fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Przy takim bluesie wszyscy święci klaszczą z nieba

Wynton Marsalis & Eric Clapton Play the Blues Reprise/ Warner Music Poland, 2011
materiały prasowe
Dzięki tej płycie wiemy, że najbardziej przejmującą wersję słynnej „Layli” Eric Clapton wykonał z zespołem Wyntona Marsalisa
„Wynton Marsalis & Eric Clapton Play the Blues" to tytuł trzech wieczorów, które odbyły się w kwietniu, a teraz trafiły na płyty CD i DVD. Po koncertach z ikoną muzyki country Williem Nelsonem, z którym też grał bluesy, amerykański trębacz i szef Jazz at Lincoln Center zaprosił na koncerty najsławniejszego z brytyjskich bluesmanów – Erica Claptona. Zobacz na Empik.rp.pl
– Nasza przyjaźń zaczęła się od pierwszego spotkania i wynika z miłości do muzyki – mówi Marsalis, doceniając kunszt Claptona i jego wiedzę o bluesie. – Chcieliśmy spotkać się na scenie i zagrać to, co znamy i lubimy. W ciągu trzech dni artyści przygotowali 12 aranżacji bluesowych standardów z początku XX wieku, Eric Clapton dodał swoją „Laylę". I właśnie dzięki tym interpretacjom album ma absolutnie wyjątkowy charakter.
Wynton Marsalis wyszedł na scenę ze swoim septetem wywodzącym się z big-bandu Jazz at Lincoln Center. To znakomici jazzmani potrafiący zagrać zarówno ognisty jazz nowoorleański, jak i korzennego bluesa, wzbogacając go szalonymi solówkami. Partie wokalne zaśpiewał oczywiście Eric Clapton i to wcale nie łagodnym głosem znanym z jego własnych płyt, ale zachrypniętym, jakby zdarł go w klubach Luizjany i Chicago. Miłośnicy jego gitarowego stylu też nie będą zawiedzeni. W „Forty-Four" gra solówkę wzbudzającą owacje. Słychać tu historię „białego" bluesa: od The Yardbirds i Bluesbreakers do Cream i Derek And The Dominos. Tę historię współtworzył zresztą Eric Clapton i to on nadał jej specyficzny blues-rockowy charakter. Brzmienie gitary Slowhanda (pseudonim Claptona) jest w tych nagraniach tak wielobarwne, że miłośnicy rocka będą się upierać, że to iście rockowe solo. Kiedy zespół zaintonował archaiczny temat „Joe Turner's Blues", Clapton śpiewa razem ze wszystkimi, jakby urodził się na amerykańskim Południu i nigdy nie opuścił Delty Missisipi. W „The Last Time" jakże skromnie odgrywa rolę gitarzysty rytmicznego. Instrumenty dęte rozpoczynają kolejny utwór, lamentując niczym w nowoorleańskim kondukcie pogrzebowym, nikt się nie spodziewa, że to wstęp do ballady Claptona „Layla". Jakże przejmującej żalem płynącym ze słów piosenki wdzierającej się w duszę słuchaczy żarliwymi akordami rozedrganej gitary. Jakby gwiazd było mało, na scenę wkroczył słynny bluesman Taj Mahal, śpiewając kolejny stary temat ze swingującym rytmem „Just a Closer Walk With Thee". W finale koncertu muzyków i śpiewaków jednoczy skoczna „Corrine, Corrine". Tu już nikt nie przejmuje się szacownym miejscem i uroczystym charakterem koncertu, z każdego dźwięku bije radość. Kiedy Eric Clapton i Wynton Marsalis grają razem bluesa, wszyscy święci nadsłuchują z nieba. I wszyscy się radują, bo blues wcale nie jest smutny.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA