fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Bezustanna pogoń za perfekcją

ECM RECORDS
Roscoe Mitchell jest w tym samym stopniu muzykiem co naukowcem. Do kompozycji podchodzi jak badacz, ma opinię odważnego eksperymentatora i poszukiwacza. Chyba najbardziej wytrwałego w historii jazzu
W dzieciństwie mały Roscoe usłyszał od ojca radę: „Czas jest bardzo ważny. Korzystaj z niego rozważnie”.
I odkąd Mitchell zajął się muzyką, jest ucieleśnieniem tej mądrości. Mawia, że jest zadowolony ze swojej muzycznej drogi, bo wciąż się rozwija. Jeśli opanuje jedną zdolność, zaraz zabiera się za trenowanie następnej. Mimo to czas jest jego największym przeciwnikiem. – Chciałbym robić więcej. W muzyce sprawa jest prosta – im więcej pracujesz, tym lepszy się stajesz. Ale ja mam zbyt wiele fascynacji, zainteresowań i marzeń. Jedno życie nie wystarczy, by to wszystko osiągnąć.Ale Mitchell próbuje. Swego czasu wstawał o trzeciej rano, bo – jak twierdził – po kilku godzinach snu głowę miał lekką, był wypoczęty i najbardziej twórczy. Napędza go ciągłe odkrywanie, uczenie się, skrupulatne studiowanie muzyki. – Nigdy nie powtarzam wiernie tego, co osiągnąłem wczoraj. Jeśli coś się udaje, chcę sprawdzić, jakie nowe możliwości z tego wynikają. Już dawno zrozumiałem, że każdy opanowany obszar muzyczny otwiera drzwi do następnego.
Roscoe Mitchell urodził się 3 sierpnia 1940 roku w Chicago. Pochodzi z muzycznej rodziny, najpierw chciał iść w ślady ojca i próbował sił jako wokalista. Mówi, że późno wziął się za granie. Gry na klarnecie posmakował jako 12-latek. Jazzem zaraził go brat Norman. Uczył się muzyki w szkole średniej w Milwaukee i Chicago. W drugiej połowie lat 50. poszedł do wojska, grał w orkiestrze stacjonującej w Heidelbergu. – To tam zacząłem rozwijać się jako profesjonalny muzyk, bo w wojsku trzeba być zawodowcem przez 24 godziny na dobę. Współpracował wtedy z Albertem Aylerem, później jednym z najważniejszych freejazzowych saksofonistów lat 60., a także Rubinem Cooperem. – Ten wspaniały chicagowski saksofonista wziął mnie pod swoje skrzydła i wiele nauczył. W tamtych czasach, gdy starsi muzycy dostrzegali w młodych chęć do nauki i pracy, poświęcali im czas. Dostałem też opiekę i wiele dobrych rad od pierwszego klarnecisty wojskowej orkiestry. Nawet dziś, mimo wieloletniego doświadczenia, Mitchell nie przestaje doskonalić gry na różnych instrumentach. – Chcę być jednym z tych ludzi, którzy potrafią wszystko. Niewiele mu brakuje, gra bowiem na wszystkich rodzajach saksofonów, klarnecie, fletach, oboju, perkusji. Stworzył liczne i zróżnicowane stylistycznie zespoły, pojawiał się jako lider w małych i dużych grupach, ma też bogatą solową dyskografię. Wśród jazzmanów cieszy się opinią wyjątkowo wyrazistego, a przy tym nieustępliwego improwizatora, który traktuje muzykę jak przygodę. Ale jego poszukiwania nie zawsze rzucały krytyków na kolana, niektórzy twierdzili nawet, że Mitchell nie jest w stanie grać prawdziwego jazzu. Tuż po zakończeniu służby, w 1961 r., wrócił do Chicago, zaczął prowadzić hardbopowy sekstet. Później interesowała go przede wszystkim wolność w muzyce, dołączył więc do skupionej wokół Muhala Richarda Abrahmsa grupy eksperymentalnej. Co tydzień, w nocy z poniedziałku na wtorek, spotkali się muzycy, którzy chcieli próbować nowych rzeczy. Byli wśród nich m.in. Henry Threadgill i Anthony Braxton. Mitchell lubi wspominać swoje początki w Chicago, kiedy chodził na koncerty kolegów. Wracał po nich do domu natchniony i zmotywowany, chciał być równie dobry. Młodych eksperymentatorów z Chicago interesowała nie tylko muzyka, ale postęp społeczny, pragnęli uaktywniać lokalne społeczności. Z tej myśli w 1965 r. zrodziło się Association for Advancement of Creative Musicians – stowarzyszenie, które skupiało muzyków, organizowało warsztaty i finansowało występy. – Najlepsze w AACM było to, że tworzyli je indywidualiści - wspomina Mitchell. – Każdy z nich pracował nad oryginalnym stylem, to na jego odnalezieniu i doskonaleniu zasadza się tradycja muzyki Afroamerykanów.W połowie lat 60. solowe nagrania Roscoe Mitchella zatrzęsły amerykańskim jazzem. Monumentalny album „Sound” otworzył nową drogę swobodnej improwizacji wykorzystującej pauzy, momenty bardzo intensywne i tzw. małe instrumenty, czyli trąbki od roweru, dzwonki, papierowe trąbki urodzinowe, wydające dźwięk zabawki, perkusjonalia i zwykłe przedmioty. Ich brzmienie stało się wizytówką Art Ensemble of Chicago, kwartetu powstałego z dwóch najważniejszych grup działających wówczas w mieście. Jedną prowadził Mitchell, drugą Joseph Jarman. Kiedy w 1969 r. muzycy obu formacji szykowali się do występów w Europie, postanowili się połączyć. Art Ensemble of Chicago, obok Mitchella i Jarmana, tworzyli Lester Bowie, Malachi Favors, a później także Famoudou Don Moye. Bowie sprzedał wszystkie meble, by opłacić zespołowi podróż. Koncertowali na Starym Kontynencie przez dwa lata, m.in. we Francji, Danii i Szwecji, docierali do publiczności, która wcześniej ich nie znała. W poświęconym zespołowi filmie dokumentalnym Don Moye tak wspomina ich współpracę: – Byliśmy romantykami w tym sensie, że muzykę traktowaliśmy jak sposób na rozwój całej społeczności, nie tylko poszczególnych osób. Wspólne tworzenie było dla nas symbolem ceremonii, specyficznego rytuału i duchową esencją, a nie prostą inspiracją przeniesioną z codzienności na scenę. Dlatego nie występowaliśmy w zwykłych ubraniach, ale specjalnych strojach, z pomalowanymi twarzami. Art Ensemble of Chicago działa do dziś, mimo śmierci dwóch członków – Lestera Bowie i Malachi Favorsa. W latach 60. był czołową awangardową formacją. Jego koncerty, łączące afrykańskie rytmy (występowali m.in. z bębniarzami z Burundi) z amerykańską i europejską tradycją muzyczną, zmieniały się w widowiska prezentujące całkowicie nowe brzmienie. O doświadczeniach z grupą Mitchell mówi jak o etapie intensywnej nauki, która zbliżała go do bycia supermuzykiem, czyli kimś, kto osiągnął najwyższy stopień rozwoju. – Najprościej mówiąc, supermuzyk porusza się w świecie dźwięków z nieograniczoną swobodą – wyjaśnia Mitchell. – Może to zrobić dzięki wiedzy, dorobkowi i doświadczeniu. Bo muzyka ciągle ewoluuje. Supermuzyk musi mieć pojęcie o wszystkich instrumentach, wszystkich rodzajach brzmień. Tylko tak może zostać dobrym improwizatorem. Improwizacja to nic innego, jak spontaniczne komponowanie. Nie tylko w domu, w fotelu, gdy ma się mnóstwo czasu, żeby przemyśleć, jak coś zagrać. Najbardziej ekscytujący moment to ten, w którym czujesz, że stać cię na improwizowanie na gorąco. Swymi teoriami o rozwoju muzyki i doskonaleniu warsztatu Mitchell dzieli się z potencjalnymi następcami. Zakładał stowarzyszenia, prowadził niezliczone warsztaty, był rezydentem i wykładowcą uczelni muzycznych, m.in. uniwersytetów stanowych Wisconsin i Illinois, a także Kalifornijskiego Instytutu Sztuk. Dostał wiele nagród, Narodowe Stowarzyszenie Nauczycieli Jazzu wyróżniło go m.in. za niebywały wkład w edukację jazzową. Nagradzano go jako mistrza jazzu i człowieka, który przyczynił się do emancypacji Afroamerykanów i poprawy ich wizerunku w USA. Mitchell intensywnie pracuje od ponad pół wieku, ale nie zdradza oznak zmęczenia. Więcej – jest niesłabnącym optymistą. W ostatnich wywiadach powtarzał, że nastały znakomite czasy dla muzyki: – Największym bogactwem współczesności jest armia niezwykłych instrumentalistów, którzy jak nigdy wcześniej mają szansę się spotykać, wpływać na siebie, współpracować. Rynek muzyczny się zmienia, sprzyja muzykom improwizującym, którzy chcą być wierni własnym poszukiwaniom, a nie komercyjnym prawidłom. Wraca atmosfera, w której dorastałem, gdy każdy samodzielnie decydował o tym, jaką muzykę chce grać i jakiej słuchać. Teraz słuchacze, gdy podchodzą do mnie po koncercie, nie mówią, że muzyka im się podobała czy sprawiła im przyjemność, ale że jej potrzebowali. Pojawiła się nowa, młoda publiczność. Ludzie, którzy poszukują muzyki odzwierciedlającej ich uczucia, ich życie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA