fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Roman Graczyk o sprawie Grzegorza Brauna

Roman Graczyk
Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Zarządzono operację „unicestwić Grzegorza Brauna". Tak dobrze szło, już wszystkie „autorytety moralne" wyraziły stosowne oburzenie, aż tu nagle „Rzeczpospolita" wszystko popsuła... – pisze publicysta
Grzegorz Braun nie jest moim ulubionym bohaterem. Jego monarchistyczne poglądy na naszą – bądź co bądź – republikańską rzeczywistość; jego poglądy radykalnie antyeuropejskie, każące mu widzieć Unię Europejską jako współczesne wcielenie ZSRR – już to wystarcza, by nie czuć się jego fanem.
W jego głośnym wystąpieniu na KUL były i inne – poza powszechnie znanymi – akcenty pokazujące brak umiaru, np. nazwanie "Gazety Wyborczej" bolszewicką. Nie trzeba kochać "Wyborczej", żeby się z takim określeniem nie zgodzić. Wystarczy zauważyć, że jest ono tyleż obraźliwe co merytorycznie nieoddające istoty rzeczy.

Czy Wolter jeszcze obowiązuje?

A zatem z Grzegorzem Braunem jest mi w wielu sprawach nie po drodze. Czy z tego wynika, że powinienem mu – gdybym miał taką możliwość – zakneblować usta? Tego wielu się domaga, szczególnie w kontekście opublikowania rozmowy z Braunem przez "Rzeczpospolitą" (17 maja). I właśnie sytuacja wytworzona po jego lubelskim wystąpieniu pozwala zweryfikować, czy bierzemy serio czy tylko deklaratywnie zasadę wolności słowa.
I nie ma tu nic do rzeczy, czy uznajemy, że wrocławski reżyser ma czy też nie publiczny status każący się z nim liczyć. Bo klasyczne wolterowskie: "Nienawidzę twoich poglądów, ale oddałbym życie, abyś mógł je głosić", albo odnosi się do wszystkich, albo nie ma sensu.
Polemizowałbym więc z Katarzyną Wiśniewską, gdy ta nazywa Brauna człowiekiem, który "własną małość kompensuje opluwaniem Wielkich" ("Gazeta Wyborcza", 14 – 15 maja). Uważam, że – mimo wszystkich zastrzeżeń do jego osoby – jest to twórca nietuzinkowy ("Errata do biografii", "Towarzysz Generał"). Nawet gdyby przyjąć za Wiśniewską, że Braun jest nikim, należałoby go potraktować podmiotowo – jako osobę. Tego uczą mistrzowie katolickiego personalizmu tak – zdawałoby się – drodzy "Gazetowej" specjalistce od Kościoła.
Skoro my, dziennikarze, podmiotowo traktujemy bandytów, którzy mają krew na rękach, skoro podmiotowo traktujemy komunistycznych dyktatorów, publikując wywiady z nimi, to dlaczego mielibyśmy gorzej od nich potraktować Grzegorza Brauna?

Trzy wymiary

Sprawa Brauna ma trzy wymiary, niekiedy zaś celowo się ich nie rozróżnia. Jest kwestia formy jego wypowiedzi; kwestia meritum jego krytyki abp. Józefa Życińskiego; a w końcu kwestia, jak tego rodzaju zdarzenie powinno być zaprezentowane w pluralistycznych mediach.
W pierwszej kwestii chyba nie ma sporu: Braun obraził pamięć abp. Życińskiego. Obraził, bo użył obraźliwych sformułowań pod jego adresem. Ma więc rację Stanisław Obirek, gdy powiada, że jest różnica między krytykowaniem zmarłych a obrażaniem ich ("Rzeczpospolita", 17 maja). Tyle tylko, że z jego wypowiedzi zdaje się wynikać, iż Braun jedynie urągał arcybiskupowi. Tak jednak nie było, i tu przechodzimy do kwestii drugiej.
Braun puentował swoją wypowiedź o abp. Życińskim w sposób niedający się obronić (patrz wyżej), ale też jakoś swój pogląd uzasadniał. Raz lepiej, raz gorzej – z tym można dyskutować. Otóż tu kończy się powszechna zgoda, bo komentatorzy z "Wyborczej" i zaprzyjaźnionych z nią mediów jak gdyby nie zauważyli, że Braun ma jakieś poglądy na temat Życińskiego.
Obraza pozostaje zawsze obrazą, ale bywa albo niedopuszczalnym spuentowaniem krytyki (jak w tym wypadku), albo tylko potokiem wyzwisk. Komentatorzy z "Wyborczej" sugerują (poza pierwszym materiałem informacyjnym z 14 – 15 maja), że Braun obraził arcybiskupa w taki sposób, w jaki się rzuca niczym niepoparty ciąg inwektyw. Tak nie było, wystarczy obejrzeć relację filmową z wystąpienia Brauna, żeby się o tym przekonać (zobacz pod artykułem na www.rp.pl/opinie).
Kiedy zmarł abp Życiński, postanowiłem sobie, że przez pewien czas po jego śmierci nie będę się o nim wypowiadał. Ten czas jeszcze nie minął. Jeśli więc teraz zabieram głos, czynię to dla zanalizowania problemu wolności słowa w sytuacji powstałej po lubelskim wystąpieniu Brauna. O arcybiskupie zaś mówię jedynie w ramach, jakie swoją wypowiedzią zakreślił Braun.
Grzegorz Braun, otóż, skrytykował arcybiskupa za "sianie zamętu" przez swoje wypowiedzi w mediach. Można się było z arcybiskupem zgadzać albo nie w jego diagnozach stanu polskiego życia publicznego, ale tylko w złej wierze dałoby się zaprzeczyć, że istotnie abp Życiński był hierarchą, który dzielił. Braun powiedział, że wystąpienia Życińskiego utrudniały wielu katolikom "rozeznanie się" w tym, co Kościół popiera, a czego nie popiera. I z tym trudno byłoby się nie zgodzić.

Jestem ciekaw racji

Braun ocenia, że wypowiadanie się na łamach takich pism jak "Gazeta Wyborcza" jest samo w sobie aktem antykatolickim. Ja tak nie uważam, ale byłbym ciekaw racji, jakie stoją za takim stanowiskiem. Rozumiem jednak, że tego już, w ramach systemu wolności słowa, jaki chciałaby oktrojować nam "GW", nie wolno.
Grzegorz Braun podniósł też problem stosunku arcybiskupa do lustracji oraz – że tak powiem – kłopot lustracyjny samego Józefa Życińskiego. Nie da się ukryć, że zmarły metropolita lubelski radykalnie zmienił poglądy w sprawie lustracji, gdy miały zostać ujawnione dokumenty dotyczące TW Filozof. Nie można też zaprzeczyć, że Józef Życiński był w latach 1977 – 1990 zarejestrowany właśnie jako TW Filozof.
Moja wiedza w tej sprawie na tym się kończy, zatem nie twierdzę zgoła nic w przedmiocie współpracy Życińskiego z SB lub też jej braku. Potrafię sobie doskonale wyobrazić sytuację, kiedy ks. Życiński zarejestrowany jako tajny współpracownik następnie de facto tym współpracownikiem nie jest, bo np. pozoruje współpracę. Potrafię to sobie wyobrazić, ale tego nie wiem, a przeciwnicy Brauna robią takie miny, jak gdyby to wiedzieli.
Jeśli abp Życiński nie współpracował z SB, to ów fakt braku współpracy nie wynika z jego zasług, talentu, opowiadania się po słusznej stronie etc., tylko z tego, że się SB-ekom postawił. Ale tego, zdaje się, nie wiemy, bo najważniejsze dokumenty w tej sprawie zniszczono.
Jeśli tak jest, pozostaje znak zapytania. Wtedy nie jest uprawnione – jak to czyni Braun – nazywanie Życińskiego tajnym współpracownikiem, ale też nie jest uprawnione czynienie aktów strzelistych, że nim na pewno nie był. Za znak zapytania trzeba winić gen. Kiszczaka i tych wszystkich, którzy zacierali ręce z radości, gdy jesienią 1989 r. akta Departamentu IV SB płonęły na wysypiskach śmieci.

Zlikwidować "Rzeczpospolitą"

"Rzeczpospolita" zamieściła wywiad z Braunem, co stało się powodem histerycznych ataków na dziennik. Trudno tutaj streszczać wszystkie te zarzuty, w każdym razie udzielenie głosu Braunowi uznano za skandal. Wojciech Czuchnowski na stronie wyborcza. pl napisał, że ten wywiad nie był niczym innym jak tylko "okazją do powtórzenia przez niego podłych oskarżeń". Staje tu więc fundamentalna kwestia: komu w pluralistycznym systemie mediów można udzielić głosu. Nie temu – powiada Czuchnowski – kto podle oskarża.
No dobrze, a Wolter? Być może dałoby się przyjąć, że czynimy wyjątek od Woltera, gdyby uznać, że "Rzeczpospolita", publikując rozmowę z Braunem, stała się po prostu tubą jego poglądów. Ale tak nie było. Wbrew temu, co piszą komentatorzy z "GW", redakcja "Rzeczpospolitej" kilkakrotnie oceniła epitety Brauna pod adresem arcybiskupa jako niedopuszczalne, w samym wywiadzie Braun musiał się skonfrontować z odmiennym stanowiskiem, a w końcu rozmowę z nim kontrapunktowano rozmową ze Stanisławem Obirkiem, który na Braunie nie zostawił suchej nitki. Mało?
Mało. Bo to "Wyborcza" ma suwerennie decydować, jaki obraz Brauna mają poprzez media dostawać Polacy. Ma to być obraz człowieka, który obraża i tyle. Zarządzono operację "unicestwić Brauna". Tak dobrze szło, już wszystkie "autorytety moralne" wyraziły stosowne oburzenie, aż tu nagle "Rzeczpospolita" wszystko popsuła. Okazało się, że ten człowiek ma jakieś poglądy, że są to poglądy reprezentatywne dla jakiejś części polskich katolików, a do tego, w tym czy owym, da się z nimi dyskutować. To jest dla operacji "unicestwić Brauna" katastrofa.
Wniosek jest jeden: trzeba zlikwidować "Rzeczpospolitą" albo oddać ją w ręce jakiegoś "autorytetu moralnego".
Autor był dziennikarzem i publicystą m.in. "Tygodnika Powszechnego" oraz "Gazety Wyborczej". Ostatnio wydał książkę "Cena przetrwania? SB wobec "Tygodnika Powszechnego""
Obejrzyj wystąpienie Grzegorza Brauna w KUL
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA