fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Matrix Donalda Tuska

Rzeczpospolita
Nowy premier wykończył wszystkich konkurentów w PO, ale nadal ma opinię sympatycznego chłopczyka. Pod maską uśmiechu i uprzejmości ukrywa się brutalny gracz polityczny – pisze Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego
Nowy rząd ma być jedynie administratorem – zarządzać, a nie dokonywać rewolucji lub cudów. Taki styl winien zapewnić Donaldowi Tuskowi prezydenturę w 2010 roku. Elementem niezbędnym w osiągnięciu tego celu jest zmiana polityki na wirtualną grę z użyciem dziennikarzy – bez odniesień do realnej rzeczywistości, za to ze skierowaniem uwagi mediów na kwestie stylu. To plan szefa Platformy Obywatelskiej na najbliższe trzy lata. Czy się uda?
Skład personalny obecnego rządu wskazuje na to, że będzie on raczej zarządzał krajem, niźli rządził. Znaczna ilość tzw. bezpartyjnych fachowców implikuje administrowanie państwem, a nie jego gwałtowną reformę. Profesjonaliści mogą skutecznie zarządzać powierzonymi instytucjami, natomiast nie są w stanie podejmować się znaczącej zmiany całego systemu. Do tego trzeba woli politycznej, wizji owej reformy oraz zdolności do przełożenia swych ambitnych zamierzeń na konkretne działania i instytucjonalne zmiany. Zdolni do tego są jedynie politycy – to oni mają w głowach całościowe projekty reform, posiadają kanały komunikacji z wyborcami, dysponują aparatami partyjnymi, które zdolne są do przeprowadzenia potrzebnych inicjatyw przez ciała ustawodawcze. Bezpartyjni fachowcy niczego z tego reformatorskiego rezerwuaru nie mają. Ministrowie Zbigniew Ćwiąkalski, Katarzyna Hall czy Elżbieta Bieńkowska są niewątpliwie profesjonalistami w swych dziedzinach, tyle tylko, że nie chcą dokonywać żadnych znaczących rewolucji w swoich resortach. A nawet gdyby taka myśl postała im w głowie, to nie znaleźliby dość środków i sposobów na ich wprowadzenie w życie bez uprzedniej akceptacji przez partie współtworzące rząd. Można nie lubić ministrów Romana Giertycha i Zbigniewa Ziobry, można sprzeciwiać się ich wizji powierzonych im resortów, ale trzeba przyznać, że dokonane przez nich reformy możliwe były tylko dzięki temu, że byli pełnokrwistymi politykami, a nie administratorami (na marginesie – z punktu widzenia interesu Donalda Tuska bezpartyjni fachowcy mają jeszcze jedną zaletę – ich wymiana nie będzie się wiązać z żadnymi kosztami politycznymi, żadnymi wewnątrzkoalicyjnymi lub wewnątrzpartyjnymi perturbacjami). O tym, że nowy rząd nie ma zamiaru dokonywać tygrysich skoków, świadczy także i to, że niektórzy wybitni partyjni działacze zostali skierowani do resortów dla nich obcych. Bogdan Zdrojewski, typowany na szefa Ministerstwa Obrony Narodowej, „wylądował” w resorcie kultury, a Cezary Grabarczyk – mający wszelkie predyspozycje, by kierować Ministerstwem Sprawiedliwości – zajmie się budową autostrad. Waldemar Pawlak zdradzi Donalda Tuska. Zażąda bardzo wysokiej ceny za udział w spektaklu „Kochajmy się”, który reżyserować chce nowy premier Obaj są sprawnymi politykami, dlatego też poradzą sobie prawdopodobnie w swoich resortach, ale nie dokonają w nich rewolucji, bo nie mają żadnego planu ich zmiany. Zdrojewski w MON czy Grabarczyk w MS mieliby szanse na wprowadzanie zasadniczych zmian, zajmowali się bowiem odpowiednią materią od wielu lat, ale w swych nowych rolach będą – podobnie jak bezpartyjni fachowcy – raczej zarządzać, niż rządzić. Drugim tropem, po którym można rozpoznać niechęć szefa PO do uczynienia z rządu ekipy do trudnych zadań głębokiej reformy kraju, jest dotychczasowy kształt debaty o programie nowego gabinetu. A raczej jej brak. Umowa koalicyjna liczy dwie strony, a to oznacza, że nie realizacja jakiegoś programu ma być priorytetem rządu PO – PSL. Tusk ma rację, wskazując, że z wielosetstronicowych umów koalicyjnych zawieranych pomiędzy PiS, LPR i Samoobroną czy też, wcześniej, SLD i PSL, niewiele zostawało. Ale jednak pozwalały one na odczytanie, czego tamte gabinety chciały, co pragnęły zrealizować. Pomagało to także komentatorom, a za ich pośrednictwem wyborcom, dokonywać bilansu działań tamtych ekip i określać stopień realizacji przez nie obietnic wyborczych. Dziś jednak mamy do czynienia z sytuacją kuriozalną – koalicja została zawarta bez zająknięcia się o programie. Pewnie exposé premiera w najbliższy piątek trochę w tej materii wyjaśni, ale nie zmienia to faktu, że koalicja ludowców i platformersów została zawarta bez określenia nawet ramowych celów programowych. Bo też realizacja programu nie jest celem Donalda Tuska. Jest nim prezydentura w 2010 roku i, ewentualne, ponowne zwycięstwo PO w 2011 roku. Przeprowadzanie gwałtownych reform mogłoby zaszkodzić realizacji obu tych celów. Szef Platformy wybrał więc dryf. Wyborcy tej partii, którzy głosowali na nią jako na ugrupowanie cudu zasadniczej reformy kraju, mogą być rozczarowani. Dziś wiemy, czego ten rząd nie zrobi, nie mamy jednak najmniejszego pojęcia, co będzie jego zadaniem na najbliższe lata. Nie będzie podatku liniowego, bonu edukacyjnego, ordynacji większościowej – wszystkie te rezygnacje zostały wymuszone na Tusku przez Pawlaka. I lider PO łatwo oddał fundamentalne dla swojej partii postulaty programowe. Co więcej, umowa koalicyjna zobowiązuje obie strony do niepodejmowania wysiłków w przeforsowywaniu ustaw, które nie znalazły uznania partnera. Oznacza to zrównanie w swej sile klubu 209-osobowego z 31-osobowym. To fundamentalne ustępstwo jest faktycznym ubezwłasnowolnieniem się Platformy, deklaruje ona bowiem, że rezygnuje z prób przegłosowania PSL przy pomocy LiD lub PiS. Siły obu klubów koalicyjnych są więc w tym układzie jak 1:1, co jest ogromnym zwycięstwem Pawlaka (jego klub był za mały na to, by przy pomocy jedynie PiS lub jedynie LiD forsować swoje propozycje wbrew stanowisku PO). Donald Tusk uzależnił swój potężny klub od widzimisię ludowców. Powstaje pytanie: Dlaczego Tusk to robi? Jaki jest powód zaniechania głębokich reform, skonstruowania rządu administratorów, uczynienia jedyną gwiazdą nowego gabinetu samego siebie, ubezwłasnowolnienia się przez partnera koalicyjnego? Prezydencki plan szefa Platformy wydaje się oczywisty i tak atrakcyjny, że warto dla niego poświęcić zapowiadaną rewolucję. Prezydencki plan szefa Platformy jest tak atrakcyjny, że warto dla niego poświęcić zapowiadaną rewolucję I nie byłoby w tym nic złego – gdybyśmy żyli w Królestwie Norwegii albo w Księstwie Monako. Tam można zastosować radę Karla Raimunda Poppera, że polityka winna być raczej zwalczaniem małego zła niźli budowaniem wielkiego dobra. Ale na nasze nieszczęście żyjemy w kraju transformacji ustrojowej i ekonomicznej; w kraju, który jak kania dżdżu potrzebuje reform, i to głębokich. Tusk, wydaje się, wybrał strategię trwania, konsumpcji wzrostu gospodarczego i absorpcji środków unijnych, kosmetycznych reform finansów publicznych itp. Żadnej rewolucji, żadnego szarpania cuglami – dryf. Ale żeby ów plan się powiódł, szef PO musiał wynaleźć nowy sposób uprawiania polityki. W jednym z ostatnich numerów „Wprost” to ciągłe mówienie o miłości, przyjaźni i wartościach nazwałem Erą Wodnika. Tusk od dłuższego już czasu próbuje uprawiać postpolitykę – prezentuje się w uśmiechach, komplementach, wyrazach uznania dla przeciwników. Jest w tym mistrzem – w partii bezpardonowo wykończył wszystkich swoich konkurentów, a jednak w dalszym ciągu ma opinię sympatycznego chłopczyka. Pierwszymi posunięciami nowego gabinetu było przejęcie służb specjalnych, choć media wciąż skupiały się na jego żartach i zapewnieniach o tym, że ukochał całą ludzkość (ze szczególnym uwzględnieniem zapewne „Janka” Rokity, któremu, jak mnie pamięć nie myli, obiecał w czasie kampanii wyborczej udział w rządzie). Lider PO jest brutalnym graczem politycznym, ale skutecznie ukrywającym ową brutalność pod rozbrajającym uśmiechem i piętrzącymi się uprzejmościami. Nie zostało to dotąd zauważalne dzięki postawie mediów. Nieczyste zagrywki Jarosława Kaczyńskiego et consortes były odnotowywane od razu i w atmosferze powszechnego oburzenia; faule Tuska uchodzą mu na sucho. I to jest klucz do odkrycia najważniejszej części strategii szefa PO – do przeniesienia walki na sferę symboli do świata mediów. Obecny premier wie, że trzy lata to okres tak długi, że prowadzenie prawdziwej polityki, a potem rozliczenie się z jej efektów mogłoby być dla niego i jego planów zabójcze, dlatego postanowił przenieść pole konfliktu na sferę metapolityczną – w rejony symboli i stylu. Tu kontakt z rzeczywistością nie jest konieczny, tu można ją kreować. Tusk proponuje nam nie politykę, ale grę komputerową o nazwie „polityka”. Chce, by tematem rozmów nie były reformy i konkretne działania w świecie realnym – bo zaniechał ich poprzez nadanie administracyjnego charakteru swemu gabinetowi. Woli zastąpić te tematy deliberowaniem o stylu, jakości, formach. Nie mamy debatować o tym, co zostawia poprzedni rząd, lecz w jakim odbywa się to stylu. Nie powinniśmy pytać o program nowego gabinetu, ale podziwiać, jak elegancko odbywa się jego formowanie. Nie powinno mieć znaczenia, co stanie się przez następne trzy lata, ale jak będzie to oceniane (zwłaszcza za granicą). Dlatego Tusk oddał walkowerem przewagę PO nad PSL w ramach rządu – dla niego nie jest ważne, jaką politykę będzie prowadził nowy gabinet, lecz czy będzie się to odbywać w atmosferze wzajemnych komplementów i prawienia sobie duserów. Dlatego sformował rząd technokratyczny – ma on spokojnie zarządzać krajem, w klimacie porozumienia i konsensusu. Dlatego porzucił hasła Platformy sprzed kilku lat – dziś ma to być sympatyczna partia uśmiechniętych ludzi. I prawie mu się to udaje – od wielu tygodni w Polsce nie mamy okazji do komentowania polityki, komentujemy styl politykowania. Każda dyskusja publicystów i naukowców zaczyna się i kończy pytaniami o styl uprawiania polityki – w jakiej sali odbyła się jakaś uroczystość, czy uśmiechano się, jak długie były listy polityków do siebie, czy to ładnie, że kogoś nie było lub że ktoś był, czy jakieś sformułowanie nie było aby zbyt ostre... To nie jest polityka, to nie jest komentatorstwo polityczne. Tuskowi udało się zaczarować polskie życie polityczne – kwestia stylu jest w nim dominująca. Wiemy, że rządy PiS były złe, bo odbywały się w nieeleganckiej atmosferze. Tusk nie chce, aby debatować o tym, co zostawia poprzedni rząd, lecz w jakim odbywa się to stylu. Spowodował, że nie pytamy go o program nowego gabinetu, ale podziwiamy, jak elegancko został powołany Wiemy także, iż PO jest fajna, bo uprawia politykę w ładnym stylu. Jeśli w dalszym ciągu polska debata publiczna będzie odbywać się w tej konwencji, premier Tusk zostanie prezydentem Tuskiem. Bo platformersi są naprawdę sympatyczniejsi niż pisowcy, a ludowcy bardziej cywilizowani niż Łyżwiński i Lepper. Na fotografowaniu twarzy liderów PO Cesare Lombroso nie zarobiłby zbyt dużo. Ale czy to aby na pewno trafny sposób opisywania polityki? Donald Tusk bardzo liczy, że świat dziennikarski będzie mu w tym pomocny. I ma po temu pewne podstawy. W 2005 roku tygodnik „Wprost” piórem Bronisława Wildsteina przeprowadził ankiety wśród czołowych dziennikarzy polskich. Okazało się, że 60 proc. z nich głosowało wówczas na PO. Odbywało się to w warunkach, gdy partia ta w całej populacji otrzymała zaledwie 24 proc. głosów. Dziś, gdy ugrupowanie to zyskało ponad 42 proc. popularności wśród wszystkich Polaków, procent dziennikarzy, którzy oddali swój głos na Platformę, musi być jeszcze wyższy. Na to liczy Tusk – chce wypowiedzieć wojnę swym przeciwnikom nie w realnej polityce, ale w świecie słowa, w matriksie konstruowanym przez żurnalistów, których postrzega jako swoich zwolenników. Tutaj wynik wojny z PiS czy z LiD wydaje mu się przesądzony. Sędziowie wszak są po jego stronie, a i on w tym komputerowym, odrealnionym świecie porusza się lepiej niż jego konkurenci (zwłaszcza lepiej niż siermiężni woje od Kaczyńskiego). Czy mu się to uda? Czy jego plan się powiedzie? Nie wiem, ale co najmniej z trzech powodów będzie to trudne. Po pierwsze, premiera wcześniej czy później zawiodą dziennikarze. Wbrew swym sympatiom, do których każdy ma prawo, media muszą pozostać wierne swemu powołaniu, którym – pomimo licznych niedawnych deklaracji – nie jest stanie przeciwko władzy, ale po stronie prawdy. Raczej później niż wcześniej, ale minie okres miodowy i żurnaliści zaczną się pytać, co robią ludzie Tuska w służbach specjalnych, w spółkach Skarbu Państwa, w państwowych agencjach. Przyjdzie za parę miesięcy (a na pewno na długo przed wyborami 2010 roku) czas na robienie przez dziennikarzy tego, co potrafią robić najlepiej – na wykonywanie swojego zawodu. Na stałą obecność w matriksie nie ma co liczyć. Po drugie, Tuska zdradzi Pawlak. Już wie, jak bardzo zależy premierowi na udawaniu polityki, jak wiele jest w stanie oddać za pozory zgody, konsensusu, porozumienia. Już zrównał swój klub z siłą Klubu PSL, już oddał gospodarkę ludowcom, podzielił się dostępem do wszystkich resortów. Najbliższe lata będą stopniową, odbywaną w dobrym stylu, a jakże!, penetracją PSL w instytucjach państwowych. Pawlak zobaczył, jak słaby i ustępliwy jest Tusk w realizacji swego marzenia. Zażąda wysokiej ceny za udział w spektaklu „Kochajmy się”, którą reżyseruje premier. Po trzecie, plan zagadania rzeczywistości jest diaboliczny. Grupa skupiona wokół Tuska (Nowak, Arabski, Graś, Liszka) będzie bardzo dbała, by premier nie musiał kontaktować się z brudną rzeczywistością i pozostawał w sterylnych i przyjaznych warunkach komputerowej gry, którą chcą zafundować wyborcom. Tylko że być może Polacy nie będą mieli na to ochoty i wybiorą „real” – przychodząc po obiecane im w kampanii wyborczej podwyżki, autostrady, pływalnie, by o cudzie już nie wspominać. Polityka jest jak Mefisto – wcześniej czy później upomina się o swoje.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA