fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Pro i kontra - Daas, reż. Adrian Panek

Tajny radca dworu Henryk Klein (Mariusz Bonaszewski) z żoną Marianną (Ditte Berkley-Schultz). „Daas” od jutra w kinach
BEST FILM
Jan Bończa-Szabłowski
O filmie Adriana Panka "Daas" piszą Rafał Świątek i Jan Bończa-Szabłowski

Pro: Rafał Świątek

Więcej niż kryminał
Debiut Adriana Panka to wciągająca opowieść kostiumowa o przenikaniu się religii i polityki. Polskie kino historyczne zwykle zajmuje się przywracaniem pamięci o bohaterach. „Daas" wyłamuje się z tej tradycji. Reżyser używa XVIII-wiecznego kostiumu do stworzenia metafory współczesności. Dawno nie było w naszej kinematografii filmu, który skłaniając do intelektualnego wysiłku, uwodziłby zarazem obrazami jak z dzieł Hasa. Zobacz fotosy z filmu
Panek przedstawia postać Jakuba Franka, samozwańczego żydowskiego mesjasza, namawiającego Żydów do przejścia na katolicyzm. Jego sekta zdobywa wpływy na wiedeńskim dworze. Postać proroka poznajemy z perspektywy skrzywdzonego przez Franka polskiego Żyda i radcy tajnej kancelarii w Wiedniu, podejrzewającego sektę o przygotowywanie zamachu stanu. Fabuła przypomina finezyjny kryminał, w którym chodzi o rozwikłanie intencji Franka. Ale film przekracza ramy tej konwencji. Pączkuje w różnych kierunkach, a reżyser świadomie myli tropy. Krok po kroku buduje obraz świata pogrążającego się w chaosie. Ludzie, poszukując nowych idei, które uporządkowałyby ich życie i przywróciły poczucie sensu istnienia, ulegają złudzeniom. Stają się ofiarami manipulacji. Czy nie na tym właśnie polega dramat XXI wieku?

Kontra: Jan Bończa-Szabłowski

Efektowna pustka Piękne obrazy i grupa znanych aktorów to zdecydowanie za mało. Adrian Panek miał szansę zrobić dzieło fascynujące. Podobnie jak widzowie zmęczeni kinem współczesnym zatęsknił za filmem kostiumowym. Wybrał mroczną intrygę z XVIII wieku. Opowiadając ją, popełnił jednak mnóstwo błędów. Skupiony na urodzie kadru, nie zapanował nad całą, dość zagmatwaną, fabułą. Już po półgodzinie widz czuje się w niej zagubiony. Nie zapanował nad aktorami. Większość pozostawił samym sobie. Artyści tej miary co Danuta Stenka, Olgierd Łukaszewicz, Maciej Stuhr czy Jan Nowicki grali właściwie osobne etiudy. Z tego filmu trudno wywnioskować, kto jest jego bohaterem. Postacie wyraźnie nie nadążają za fabułą filmu. Nie umiejąc prowadzić aktorów, reżyser dał im tyle swobody, że staliśmy się świadkami pojedynku osobowości. Frank, czyli pseudomesjasz grany przez Łukaszewicza, został wyparty przez podążającego jego śladem radcę wiedeńskiej kancelarii w interpretacji Mariusza Bonaszewskiego. Świat intryg, wzajemnych podejrzeń, niejasnych powiązań i insynuacji, za którymi trudno nadążyć, a do tego rozczarowanie Frankiem stały się nieoczekiwanie komentarzem do dzisiejszej, przedwyborczej rzeczywistości. Myślę, że reżyserowi chodziło o coś więcej.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA