fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Finanse

Jak powstaje piramida absurdu

Skąd mamy niski deficyt – pyta ekonomista Polskiej Rady Bizensu
Zaawansowanie wykonania deficytu po 11 miesiącach roku niewiele przekroczyło 6 mld zł wobec planowanych 30 mld zł. Byłby to bez wątpienia powód do satysfakcji, gdyby nie kilka nasuwających się przy tej okazji wątpliwości.
Trudno bowiem nie zwrócić uwagi na konsekwencje nierównomiernego rozłożenia w czasie wykonania deficytu. Pomimo dużej „poduszki płynnościowej” budżetu, przekraczającej 17 mld zł, w samym tylko grudniu Ministerstwo Finansów ogłosiło plan emisji 9 mld zł bonów skarbowych. Sięgnięto więc po najdroższy sposób finansowania deficytu. Jak do tego doszło? Otóż według planu deficyt ma wciąż wynieść ok. 23 mld zł. Oznacza to jego wzrost w ostatnim miesiącu roku o 17 mld. A ponieważ „poduszka płynnościowa” nie może spaść poniżej 6 – 9 mld zł, trzeba było zabezpieczyć finansowanie właśnie ok. 9 mld zł. Planowany wysoki deficyt, w którego wykonanie na tym poziomie nikt tak naprawdę nie wierzy, jest wynikiem przesuwania przez dysponentów wykonania wydatków rzeczowych i majątkowych przez większą część roku.
Odkładanie tych wydatków na ostatni miesiąc roku i uporczywe potwierdzanie zamiaru ich wykonania sprawiło więc, że mimo wysokiej rezerwy płynnościowej utrzymującej się przez większą część roku MF musiało w ostatnich tygodniach roku uciec się do najdroższego sposobu pozyskania pieniądza (popyt na bony skarbowe jest w zasadzie nieograniczony). Na dodatek, sięgając po „krótki pieniądz”, MF trafiło na moment, w którym płynność na rynku jest niewielka. Oznacza to potencjalnie groźbę uruchomienia przez NBP pod koniec roku operacji zasilających (reverse repo) generujących wzrost presji inflacyjnej. Uderzająca jest nieracjonalność takiego postępowania, w którym niskiemu wykonaniu deficytu (najprawdopodobniej mieszczącemu się w przedziale 15 – 18 mld zł na koniec roku) towarzyszy konieczność zabezpieczenia drogiego finansowania potwierdzanych do ostatniej chwili planów wydatków. To między innymi z tej przyczyny – mimo że deficyt będzie o blisko połowę mniejszy od planowanego – potrzeby pożyczkowe w porównaniu z tymi przewidywanymi będą niższe jedynie o 5 – 7 mld zł. W ten sposób doprowadzamy do sytuacji, w której nawet zaskakująco duże zredukowanie deficytu budżetu państwa wcale automatycznie nie prowadzi do spadku relacji długu publicznego (generowanego przez potrzeby pożyczkowe) do PKB. Uporczywość, z jaką powtarza się podobny scenariusz, powinna – moim zdaniem – skłonić rząd do przeforsowania rozwiązań legislacyjnych, które przewidywałyby „skracanie” w trakcie roku niewykorzystanych przez dysponentów limitów wydatków rzeczowych i majątkowych. Ministerstwo Finansów nie powinno być stawiane wobec konieczności utrzymywania przez większą część roku nieuzasadnionej względami płynnościowymi rezerwy na zaplanowane, ale nierealizowane wydatki (do czego przyczepiać się będzie NIK). A jeszcze na dodatek do sięgania pod sam koniec roku po drogi pieniądz, który – ze względów czysto formalnych – ma zabezpieczyć finansowanie niewykonalnego deficytu. Jest to tworzenie piramidy absurdu. Jasne, że pieniądze raz pozyskane z rynku się nie zmarnują. Odpowiednio skrócone zostaną tradycyjnie duże emisje SPW na początku kolejnego roku. Tyle że nie przekreśla to sensu pytania: jak w takich warunkach ma być możliwe najbardziej efektywne z punktu widzenia podatnika zarządzanie płynnością budżetu państwa?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA