fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media i internet

Kradzież o niskiej szkodliwości

Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Trwa handel przeznaczoną na przemiał kradzioną prasą. Rocznie uliczni handlarze sprzedają archiwalne numery czasopism warte sto kilkadziesiąt milionów złotych
Wydawcy bezskutecznie próbują zahamować nielegalny handel tzw. zwrotami kolorowych magazynów. Branża szacuje, że zeszłym roku w Polsce na nielegalnych stoiskach na dworcach i ulicach sprzedano 32 mln egz. takich czasopism, których wartość rynkowa wynosiła 138 mln zł.
Wydawnictwa wynajmują do zbadania sprawy agencje detektywistyczne i fotografów, którzy dokumentują nielegalne stoiska. Zgłaszają się na policję i do prokuratury. Ich sprawy są jednak często umarzane, m.in. ze względu na niską szkodliwość. Na dodatek organizacja zbiorowego zarządzania prawami autorskimi Repropol, która miałaby się zająć problemem wszystkich wydawców, wciąż czeka na ministerialną licencję. – Organy ścigania traktują takie przypadki jako incydentalne, więc zaprzestaliśmy składania doniesień. Sądy zwykle dochodzą do wniosku, że to znikoma działalność przestępcza. A ja nie wierzę, że jakaś pani sprzedaje ze stolika kilka gazet na własną rękę. To jest bardzo dobrze zorganizowany proceder i prokuratura powinna się zająć ściganiem nie pojedynczych przypadków, ale całej grupy przestępczej – mówi Tomasz Zięba, prezes Marquard Media Polska, wydawcy m.in. „Joy", „Playboya" i „CKM". Podobne doświadczenia ma G+J Polska, właściciel „Gali" i „Glamour". – Prokuratura różnie reaguje na nasze zawiadomienia. Wiele postępowań jest umarzanych mimo przedstawiania dodatkowych informacji i dowodów oraz wskazywania przepisów, które nie zezwalają na dalszą sprzedaż pism i płyt – mówi Magda Bulera, rzeczniczka G+J. Zgodnie z prawem egzemplarze niesprzedane w kioskach i salonach prasowych powinny wrócić do wydawcy lub – jeśli wydawca ma taką umowę z dystrybutorem – zostać zniszczone przez kolportera. Zanim trafią do magazynu lub na przemiał, są jednak przechwytywane przez nielegalnych handlarzy. Najprawdopodobniej giną z drukarni, magazynów, transportów i ze składów makulatury. – Przyłapany na ich sprzedaży człowiek prawie zawsze tłumaczy, że jego egzemplarze są legalne i pochodzą ze składu makulatury – opowiadał Artur Gasiński, zastępca dyrektora kolportażu w Wydawnictwie Bauer, na poświęconym prasie XI Kongresie Mediów i Marketingu 2xM. Sprzedawcy argumentują, że nie robią nic złego, bo przecież gazety i tak zostałyby zniszczone. – Problem polega na tym, że te stoiska nie pojawiają się nagle i szybko znikają. Są miejsca, gdzie ludzie kupują taką prasę systematycznie. Czekają, aż „Playboy" pojawi się na stoiskach, gdzie kupią go za 2 zł, i w ten sposób obniżają nam sprzedany nakład gazety – zauważa Tomasz Zięba. Dla wydawców uciążliwe jest zawiadamianie prokuratury o każdym pojedynczym przypadku nielegalnej sprzedaży prasy. Dlatego powołali Repropol, organizację zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, która ma reprezentować ich wszystkich, m.in. w sądach i prokuraturach. Żeby uzyskać prawa umożliwiające działanie w sposób podobny do ZAiKS, Repropol musi jednak dostać licencję Ministerstwa Kultury. A tej wciąż nie ma.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA