykańską armię w operacjach na terenie Iraku. Prezydent irackiego Kurdystanu Masud Barzani odmówił z tego powodu spotkania z Rice. Ostrzegł również władze w Ankarze przed podejmowaniem kolejnych zbrojnych operacji. Od 1984 r., gdy PKK zaczęło walkę o utworzenie państwa kurdyjskiego, po obu stronach granicy zginęło 37 tysięcy osób. Do eskalacji konfliktu doszło w październiku, gdy z rąk PKK zginęło 12 tureckich żołnierzy. Nikt nie może być zaskoczony turecką operacją na terenie Iraku. Opinia publiczna w moim kraju od dawna oczekiwała właśnie takich działań, a nasza armia już kilka tygodni temu otrzymała oficjalne zezwolenie parlamentu na atak. Nie doszło do niego tuż po jej udzieleniu, bo wtedy terroryści z PKK mogliby się do tej operacji przygotować. Dobrze, że USA zdecydowały się pomóc tureckiej armii. Turkom łatwiej będzie teraz uwierzyć w sojusz z Ameryką i w słowa George’a W. Busha, który nazwał PKK naszym wspólnym wrogiem. Turecka armia musiała uderzyć, bo irackie władze nie potrafiły sobie poradzić z terrorystami. Oczywiście, tego problemu nie da się rozwiązać tylko za pomocą siły. Liczymy, że lokalna ludność przestanie wspierać PKK. Bo celem są oczywiście tylko bojownicy PKK, a nie zwykli Kurdowie. —not. jap Nie można mówić, że turecka operacja jest wymierzona w PKK, bo bojownicy tej organizacji mieli dużo czasu, by przygotować się na ten atak. W jej wyniku cierpią więc głównie cywile, którzy mieszkają w wioskach na północy Iraku. Celem akcji jest m.in. polityczne osłabienie Regionalnego Rządu Kurdystanu i zniechęcenie zainteresowanych inwestowaniem w irackim Kurdystanie, przez co Kurdom trudniej będzie walczyć o własne państwo. Samo zaś wejście tureckich żołnierzy na teren Iraku to odpowiedź rządu w Ankarze na oczekiwania tureckiej opinii publicznej, która bardzo chciała tej wojny. Ta mała grupka żołnierzy weszła na tereny, gdzie nie ma bojowników. Wiem, bo sam przez dwa lata byłem partyzantem. Żałujemy, że Amerykanie znów nas zdradzili, choć rozumiemy, że Turcy postawili ich pod ścianą. —not. jap Turecki sztab generalny: reuters, afp, ap
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA