fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Słowo przed muzyką

Fotorzepa, Marcin Łobaczewski Mar Marcin Łobaczewski
O swojej najnowszej płycie w rozmowie z "Rzeczpospolitą" opowiada Herbie Hancock
Rz: Właśnie ukazał się pana album „River: the Joni Letters” z interpretacjami piosenek Joni Mitchell. W jednym utworze śpiewa ona sama. Jak udało się panu namówić ją do przerwania milczenia po kilku latach nieobecności na scenie?
To nie było aż takie trudne. Przyjaźnimy się z Joni od wielu lat. Pierwszy raz spotkaliśmy się przy nagrywaniu jej albumu „Mingus”. Była wtedy bardzo popularną wykonawczynią muzyki folkowej. W tym czasie w jej zespole grał już basista z grupy Weather Report Jaco Pastorius. Pewnego wieczoru zadzwonił do mnie i opowiedział o tym projekcie. „Właśnie jesteśmy w studiu, jest tu Wayne Shorter i brakuje nam tylko ciebie” – powiedział. Byłem tak zaskoczony, że Joni Mitchell nagrywa płytę poświęconą Charliemu Mingusowi, że z ciekawości pojechałem. Poza tym, jeśli Wayne przyjął zaproszenie, nie mogło mnie tam nie być. Wiedziałem, że jeśli w studiu zejdą się Jaco i Wayne, to musi się wydarzyć coś wyjątkowego. Pamiętam, że Joni dała nam całkowitą swobodę interpretacji. Ona sama dostosowała się do improwizowanego charakteru nagrania. Nie spodziewałem się tego po niej. Jaka jest Joni Mitchell?
Wyjątkowa. Jestem pod wrażeniem jej osobowości. Troszczy się o bliskich i przyjaciół, zabiega o sympatyczne relacje ze wszystkimi, z którymi współpracuje. Jest wspaniałą malarką, poetką i muzykiem. Reżyseruje filmy, skomponowała muzykę do baletu. Walczy o ochronę środowiska. Dba o własny rozwój, jest kreatywna. To powoduje, że jej życie jest na wysokim poziomie duchowym. Widząc tytuł albumu „River – the Joni Letters”, mam ochotę zapytać o waszą korespondencję. Czy napisał pan wiele listów do Joni Mitchell? Słowo „letter” może oznaczać nie tylko list, wiadomość, ale także litery alfabetu, które tworzą słowa. A słowa dla Joni są bardzo ważne. Powiedziała mi kiedyś, że zaczęła śpiewać piosenki, ponieważ jej poezja lepiej docierała do ludzi wraz z muzyką. Do dziś uważa się przede wszystkim za poetkę. Słowa są podstawą jej sztuki, a środkiem porozumiewania się jest metafora, której używa także w zwykłej rozmowie. W ten sposób przekazuje swoje emocje, porusza wyobraźnię rozmówcy. Tak samo działają jej piosenki. Jaka idea przyświecała panu przy nagrywaniu tej płyty? Wiedziałem, że stoję przed wielkim wyzwaniem, bo dotąd grałem kompozycje, do których ktoś napisał słowa, ale improwizując, nigdy nie myślałem, jaką niosą treść. „River” jest pierwszą płytą, gdzie źródłem inspiracji, motorem działania muzyków są słowa. To, co dla Joni jest na pierwszym miejscu, u mnie było zawsze na ostatnim. Musiałem więc kompletnie zmienić swoje podejście do nagrań. Jak to wpłynęło na pracę w studiu? Producent albumu Larry Klein zadał mi pytanie o mój klucz do interpretacji twórczości Joni Mitchell. Odpowiedziałem, że łącznikiem będzie kino. Nagramy soundtrack do historii, które opowiadają jej piosenki. Muzyka do filmu musi uwzględniać akcję, na swój sposób odnosi się do scenariusza lub sama próbuje opowiedzieć historię. Czasem w filmie jest cisza, nie ma muzyki, nikt nic nie mówi. Taka cisza jest bardzo przydatna w soundtracku. W słowach, które pisze Joni Mitchell, jest dramaturgia jak w filmie. Pomyślałem, że warto zastosować też zasadę: im mniej, tym lepiej. Chciałem zagrać tylko tyle, ile naprawdę potrzeba. Chyba każdego zaskoczą gwiazdy, które śpiewają na tej płycie. Już w pierwszym utworze słyszymy Norah Jones. To zasługa producenta. Larry Klein przygotował listę wokalistek, a kiedy przedstawił mi ją, krzyknąłem: „Wow, byłoby świetnie, gdyby zgodziły się na nagrania”. Wiedziałem, że Joni lubi Norah Jones i Tinę Turner. No właśnie, Tina Turner również przerwała milczenie, by po latach zaśpiewać na pana płycie. Larry skontaktował się z jej menedżerem, który okazał się wielkim fanem Joni Mitchell i powiedział, że spróbuje ją namówić. Nie widzieliśmy się z Tiną przez wiele lat, ale kiedyś przyjaźniliśmy się i często spotykaliśmy. Oboje praktykujemy buddyzm, co również nas zbliża. Jak pan sądzi, które nagranie z tej płyty będzie cieszyło się największą popularnością? Wiem, które będzie największym zaskoczeniem – piosenka „Edith and the Kingpin” śpiewana właśnie przez Tinę Turner. To jest Tina, jakiej nigdy wcześniej nie słyszeliśmy. Wyciszona i skupiona. Myślę, że wszystkim spodoba się słodycz głosu Corrine Bailey Rae, ta ujmująca niewinność w jej śpiewie. Mnie samego zaintrygowała czystość i przejrzystość głosu brazylijskiej śpiewaczki Luciany Souzy w utworze „Amelia”. Dla mnie największym zaskoczeniem jest Leonard Cohen recytujący tekst „The Jungle Line”. Czyj to był pomysł? Oczywiście Larry’ego Kleina. Przyszedł pewnego razu do studia i tajemniczym, zniżonym głosem powiedział mi na ucho: – Mam pomysł, jak nagrać Leonarda Cohena! Dlaczego w ogóle Leonard? Bo jest również Kanadyjczykiem, jak Joni Mitchell, bo znają się od wielu lat i szanują swój dorobek. Mieli też wpływ na siebie, jeśli chodzi o interpretacje poezji. Leonard, zamiast zaśpiewać, po prostu przeczytał słowa jej piosenki swoim głębokim głosem o wspaniałym brzmieniu. Ta improwizowana recytacja zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Myślę, że stanowi świetne zakończenie albumu. Pomiędzy piosenkami znalazły się utwory instrumentalne. Jaką pełnią rolę? To rodzaj muzycznej rozmowy, przede wszystkim pomiędzy mną a Wayne’em Shorterem, ale też pomiędzy pozostałymi muzykami: basistą Dave’em Hollandem, perkusistą Vinnie Colaiutą i gitarzystą Lionelem Loueke. Gramy tu inaczej niż na jazzowych płytach, gdzie następują po sobie solówki kolejnych instrumentów, a każdy dodaje coś od siebie. Grałem tak całe życie i jestem tym zmęczony. Szukam nowych form dla muzyki. Czy dlatego nagrał pan tak nastrojowy album? Tak, bo tempo utworów jest znacznie wolniejsze niż oryginalne wykonania, dźwięki mają więcej przestrzeni. Dłużej zastanawiamy się nad każdą nutą. Co najważniejsze, w naszej muzyce rozważamy znaczenie słów, które Joni napisała, wchodzimy głęboko w historie, które opowiada. Zanim przystępowaliśmy do nagrania, każdy z muzyków otrzymał słowa piosenki. Najpierw czytaliśmy wspólnie tekst, zwracając szczególną uwagę na metafory. Zastanawialiśmy się, co skłoniło ją do napisania tych właśnie piosenek, gdzie wtedy mogła być, w klubie, w barze, w San Francisco czy w Nowym Jorku, w domu czy w trasie koncertowej. Joni pisała o tym, co ją poruszało, a my próbowaliśmy odtworzyć te sytuacje. Przecież każdy utwór powstał w jakimś środowisku, które miało wpływ na to, jakich słów dobierała Joni. Pisała na przykład o sześciu smugach na niebie zostawionych przez samoloty i porównywała je do strun swojej gitary. Rozmawialiśmy o tym, kim mogli być ludzie, na których patrzyła, co słyszała, kiedy porównała muzykę do odgłosu maszyny do pisania. Pamiętam, że Wayne Shorter powiedział: – W tym klubie musieli siedzieć mężczyźni i obserwować Joni. Ja będę takim typem! I rzeczywiście zagrał solówkę odpowiadającą charakterowi takiej postaci. To zupełnie inne podejście do utworów, bardzo świeże. Żaden instrumentalista wcześniej tak nie podchodził do interpretacji piosenek.. Należy do najwybitniejszych pianistów w historii jazzu. Ur. 1940 w Chicago. W 1962 r. ukazał się jego debiutancki album „Takin” Off”. W 1963 r. trafił do kwintetu Milesa Davisa, z którym zdobył światową sławę. W 1973 r. wydał jeden z najpopularniejszych albumów jazzowych „Head Hunters”. Laureat Oscara za muzykę do filmu „Round Midnight” Taverniera (1986) i kilku nagród Grammy. md
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA