fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Dwie twarze Jarosława Kaczyńskiego - Gursztyn

Piotr Gursztyn
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Jędrzej Bielecki
Ktoś, kto wierzy w tezę o dwóch twarzach prezesa PiS, nic nie rozumie z polskiej polityki – twierdzi publicysta „Rzeczpospolitej"
Teza o dwóch obliczach prezesa PiS – zaciętego z czasów sprzed kampanii wyborczej i obecnego łagodnego – króluje w debacie. Przeciwnicy PiS przedstawiają to jako dowód na niebezpieczny fałsz wpisany w osobowość i plany Jarosława Kaczyńskiego.
Właściwie dyskusja o tym, czy Kaczyński ma jedną, czy więcej twarzy, jest jednym z leitmotivów tej kampanii. Nie programy gospodarcze, nie ocena dorobku rządu Donalda Tuska ani dyskusja o konkurencyjnych wizjach przyszłości. Ale właśnie to. Rozmowa o minach, grymasach, mimice i gestach. Swoiste odkurzenie fizjonomiki,  XIX-wiecznej pseudonauki, której wyznawcy twierdzili, że z rysów i mimiki twarzy da się odczytać charakter i właściwości umysłowe człowieka.

Wolty i szpagaty

To kolejny dowód na infantylność wielu uczestników debaty. Bardziej dziennikarzy i celebrytów niż polityków. Ci w swej masie zarzucając dwulicowość (a może dokładniej – wielolicowość) Kaczyńskiemu, robią to w ściśle określonym celu. To próba dyskredytacji przez przedstawienie go jako osoby całkowicie fałszywej i niewiarygodnej. Intencja niezbyt chwalebna, ale całkowicie zrozumiała.
Logiczny w tym jest nawet rozhisteryzowany Stefan Niesiołowski głoszący, że "w przebraniu Czerwonego Kapturka wilcze zęby są wciąż widoczne". To groteskowe, ale Niesiołowskiemu niezbędnie potrzebne w politycznym życiu. Jako parlamentarzysta ma mizerny dorobek. Nikt nie zauważyłby jego zniknięcia – także w PO – gdyby nie rola etatowego opluskwiacza. Zresztą sam Niesiołowski jest przykładem politycznych wolt i szpagatów. Wiele osób w PO pamięta, co wygadywał o tej partii na samym początku jej istnienia, gdy Niesiołowski jeszcze wierzył, że da się reanimować AWS. Ale właśnie dlatego, że Niesiołowski sam tak "śmiało wyginał ciało", teraz musi głośno krzyczeć o fałszu kogoś innego. Niesiołowski ma jednak tę zaletę, że coś rozumie z polityki. Wie – nauczony doświadczeniem – iż nie jeden Kaczyński lawirował w różnych okresach swojego życia, że głosił sprzeczne poglądy. Oraz że w zależności od oczekiwań wyborców zakładał różne maski. W tym Kaczyński niewiele różni się od Donalda Tuska. Lider PO przez całe dwudziestolecie szedł od liberalizmu do konserwatyzmu, aby ostatnio skręcić w stronę socjaldemokracji. To skądinąd nie jest oskarżenie o polityczną zbrodnię, ale wskazanie, że histeria bardzo przeszkadza w rozmowie o polityce.

Dowódca armii

Czy Kaczyński jest zatem wizerunkowym przebierańcem, za którego zmianami nie kryje się nic innego, jak tylko "prymitywny fałsz"? To określenie zresztą też jest wzięte od Niesiołowskiego. Najprostsze wytłumaczenie jest takie, że ponieważ trwa kampania, więc Kaczyński kusi wyborców wizerunkiem sympatycznego i ciepłego starszego pana. Tak samo jak Tusk pocieszający płaczące niewiasty w Kutnie zrobił to w czasie kampanii, ale nie robił w trakcie kadencji. To prawda, ale jest ważniejsza przyczyna kampanijnego przeobrażenia prezesa. Na kilka miesięcy przed wyborami zmieniają się priorytety. Postępowanie Kaczyńskiego można porównać do działań dowódcy, który między wojnami nie dba o liczebność armii, ale o jej jakość i zwartość. Kaczyński między wyborami musztruje partię i pozbywa się elementów niepewnych. A co najważniejsze, dba o to, żeby nie pojawiło się dlań ugrupowanie konkurencyjne. Nowa partia może pojawić się tylko po prawej stronie, zatem między kampaniami trzeba trzymać przy sobie i chuchać na prawicowy elektorat. Od wyborów 2007 r. to zadanie jest łatwiejsze, odkąd w niebyt odeszła Liga Polskich Rodzin. Późniejsze próby – Prawica RP Marka Jurka, fronda Kazimierza Ujazdowskiego, wreszcie PJN – nie zagroziły dominacji Kaczyńskiego wśród prawicowej części elektoratu. Już jesienią 2007 r., po przegranych wyborach, PiS wraz ze swym liderem zaostrzyło retorykę. Poskutkowało to spadkiem w sondażach, nawet do  20 proc. W tym samym czasie PO zwyżkowała do ponad 50 proc. poparcia. Wiele osób w PiS z trudem to znosiło, ale chyba o to właśnie chodziło Kaczyńskiemu. Mógł przetestować swoje kadry. Sam – co trzeba mu przyznać – nigdy nie pokazał po sobie, że słabe sondaże robią na nim jakiekolwiek wrażenie. Utwardzanie linii sprawiło, że najbardziej prawicowy elektorat zaczął się mocno identyfikować z PiS także na płaszczyźnie emocjonalnej. Szyderstwa z obciachowości tej partii wyborcy PiS odbierają bardzo osobiście. Bicie przez media typu "Gazety Wyborczej" w tej sytuacji zaczęło przypominać powiedzenie Łunaczarskiego o walce z religią. Ponieważ anty-PiS-owska nagonka jest równie finezyjna co walenie młotkiem w gwóźdź, tym bardziej wyborcy Kaczyńskiego utożsamiali się z jego partią. A nawet jeśli – tak jak wielu praktykujących katolików – mają zastrzeżenia do PiS, to w momencie wyborów są pozbawieni alternatywy. To nie przypadek, ale efekt działań Kaczyńskiego, że nie mogą zagłosować na inne ugrupowanie realnie konserwatywne. I to jest moment, w którym PiS w zupełnie bezpieczny sposób może otwierać się na centrum. Tę strategię zobaczyliśmy po raz pierwszy w zeszłorocznej kampanii prezydenckiej. Przyniosła bardzo dobre rezultaty. Kaczyński, rozbity osobistą tragedią i pozbawiony przezeń wielu współpracowników, startował z niezwykle niskiego poziomu poparcia społecznego. Dwa miesiące później otarł się o zwycięstwo.

Frustracje celebrytów

Dziś idzie tą samą drogą. Metoda jest skuteczna, stąd też próby z jednej strony wytłumaczenia, z drugiej dyskredytacji. Najprymitywniejsze wytłumaczenie jest, że "Polacy się nabrali" na łagodną twarz prezesa. Najzabawniejsze jest to, że czasami głoszą to ludzie, którzy jednocześnie narzekają na zbyt niski poziom zaufania cechujący nasze społeczeństwo. Nieufni do szpiku kości Polacy nabrali się na fałszywy wizerunek! Tak naprawdę można założyć, że raczej nikt – łącznie z tymi, którzy to mówią – nie wierzy w to, że "Polacy się nabrali". Co innego raczej bije z narzekań na dwie twarze prezesa. Jest w tym rozgoryczenie płynące z nieskuteczności perswazji mainstreamowych mediów. Właśnie na to skarży się w ostatnim "Wprost" Jakub Wojewódzki, pisząc o "dziwkarskim" stosunku Polaków do świata polityki. To skądinąd nowa wersja, stosowna do poziomu nadawcy, słów prof. Geremka o społeczeństwie, które zawiodło. Łatwiej zrozumieć to frustrujące poczucie nieskuteczności po obejrzeniu występu Kaczyńskiego w programie Tomasz Lisa. Rozbawiona twarz Kaczyńskiego i jego protekcjonalny uśmieszek całkowicie zbiły z pantałyku gospodarza programu. Kaczyński nie wpisał się we wcześniej przygotowany scenariusz. Miał się wić, denerwować, wygadywać niespójne bzdury. Było jednak odwrotnie, to on drwił, wytykał nieprzygotowanie i wpędzał Lisa w głęboki stres. Skądinąd telewizyjny celebryta powinien był to przewidzieć. Przedsmak tego miał już kilka miesięcy temu, gdy zaprosił do programu Zbigniewa Girzyńskiego. Poseł PiS, mimo że oprócz prowadzącego przeciwstawiono mu jeszcze dwóch gości, schodził z linii strzału, podkreślał rzeczy, które łączą, unikał zwarć. To wystarczyło, aby Lis zaczął się gubić, choć oczywiście nie było dlań takiej katastrofy jak w ostatni poniedziałek. Ta historia pokazuje, że z fałszywych przekonań o Kaczyńskim wynikają później fałszywe scenariusze. Przeciwnicy prezesa, jeśli nadal chcą z nim walczyć, powinni oceniać go bardziej realistycznie. Bo w rozważaniach fizjonomików badających twarze Kaczyńskiego czuć tu też żal, że Kaczyński nie chce sam sobie strzelać bramek. Jego przeciwnicy wytwarzają sobie obraz lidera PiS w okresie między kampaniami wyborczymi i na tej podstawie budują wizję tego, jak go będą potem zwalczać. Jest tylko pytanie, dlaczego Kaczyński miałby walczyć w kampanii według reguł wyznaczonych przez jego wrogów?

A co z fizjonomią Tuska?

To pytanie warto wzmocnić następnym, skierowanym do gromiących Kaczyńskiego dziennikarzy mediów prorządowych. Dlaczego wolą zajmować się fizjonomiką Kaczyńskiego, a nie badaniem wolt innych sił politycznych? Jeśli Kaczyński nie ma prawa łagodzić retoryki na czas kampanii, to czy lider konserwatywno-liberalnej PO ma prawo głosić hasła socjaldemokratyczne i wpisywać na listy wyborcze polityków lewicy? Albo jeszcze ważniejsze pytanie: może lepiej sprawdzić, co Donald Tusk obiecywał w swoim wielogodzinnym exposé i co z tego udało mu się zrealizować? Gdy dla kogoś ten dokument jest zbyt długi, można sięgnąć do krótszego: "10 zobowiązań wyborczych PO" podpisanych przez Tuska w obecności kamer telewizyjnych. "Uprościmy podatki – wprowadzimy podatek liniowy z ulgą prorodzinną, zlikwidujemy ponad 200 opłat urzędowych" – czytamy. Można tu podnieść argument o kryzysie, ale nikt przecież nawet nie podjął prac na projektem ustawy o podatku liniowym (skądinąd bardzo dobrze się stało, bo to głupi i niebezpieczny pomysł). Ale te opłaty? Co komu szkodziło je zredukować. Co będzie, gdy zestawimy Tuska z Kaczyńskim w takim kontekście? Banalna konstatacja, że obaj wiedzą, czym jest strategia i taktyka. Wstrząs może spotkać tylko twardych bigotów antykaczyzmu, bo w gruzy może lec ich manichejska wiara, że Kaczyński jest głównym złem tego świata.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA