fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

W Warszawie mało oburzonych, dużo polityków

Marsz „oburzonych” w stolicy zorganizowali uczniowie Wielokulturowego Liceum im. Jacka Kuronia
Fotorzepa, Przemek Wierzchowski
Protest inny niż te na świecie. Postulaty w sprawie aborcji, in vitro, religii
Sobotni marsz "oburzonych" zorganizowany przez uczniów Wielokulturowego Liceum im. Jacka Kuronia zgromadził w stolicy kilkaset osób (według policji – 150, według organizatorów – 800).
Demonstranci z polskiego Ruchu 15 Października dołączyli do manifestujących w podobny sposób m.in. w Hiszpanii, Niemczech czy USA. Młodzi ludzie za granicą w obliczu kryzysu gospodarczego buntują się przeciwko całej klasie politycznej, dominacji kapitału nad demokracją i rosnącemu rozwarstwieniu majątkowemu. Nie wysuwają jednak szczegółowych żądań.
Polski ruch spisał 21 konkretnych postulatów. Domaga się m.in. trzyletnich płatnych urlopów macierzyńskich, przerwania eksmisji do kontenerów, refundacji zabiegów in vitro, legalizacji aborcji i wycofania religii ze szkół. – To jest dialektyczny konkret – mówił Michał Sutowski, redaktor "Krytyki Politycznej", która włączyła się w organizację marszu. – W Hiszpanii protestujący nie mieli odwagi sformułować tak daleko idących postulatów jak my.
Hasła odnoszące się do legalizacji aborcji wywołały jednak konsternację wśród uczestników demonstracji. – Naprawdę domagają się zalegalizowania aborcji i poruszają tematy światopoglądowe? – dziwił się uczestniczący w warszawskim marszu Gonzalo, 22-letni student z Hiszpanii, weteran protestów w Madrycie. – U nas, w Hiszpanii, formułujemy hasła tak, by nie zrażać ani ludzi prawicy, ani lewicy.
W sobotę o 12 przed bramą Uniwersytetu Warszawskiego pojawili się stali bywalcy lewicowych protestów: Piotr Ikonowicz z Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, Filip Ilkowski z Inicjatywy Stop Wojnie, przeciwnicy genetycznie modyfikowanej żywności i wydobywania gazu łupkowego, a gazetki kolportowali trockiści z Platformy Spartakusowców.
Mimo apeli organizatorów o to, żeby nie upolityczniać demonstracji, przyszli na nią posłowie Ruchu Palikota Wanda Nowicka i Robert Biedroń oraz Ryszard Kalisz z SLD, który musiał się tłumaczyć "oburzonym" z tego, że jeździ jaguarem.
– Jestem tu, bo nie chcę, żeby Polska wydawała miliardy na wojsko, podczas gdy miliony ludzi żyją w ubóstwie – mówił Biedroń. – Wiem, że nasza partia ma liberalny program gospodarczy, ale ja jestem posłem niezależnym i nie muszę się zgadzać ze wszystkimi postulatami Ruchu.
Demonstranci nieśli czerwone flagi i transparenty: "Stop eksperymentom na społeczeństwie" i "Jesteśmy wkur...". Skandując: Nie będziemy płacić za wasz kryzys, Kapitalizm – kanibalizm i Precz z bankami – ludojadami, przeszli pod Ministerstwo Finansów i Giełdę Papierów Wartościowych, gdzie przed wejściem wywiesili transparent "Pier..., nie robię!".
- Byłam zatrudniona na umowę śmieciową, pracodawca nie płacił mi na czas – opowiada Monika, studentka socjologii. – Musimy pokojowo protestować przeciwko bankom i korporacjom, które mają zbyt dużo pieniędzy i zbyt wielką władzę.
– Cały ruch "oburzonych" to jest takie tutti frutti, wszystko naraz, nie widzę tu ducha rewolucji – oceniał Ernesto, anarchista z Portugalii. – To zbyt mało radykalne. Razem z kolegami ze Związku Syndykalistów Polskich żądamy, żeby władza przeszła w ręce mas pracujących.
Mała frekwencja nie dziwi dr. Rafała Chwedoruka, politologa z UW: – Polskie społeczeństwo jest ogarnięte marazmem i boję się, że jeśli ludzie nie przychodzą na takie protesty, to mogą nas kiedyś czekać zamieszki podobne do tych w Anglii, gdzie ludzie za bardzo nie wiedzieli, przeciwko czemu protestują.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA