fbTrack

Wiadomości

Prawykonanie „Koncertu Jankiela“ Jana A.P.Kaczmarka

ROL
Jan A.P. Kaczmarek o tym, dlaczego skomponował „Koncert Jankiela”
RZ: Jak pan wpadł na pomysł „Koncertu Jankiela", który będzie miał premierę 3 lipcaw Filharmonii Narodowej?
Jan A. P. Kaczmarek: To był pomysł Pawła Potoroczyna. Zareagowałem z umiarkowanym entuzjazmem, trzy razy przekładałem terminy, bo zadanie jest trudne, ryzykowne, wręcz samobójcze: przecież każdy ma swoje wyobrażenie tego koncertu. Na pewno wszystkich nie zaspokoję, chociaż starałem się napisać utwór na tyle otwarty, by można dopisać do niego własne przemyślenia. A co było najtrudniejsze?
Decyzja, co to będzie. Od razu odrzuciłem ideę rekonstrukcji, czyli kompozycji, która podąża wiernie za słowem Mickiewicza. Byłaby nazbyt ilustracyjna – musiałaby przypominać muzykę do filmu rysunkowego. Zdecydowałem też, że moimi cymbałami będzie orkiestra z solistą i dwoma cymbalistami. Dużą zachętą było to, że utwór wykona Sinfonia Varsovia, a zadyryguje Marc Minkowski. Mickiewicz opisał wydarzenia swojej młodości – Konstytucję 3 maja, Targowicę, powstanie Legionów i Mazurka Dąbrowskiego. A pan? Nie usłyszy pan fragmentu, który symbolizuje katastrofę smoleńską czy wejście do Unii Europejskiej. Miałem w pamięci te i inne wydarzenia, starałem się jednak nie wchodzić w oczywiste związki, tylko być medium emocji. Komentarzem do nich jest motyw, który nazwałbym polskim – metafora dzisiejszego stanu umysłów. Finał koncertu Jankiela był optymistyczny, radosny. Jaką wybrał pan tonację? Jest optymizm, energia, tempo, ale do fanfar nie ma powodu. Temu zamówieniu zawdzięczam coś osobiście: dzięki niemu odkryłem, że przestałem być romantykiem, a byłem nim przez całą moją młodość. Fascynowałem się patosem, uwielbiałem ton wieszczów narodowych, kochałem zatracić się w uniesieniu. Po 20 latach życia w Ameryce przeszło mi. Patrzę na romantyzm jak na źródło narodowych nieszczęść, a nie życiodajną siłę. Oczywiście, w najtrudniejszym okresie, był pokarmem dla duszy, dzisiaj jednak ważniejsze jest, byśmy przestrzegali procedur. Zabieramy się za budowanie elektrowni atomowej, mówiąc, że w naszej szerokości nie ma trzęsień ziemi. Ale my ich nie potrzebujemy: wystarczy, że kilka osób nie dopełni obowiązków. Jesteśmy dumni z naszej fantazji i brawury, jednak dla Anglosasów to jest coś godnego współczucia: nieuprawnione ryzyko. Już Boy studził nasz entuzjazm wobec polskości opisanej w „Panu Tadeuszu", a Wajda pokazał zaściankową ruchawkę. Myślę szerzej: kwestionuję romantyzm jako filozofię: wadzenie się z Bogiem i wielkie gesty. Gdy staramy się dziś zrozumieć świat i ostatnie stulecie, widzimy, że tylko narody, które były pracowite, zorganizowane, postępowały rozsądnie – mają wpływ na losy świata. Nasza najnowsza historia, po 1989 nie nastręcza większych problemów, ale wcześniej każdy Polak, każdy artysta musiał być gotów do samounicestwienia albo poruszać się na granicy życia i śmierci. Uzmysłowiłem to sobie przy okazji koncertu Jankiela. Nie chcę być romantykiem w tym znaczeniu. Nie musiał pan zaglądać ponownie do „Pana Tadeusza". Nie musiałem. Byłem dobrym polonistą, a może nawet najlepszym w szkole. Dużo czytałem, uwielbiałem wieszczów. „Pan Tadeusz" tkwił we mnie głęboko i nie było potrzeby dodatkowych studiów. Stosowny fragment przeczytałem jednak na antenie Trójki, zaznaczając, jaka jest moja perspektywa. Czy pana amerykańscy przyjaciele zauważają, że się pan zmienił? Oprogramowanie mojej głowy zostało zmienione, mam wrażenie, że jestem innym człowiekiem – ale to nie jest chyba łatwo dostrzegalne dla przyjaciół w Stanach. W Ameryce nikt nie powie, że Jan A. P. Kaczmarek to kompozytor amerykański. Kryształy mi się poukładały inaczej, ale jądro pozostało polskie. Jankiel to ważna postać w polsko-żydowskich losach. Wplótł pan do utworu żydowskie motywy? A kto to jest Żyd dzisiaj? Tak jak Polak, stanowi postać trudną do zdefiniowania. Ma milion twarzy, mieszka na wielu kontynentach, robi różne rzeczy – może być ortodoksem albo liberałem. Nie chciałem uciekać w folklor. Nie stylizowałem się. A lubi pan cymbały? Nawet bardzo, ale są trudne do okiełznania i to był jeden z powodów, dla których się wahałem. Mają brzmienie etniczne, ludowe, a skalę nie dość dużą na dramat narodowy. Ostatecznie będą reprezentowały w moim utworze pewien typ energii i kolor. Zagrają na nich Białorusini. Przed nimi ten instrument nie ma tajemnic. Polska prezydencja wykroczy poza granice Unii. Tak i mam nadzieję, że w najbliższym półroczu będę mógł wykonać „Koncert Jankiela" również poza Polską. Na pewno w Berlinie i Brukseli. —rozmawiał Jacek Cieślak
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL