fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Mariusz Lewandowski: W tej drużynie jest magia

Rzeczpospolita
W sobotę w Chorzowie mecz z Belgią. To najważniejsze piłkarskie wydarzenie roku. Zwycięstwo oznaczać będzie pierwszy awans Polski do finałów mistrzostw Europy
Rz: Jeśli nie wykorzystacie tak wielkiej szansy na awans do mistrzostw Europy, kibice wam tego nie wybaczą...
Mariusz Lewandowski: Jedenastu facetów w sobotę będzie miało szansę uszczęśliwić miliony. Żałujemy, że spotkania z Belgią nie będą mogli zobaczyć wszyscy zainteresowani, dlatego zrobimy wszystko, by mogli przyjechać na nasze mecze podczas turnieju w Austrii i Szwajcarii. Nie chcemy czekać z fetowaniem sukcesu do środy i na razie nie myślimy o spotkaniu z Serbią – musimy pokonać Belgów. To będzie mecz na sto procent, jak ktoś nie będzie miał już sił, ma podnieść rękę i poprosić o zmianę. Nie można niczego udawać, nie można tego meczu po prostu zaliczyć i wpisać sobie do statystyk. Dla kogoś takiego w tej drużynie nie ma miejsca. Presja nie paraliżuje?
Jestem odporny na presję i na krytykę. Grając w Szachtarze Donieck, już się przyzwyczaiłem, że chociaż mecze są co trzy dni, to i tak każdy trzeba wygrać, bo trener Mircea Lucescu nie akceptuje porażek. Jeśli coś nam nie wyjdzie, wylewa nam na głowy pomyje, miesza z błotem, dlatego nie przywiązuję dużej wagi do tego, jak ocenią mnie dziennikarze czy kibice. W reprezentacji nie czuje pan większej odpowiedzialności niż w klubie?Jestem doświadczonym piłkarzem i w związku z tym trochę ode mnie w tej drużynie zależy. Zdaję sobie sprawę, że piłkarze z długim stażem muszą być też bardzo odpowiedzialni. I to nie tylko za siebie, ale i za kolegów. W takich chwilach jak ta trzeba zebrać się całym zespołem i powiedzieć sobie wprost: skoro wykonaliśmy już tyle pracy, skoro tak walczyliśmy, nie możemy tego roztrwonić. To znaczy, że poza odprawą Beenhakkera odbywa się kolejna – prowadzona przez starszyznę drużyny?Debiutanci albo ci, którzy rozegrali tylko kilka spotkań, patrzą na nas i wymagają wskazania kierunku. To normalne. Na boisku nawet najmniejsza podpowiedź może być na wagę złota. Bo mieć wiedzę to jedno, ale drugie i może ważniejsze – trzeba umieć ją przekazać. Widać w was sportową agresję. Naprawdę wykluczacie to, że w sobotę możecie przegrać? Taki scenariusz nie istnieje, chcemy pokonać przeciwnika. Lepszej okazji nie będzie – mecz jest na własnym boisku przy 50 tysiącach takich fanów, którzy potrafią być nie tylko 12., ale i 13. zawodnikiem. Belgowie poczują to, wychodząc na boisko. Będą rozluźnieni, bo grają o nic, ale kiedy usłyszą doping polskich kibiców, mogą się trochę zdenerwować. Gdyby nie ludzie, którzy nas dopingują, nie bylibyśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy. Mam prośbę do fanów: ryknijcie hymn jak trzeba, potem bijcie nam brawo, a jak przy piłce będzie rywal, to gwiżdżcie. To mnie tak denerwuje, że od razu chcę mu ją odebrać. Belgowie nie są najgroźniejszym przeciwnikiem... Ale ich ostatnie wyniki są imponujące. Bardzo bym chciał, żebyśmy uniknęli głupich błędów, żebyśmy grali od pierwszej minuty, a nie od drugiej połowy, tak jak było w meczu z Kazachstanem. Nie możemy spanikować, stracić gola, a potem gonić, bo znowu zaczniemy grać sercem, a nie głową. Znamy filozofię Beenhakkera i potrafimy ją zrealizować. Nasz trener nie jest chaotyczny, ma swoją wizję gry i jej się trzyma. Bardziej od rywali interesujemy go my. Stąd ostatnio tak dobre wyniki. Pamięta pan jeszcze, kiedy selekcjonerem był Zbigniew Boniek? Grał pan z numerem „10” na plecach, a kibice uważali pana za bardzo słabego piłkarza... Wtedy nie prezentowałem tego co teraz. Czekałem na moment przełamania w reprezentacji. Brakowało mi stabilizacji, denerwowałem się i nie umiałem pokazać tego, co potrafiłem zrobić w klubie. Z czasem się rozkręciłem, nabrałem pewności siebie, a kibice zaczęli to doceniać. Na pewno wszystkim piłkarzom pomogło zwycięstwo nad Portugalią. Kibice dostrzegli nasze dobre cechy, a te gorsze zeszły na dalszy plan. Pomogło mi też to, iż w Doniecku, mimo że zmieniali się trenerzy i przed każdym sezonem wydaje się miliony na wzmocnienia, utrzymałem się w składzie. Grać umiałem zawsze, jednak do takiego poziomu, jaki prezentuję teraz, brakowało przede wszystkim wiary w siebie. Łukasz Garguła mówi, że dodały mu ją powołania do kadry nawet wtedy, gdy jeszcze leczył kontuzję. Też miałem taki moment, kiedy nie wiedziałem, jak to wszystko dalej się potoczy. W wyjazdowym meczu z Kazachstanem Beenhakker zmienił mnie jeszcze w pierwszej połowie, a ja głośno okazałem swoje niezadowolenie. Myślałem, że nie będę więcej zapraszany na zgrupowania i mogę zapomnieć o grze. Cztery dni później wyszedłem w pierwszym składzie na Portugalię. Trener pokazał, że możesz zrobić błąd albo nawet i trzy, a i tak ci głowy nikt nie urwie. Wie pan, jak pomaga to, że Beenhakker nie krzyczy na nas z ławki? Pana przykład pokazuje, że w kadrze ceni się ludzi z charakterem? Trener powiedział, żeby mu dali 16 trudnych facetów, to zostanie mistrzem świata. Beenhakker lubi wyraziste postaci, bo sam taką jest. Potrafił obudzić w nas emocje i szuka piłkarzy, którzy pasują do takiej koncepcji. Mocny, może czasami trudny charakter to polska specjalność, a jednak potrzebowaliśmy Holendra, który pokazał, że może to być atut. On zmusił naród, by w nas uwierzył. Daliśmy kibicom coś, o czym i my, i oni marzyli. Nie muszą już ciągle wspominać Wembley z 1973 roku, mogą Lizbonę i nasz mecz zremisowany z Portugalią. Może nie graliśmy najładniej, ale w Anglii przed laty też była obrona Częstochowy. Pięknie zagraliśmy za to przeciwko Portugalczykom w Chorzowie. Ach, jak ta piłeczka wtedy chodziła, jak chłopcy pięknie wychodzili na pozycję. Po tamtym spotkaniu powiedziałem, że bardzo wysoko zawiesiliśmy sobie poprzeczkę. I ona ciągle wisi. Byłoby fajnie, gdyby nie spadła. Gdyby w futbolu obowiązywała logika, Polska nie byłaby liderem grupy. Obrońcy są po trzydziestce i często odnoszą kontuzje, napastnicy nie grają w swoich klubach... Suma wieku piłkarzy Milanu była wyższa o 70 lat od mojego Szachtara, a w dwumeczu Włosi wygrali z nami 7:1, więc wiek akurat o niczym nie decyduje. A to, że piłkarze niegrający co tydzień w lidze potrafią się zmobilizować na mecz reprezentacji, akurat łatwo wytłumaczyć – mają charakter i ambicje. Poza tym w tej drużynie jest jakaś magia. W Doniecku codziennie ciężko trenuję, słucham dwugodzinnych analiz taktycznych i chociaż głowę i tak mam dużą, to wtedy robi mi się jeszcze większa. Jednak kiedy przyjeżdżam do Wronek, momentalnie o wszystkim zapominam. Wszystko gdzieś ucieka, a ja jestem jak nowo narodzony. To jest fajnie dobrany zespół. Niby mecz jest trudny i ciąży na nas presja, ale wystarcza jeden dowcip Bobo Kaczmarka i od razu stres gdzieś ucieka. Dochodzi do tego, że tęsknię za zgrupowaniami kadry. Przez ostatnie tygodnie myślałem głównie o spotkaniu z Belgią. Grałem w Lidze Mistrzów, a myślami i tak byłem w Chorzowie. Najlepszy scenariusz na sobotę? Beenhakker mówi, że jak się nie ma szansy na strzelenie gola, to trzeba go strzelić bez niej. Czasami to wychodzi. Za awans macie obiecane półtora miliona dolarów premii. Martwi się pan, że dolar ostatnio bardzo stracił na wartości? Prawdziwe pieniądze zarabiamy w klubach, a te grosze możemy oddać na domy dziecka. Mariusz Lewandowski, urodzony 18 maja 1979 roku w Legnicy. W polskiej lidze zagrał w 76 spotkaniach: w Zagłębiu Lubin (debiutował 15.03.1997 w meczu z Legią Warszawa) i Groclinie Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. Od 2001 roku w Szachtarze Donieck, z którym trzykrotnie zdobył mistrzostwo, dwa razy Puchar i raz Superpuchar Ukrainy. W reprezentacji Polski rozegrał 40 meczów i zdobył dwie bramki. Na mistrzostwach świata w Niemczech w 2006 roku wystąpił w dwóch meczach: przeciwko gospodarzom turnieju i Kostaryce.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA