fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Unia pomaga tym "strasznym" bankom

Marek Magierowski
Fotorzepa
Unia Europejska chce, aby banki zwiększyły swoje kapitały – 100 miliardów euro ma je uchronić przed konsekwencjami kryzysu w Grecji oraz ewentualnego krachu Włoch czy Hiszpanii. Pieniądze będą pochodzić od prywatnych inwestorów, w ostateczności od rządów, a w ostatecznej ostateczności – z unijnego funduszu ratunkowego.
Z jednej strony przywódcy UE chętnie obwiniają sektor finansowy za obecne kłopoty strefy euro, z drugiej zaś wyciągają doń pomocną dłoń i zamierzają go wspierać pieniędzmi podatnika. Nie mają innego wyjścia – upadek Deutsche Banku czy BNP Paribas byłby dla Starego Kontynentu jeszcze groźniejszy niż plajta Grecji. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że wcześniejsze ataki polityków na bankierów-krwiopijców były podszyte populizmem. Wszak krytykom "dzikiego, anglosaskiego modelu kapitalizmu" przewodził sam Nicolas Sarkozy, który dziś jest gotów uczynić wszystko, by wybawić z opresji francuską finansjerę.
Czy zatem politycy są głęboko cyniczni, a kapitaliści całkowicie niewinni? Bynajmniej.
Europejscy bankierzy, podobnie jak niedawno ich koledzy zza oceanu, uprawiali moralny hazard, bo domyślali się, że w razie katastrofy polityczne elity nie pozostawią ich na pastwę losu. Trudno bronić szefów Deutsche Banku, topiących miliardy euro w amerykańskich kasynach, czy menedżerów Société Generale, którzy wspierali pożyczkami wielką balangę w Atenach. Politycy z kolei wiedzieli, że dopóki trwa bessa, banki będą finansować projekt pod tytułem "Państwo dobrobytu", a także ich kampanie wyborcze, pełne fajerwerków i kosmicznych obietnic. Wszystko po to, by obywatelom żyło się lepiej – niekoniecznie w wyniku cięższej pracy. Jeszcze kilka lat temu grecki minister finansów, wyrażając zadowolenie z rosnącej stopy życiowej swoich rodaków, jednocześnie podkreślał, że "akcja kredytowa wciąż jest zbyt słaba". Zdaje się, niestety, że rodacy posłuchali jego rad i akcja kredytowa na Peloponezie ruszyła wkrótce pełną parą... Banki będą miały za swoje – mogą liczyć na pomoc państw, ale pod warunkiem że umorzą sporą część długu Grecji. Do niedawna mówiono o jednej piątej, teraz nawet o połowie. Dowiemy się tego zapewne już pojutrze, gdy dojdzie do dogrywki szczytu UE. Znając jednak tempo podejmowania decyzji w Brukseli, Berlinie i Paryżu, może się okazać, że słynny unijny "ostatni dzwonek" zabrzmi jeszcze później.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA