fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Polska potrzebuje dużo koni

Głęboka, wielokrotna wymiana kadr administracji rządowej w ostatnich sześciu latach spowodowała, że zagubiła ona swoją misję i kompletnie utraciła pamięć organizacyjną – uważa specjalista ds. administracji publicznej
Rząd Donalda Tuska stoi dzisiaj przed kilkoma ważnymi zadaniami dotyczącymi administracji publicznej, których nie udało się zrealizować jego poprzednikom. Moim zdaniem najważniejsze i wymagające szybkich działań są trzy obszary.
Po pierwsze, konieczne jest dokończenie reformy decentralizacyjnej. To, co było zapoczątkowane za czasów rządu Buzka, zostało – począwszy od 2001 r. – całkowicie zaniechane. Co więcej, nastąpiła recentralizacja zarządzania. Dla Platformy i PSL wzmocnienie władzy lokalnej i regionalnej powinno stać się sprawą priorytetową także dlatego, że bez tego niemożliwy jest szumnie zapowiadany przez premiera Tuska cud gospodarczy. Cudu gospodarczego bowiem nie da rady dokonać sam rząd. Potrzebna jest szeroka aktywizacja społeczna i gospodarcza także w skali lokalnej i regionalnej – do wozu z napisem Polska trzeba dużo koni i im prędzej rząd zrozumie tę prostą prawdę, tym lepiej i dla niego, i dla kraju.
Po drugie, konieczne jest poważne wzmocnienie mechanizmów koordynacyjnych w samym rządzie i administracji rządowej. Owszem, każdy minister działa w swoim zakresie, ale jednocześnie musi pamiętać, że jest elementem drużyny. Dlatego niezbędne są mechanizmy i procedury, które pozwalają koordynować ich pracę. Dotyczy to zarówno sfery zarządzania politycznego (rządzenia), jak i zarządzania administracyjnego. Takim narzędziem koordynacji poziomej w sferze politycznej jest m.in. „struktura lustrzana” budowana obecnie w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów – czyli doradcy premiera w priorytetowych obszarach pracy rządu, którzy współpracują z gabinetami politycznymi ministrów. Natomiast w sferze administracyjnej chodzi o usprawnianie pracy administracji rządowej, co – poza lepszą koordynacją – z pewnością przyniesie lepsze warunki doszkalania pracowników, wyższy poziom ich pracy, a nieraz także wymierne oszczędności. Chodzi tu o współpracę dyrektorów generalnych ministerstw z szefem Kancelarii Premiera, a także o współdziałanie komórek funkcjonalnych, takich jak np. departamenty zamówień publicznych w ministerstwach, które nie mogą pracować bez ścisłej współpracy z Urzędem Zamówień Publicznych, bo oznacza to często droższe zakupy, dokonywane jednostkowo. Podobnie prace legislacyjne w ministerstwach powinny być prowadzone przy współpracy z Rządowym Centrum Legislacji, bez czego poziom tych prac jest, delikatnie mówiąc, bardzo zróżnicowany. Trzecią niezwykle ważną sprawą, z którą nowy rząd musi się zmierzyć niezwłocznie, jest odbudowa służby cywilnej, która została przez ostatnie dwa lata zupełnie rozproszona. Nastąpiło głębokie i – rzec można – systemowe upartyjnienie administracji rządowej. Głęboka, wielokrotna wymiana kadr w ostatnich sześciu latach spowodowała, że administracja rządowa zagubiła swoją misję i kompletnie utraciła pamięć organizacyjną.Trzeba niezwłocznie ustalić wyraźna linię demarkacyjną między sferą zmienną – polityki i zarządzania politycznego, a sferą stałą – urzędniczą i zarządzania administracyjnego. Bez tego rozdzielenia nie da się stworzyć administracji profesjonalnej, lojalnej wobec państwa, ale nie służalczej wobec polityków, takiej, która oferuje personelowi karierę zawodową bez konieczności ciągłego składania deklaracji politycznych. „Rządy się zmieniają, administracja pozostaje”. Stan administracji rządowej budzi obecnie najgłębsze obawy, co dotyczy także standardów etycznych. Droga do poprawy będzie trudna i bolesna, ale jest konieczna, bo od stanu kadr administracyjnych uzależniona jest zdolność rządu do zarządzania sprawami publicznymi. Aby efekty tych przedsięwzięć nie były krótkoterminowe, w rządzie powinna powstać fachowa komórka, która zajmowałaby się zasobami administracji publicznej, szczególnie rządowej. Ma to każda duża firma; polski rząd jest chyba jedynym rządem w Europie, który takiej komórki nie posiada i przez to administracja rządowa rozrasta się chaotycznie, bez planu, bez zasad, bez uwzględnienia przyszłych potrzeb, i nie podlega też żadnej ocenie. Jest też za droga. Nikt nie pracuje nad standaryzacją organizacji administracji i jej stałą racjonalizacją, nad metodami zarządzania i skutecznością, nad rozwojem instytucjonalnym. Jeśli się mówi, że nasze państwo musi być sprawne i możliwie najtańsze, to tu właśnie mamy do uruchomienia największe rezerwy. Ale na dziś nie ma najprostszych danych na ten temat, a opinie o administracji (za duża, za mała) biorą się z sufitu. Ostatnio dyskutuje się zawzięcie różne kwestie administracyjne, np. główny temat prasowy stanowi liczba ministrów w nowym rządzie. Tymczasem problemy, o których wyżej, są znacznie ważniejsze, a nad nimi jest cisza. Liczba ministerstw nie wpływa przecież na zakres działania rządu, bo jego organizacja opiera się na takim lub innym pogrupowaniu działów administracji rządowej. Pozwala to elastycznie organizować pracę rządu jako całości. Pokutuje u nas pogląd, że każda branża musi mieć swojego ministra, inaczej traci na ważności. Tymczasem jeśli dziś nie ma odrębnego ministerstwa budownictwa, nie znaczy to wcale, że sprawy budownictwa znikły z rządu: działem budownictwo, gospodarka przestrzenna i mieszkaniowa zajmuje się dziś minister infrastruktury. Tak samo pozornym problemem jest podkreślana niekiedy rozbieżność pomiędzy organizacją rządu polskiego a administracją UE. Jesteśmy suwerennym państwem, które organizuje administrację rządową wedle własnych potrzeb. Unia z kolei oferuje pewną wspólną politykę i pieniądze na jej realizację. Polska musi mieć wpływ na wspólną politykę i zdolność wykorzystania oferowanych funduszy, to oczywiste. Ale bynajmniej nie znaczy to, że musimy zaraz organizować własne ministerstwa tak, by były one wprost adekwatne do polityki wspólnotowej. Rząd musi zatem skierować swoją uwagę na obszary naprawdę problemowe. Mamy tam długoletnie zaniedbania wymagające szybkiej reakcji, bo inaczej będziemy ciągle narażeni na słabą skuteczność rządzenia, w tym – na brak zdolności do współpracy międzynarodowej. Zwłaszcza że nie są to wyzwania nieosiągalne, a wręcz przeciwnie – sprawy stosunkowo proste do przeprowadzenia. Wiadomo o tym nie od wczoraj. Pomimo to kolejne rządy miały problemy z wcieleniem ich w życie. Rząd Millera dlatego, że doszedł do władzy w kontrze do rządu Buzka i nie chciał kontynuować niczego, co byłoby pomysłem poprzedników. Rząd Kaczyńskiego z kolei miał wyższe cele do spełnienia, a problemy realne zostały nietknięte. Dziś w UE nie ma przykładu dużego kraju, który byłby scentralizowany na modłę zamiarów PiS, tak samo, jak nie ma rządów, w których sfera urzędnicza byłaby tak poddana partyjnej polityce kadrowej. To są przeżytki XIX-wieczne. Trzeba szybko wracać do XXI wieku. Jesteśmy suwerennym państwem. Nie musimy organizować własnych ministerstw tak, by były one wprost adekwatne do polityki Unii Europejskiej not. k.b. Michał Kulesza, doradca kancelarii Baker & McKenzie, jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, w latach 1992 – 1994 i 1997 – 1999 był pełnomocnikiem rządu ds. reformy administracji publicznej.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA