Nauka

Podstawą tego zawodu jest kontakt z ludźmi

Rzeczpospolita
prof. Andrzej Szczeklik dla „Rzeczpospolitej”
Rz: Jest pan zwolennikiem posyłania przyszłych lekarzy już od pierwszych dni studiów na salę chorych. Dlaczego?
Andrzej Szczeklik: Większość studentów medycyny chce być lekarzami, a nie naukowcami. Tymczasem w kontakt z chorym wchodzą zbyt późno, dopiero na trzecim roku studiów i to w niewielkim wymiarze godzin. Do tego czasu zdążą się do medycyny zniechęcić. Uczenie się polega na obciążaniu pamięci. Uczą się rzeczy ważnych, ale podstawą tego zawodu jest kontakt z chorym. Czy polscy lekarze mają z tym problem?
Bezsprzecznie. Ale jest to nie tylko specyfiką Polski. W Szwecji pacjenci również się skarżą, że lekarze z nimi nie rozmawiają. Może wynika to z braku czasu. Organizacja służby zdrowia nie jest bez znaczenia. Ale istota tego zawodu polega na spotkaniu dwojga ludzi. Lekarz musi umieć rozmawiać, tak by pacjent go nie zagadał, a w innym przypadku, by przebić się przez milczenie chorego. Nie może występować z pozycji półboga. Na tej podstawie między lekarzem i pacjentem nawiązuje się więź. Edukacja medyczna powinna polegać na wpajaniu podobnych postaw. Wpajanie ma polegać na praktykach w szpitalu? Równie ważny sposób to kontakt z mistrzem. Może być nim ordynator czy asystent. Ktoś, za kim młody człowiek chodzi i obserwuje jego zachowanie. Widzi, jak on żartuje z pacjentami, usiądzie przy łóżku, potrzyma za rękę. Jako student medycyny miał pan dylematy?[/b chciałbym, aby zabrzmiało to dla studentów zniechęcająco, ale początkowo nie cierpiałem medycyny. Wpłynęła na to konieczność wkuwania przedmiotów podstawowych. Nie byłem najgorszym studentem, więc nie kierują mną dziś resentymenty. Uważałem to po prostu za coś nudnego. Zacząłem chodzić na ostre dyżury, starałem się spędzać każdą wolną chwilę przy chorych. Wykonywanie zawodu lekarza zaczęło sprawiać mi tyle przyjemności, że nabrałem pewności: nie zamieniłbym go na żaden inny.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL