Analizy

Sztaby PO i PiS drżą przed sondażami

Platforma Obywatelska (na zdjęciu konwencja partii 10 września w Warszawie) zamawia badania w firmie SMG/KRC. Z jej usług korzysta także czasem PiS
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Z badań opinii publicznej Platforma i PiS uczyniły jeden z najważniejszych instrumentów tej kampanii
Premier Donald Tusk powtarza ostatnio jak mantrę, że w tych wyborach każdy głos jest ważny. To, oczywiście, przesada. Ale teraz, jak nigdy dotąd, o tym, co będzie się działo po  9 października, może przesądzić kilkadziesiąt tysięcy głosów. Wiedzą o tym wszystkie sztaby.
A dwaj główni rywale, Platforma i PiS, w mniejszym stopniu Ruch Palikota, z sondaży uczyniły jeden z najważniejszych instrumentów tej kampanii. Sztabowcy idą spać, rozważając ostatnie wyniki, i wstają rano, myśląc o tym, jak będą w tym dniu wyglądały słupki poparcia. Zarówno partia Donalda Tuska, jak i Jarosława Kaczyńskiego robi codziennie tzw. ilościówkę, czyli badania preferencji partyjnych.
Tych codziennych kampanijnych żniw Platformie dostarcza SMG/KRC. Dla PiS robi to zespół socjologa Tomasza Żukowskiego, w którym ankieterami są wolontariusze. – Przede wszystkim sympatyzujący z PiS harcerze, którzy siedzą przy telefonach – opowiada osoba z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego. Zazwyczaj ostatnią osobą, którą codziennie widzi prezes PiS, w ostatnich tygodniach kampanii jest właśnie dr Żukowski. To on późnym wieczorem wchodzi do gabinetu z najświeższymi wynikami. – Im ich amplituda jest bardziej zmienna, tym większe rozedrganie prezesa – ujawnia jeden ze sztabowców PiS. Bo choć mało kto o tym wie, na trzy tygodnie przed dniem głosowania Kaczyński "chodzi od ściany do ściany". Nerwowość jest tym większa, że PiS korzysta także z innych badań ilościowych. A te często różnią się od tego, co przynosi Żukowski. W sztabie Platformy jest podobne nerwowe oczekiwanie na to, co danego dnia dostarczy SMG/KRC. – Weryfikujemy, czy nasze wcześniejsze posunięcia były właściwe, i reagujemy na bieżąco – mówi członek sztabu PO. Donald Tusk, po doświadczeniach z 2005 roku, gdy przez ostatnie dwa tygodnie kampanii prezydenckiej żył w błogim przeświadczeniu o zwycięstwie, błędu błogostanu już nie popełnia. Codzienny audyt opinii publicznej robią dla partii Kaczyńskiego i Tuska dwa różne ośrodki. Ale co ciekawe, przy innych badaniach oba ugrupowania korzystają z usług tej samej profesjonalnej sondażowni: firmy SMG/ KRC (tej, która dla PO przeprowadza codzienny monitoring preferencji). Według deklaracji sondażowni badania dla PiS i PO przeprowadzają dwa zupełnie odrębne zespoły. – To bardzo dziwna sytuacja – uważa socjolog specjalizujący się w sondażach. – Nawet gdyby nie wiem jakie chińskie mury ustawili właściciele takiej sondażowni, to źródło przecieku informacji do wyborczego konkurenta jest bardzo trudne do wyeliminowania. SMG/KRC robi dla PiS przede wszystkim tzw. badania jakościowe, w których Polacy są pytani o konkretne sprawy. Na przykład o stosunek do Stanów Zjednoczonych albo o to, na ile rodzina jest ważna dla młodych ludzi. Jeden z głównych sztabowców PO Maciej Grabowski jest prywatnie zaprzyjaźniony z właścicielami SMG/KRC. Fanem tej sondażowni okazuje się także rzecznik PiS Adam Hofman. Według informacji "Rz" Hofman już przy poprzednich kampaniach, gdy nie był jeszcze rzecznikiem partii, próbował zareklamować ten ośrodek u prezesa Kaczyńskiego. Podczas kampanii prezydenckiej miała miejsce dziwna sytuacja. Krótko po katastrofie smoleńskiej do siedziby PiS przyszli przedstawiciele SMG/KRC i przekonywali, że Jarosław Kaczyński nie ma żadnych szans. I że PiS zrobiłby najlepiej, gdyby wystawił... Joannę Kluzik-Rostkowską (późniejszą założycielkę PJN, dziś kandydatkę PO do Sejmu). Wtedy PiS z usług tej sondażowni nie skorzystał. Tym razem Hofmanowi udało się przeforsować swego faworyta. Sondaże ilościowe są tylko marginesem badań, jakie zamawiają sztaby. Wiele tygodni, a nawet miesięcy przed właściwą kampanią politycy i specjaliści od PR próbują przebadać niemal wszystko. I sięgają nie tylko po klasyczne sondaże, z długą listą pytań. Stosują badania fokusowe (w grupach z moderatorem), a nawet wykorzystują neuroprzekaźniki. O tym, że ta technika dotarła także do Polski, napisał niedawno tygodnik "Wprost". W największym skrócie polega ona na tym, że sprawdza się za pomocą przyrządów, jak reaguje mózg "ankietowanego" na przykład na hasło wyborcze bądź kampanijny spot. Czy wzbudzają one zainteresowanie, znudzenie, a może irytację. Pierwszy sięgnął po technikę neuroprzekaźników Janusz Palikot. To było ponad dwa lata temu. Był jeszcze w PO, ale zrobił to za własne pieniądze. Platforma skopiowała od niego ten pomysł. Efektem neuroprzekaźnikowych badań był spot z Donaldem Tuskiem, w którym premier wystąpił solo, bez towarzystwa innych osób. PO przebadała wszystko. Z hasłami wyborczymi na czele. Na mniejszą skalę to samo robi PiS. A właściwie, co by się działo, gdyby politycy mówili i robili to, co im dyktują rozum i serce, a nie sondaże? Mogłoby to być całkiem interesujące widowisko.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL