Styl życia

Machina uwodzenia nad Szprewą

Trabi-safari, hit Berlina. Przejażdżka kultowym tekturowym trabantem po ulicach dawnego wschodniego Berlina cieszy się ogromnym powodzeniem nie tylko wśród zagranicznych turystów. To także marzenie wielu młodych Niemców. Trasa wiedzie wzdłuż East Side Gallery, najdłuższego zachowanego fragmentu muru berlińskiego, oraz uliczkami dawnej alei Karola Marksa.
Reuters
W Berlinie zawsze można liczyć na kulturalne atrakcje. Ale stolica Niemiec imponuje nie tylko programem artystycznym. Także pomysłami marketingowymi. Są majstersztykami przyciągania tłumów zwiedzających
Na kilka tygodni przed otwarciem tej ekspozycji berlińczycy napotykali wszędzie zagadkowe hasło: "Najpiękniejsi Francuzi są z Nowego Jorku". Slogan pojawiał się na billboardach, w prasie i telewizji. Dopiero po pewnym czasie ujawniono, o co chodzi. I wówczas rozpoczęła się rezerwacja biletów (znakomicie zorganizowana za pośrednictwem Internetu) na wielki pokaz XIX-wiecznego francuskiego malarstwa ze zbiorów Metropolitan Museum w Neue Nationalgalerie.
Mogłoby się wydawać, że impresjoniści i inni najsłynniejsi artyści tamtego stulecia - jak Gauguin, van Gogh, Picasso czy celnik Rousseau, nie wymagają rekomendacji. W Berlinie jednak rozpętano akcję promocyjną na niezwykłą skalę. Zaangażowano media i gastronomię, zapewniono prezentacji i całej galerii nowoczesną oprawę, zaprojektowano 700 (!) gadżetów - pamiątek z wystawy. Że stać na to tylko bogatych? Bez obaw, koszty zwrócą się z nawiązką. Wystawę odwiedziło już ponad 300 tysięcy widzów, a potrwa do 7 października.
A jak skaptować tłumy na pokaz ponad 400 grafik i rzeźb Salvadora Dalego? Wystawę umieszczono przy Kurfürstendamm Strasse, w rzadko wykorzystywanej na prezentacje sztuki przestrzeni. Moim zdaniem słusznie: handlowa ulica, komercyjny artysta, chwytliwe hasło "Surrealizm dla każdego". A folder reklamujący wydarzenie to majstersztyk marketingu! Jest plan miasta, bon na pobliski parking oraz miniankieta. W którym roku urodził się Dali (do wyboru - 1904, 1924, 1964) i jak miała na imię jego żona (Madonna, Gala, Amanda). Kto zaznaczy prawidłową odpowiedź i prześle druk do 16 września, weźmie udział w losowaniu nagród. Główny laur - figurka z kryształu autorstwa Dalego; drugie miejsce - dwuosobowa podróż do Barcelony. Najpierw jednak trzeba zapłacić za bilet wstępu 11 euro, dziecko - 9, rodzina -26 euro. Dali niczego nie daje. Żaden impresjonista ani surrealista nie może się równać z Knutem. Obecnie ośmiomiesięczny, odepchnięty przez matkę po urodzeniu i wychowywany przez człowieka misiek polarny stał się maskotką Berlina. Usunął w cień niedźwiedzia brunatnego, tego z herbu miasta. Zwierzątko jest urocze i niezwykle fotogeniczne. Ale kto by się spodziewał znaleźć podobizny Knuta w galeriach? A owszem, natrafiłam w kilku muzeach na foldery z niedźwiadkiem. Przed machiną napędzającą knutomanię nie ma ucieczki. W każdym butiku czy księgarni w najbardziej widocznych miejscach panoszy się biały miś. Są pocztówki, kalendarze, wideo, puzzle, jest biografia "Wielki obraz małego Knuta" oraz płyta z hymnem "Knut ist gut" śpiewanym w czterech językach plus wersja karaoke. Nawet berliński Volksbank skorzystał z popularności niedźwiadka: wypuścił karty płatnicze z jego podobizną. Ich użytkownicy automatycznie zasilają fundusze zoo. A propos banku -wiosną tego roku otwarto nowy oddział Deutsche Bank. Przy Friedrichstrasse, popularnej handlowej ulicy. Eksperymentalna placówka została nazwana Q110. Zawiadują nią młodzi, kreatywni ludzie. Nie boją się przełamywania stereotypów, byle przyciągnąć klienta. Przykład? Przed wejściem stoi plakat z Matką Boską, słodką, oleodrukową. Okazało się, że to logo włoskiej firmy Impetto produkującej smakołyki - czekoladki, konfitury, likiery, makarony. Weszłam do sklepu i - znalazłam się w banku. Oprócz włoskiego jedzenia Q110 ma w ofercie drobne designerskie przedmioty (np. torby, portfele, biżuterię). To w części nazwanej Trendshop. Sąsiednie pomieszczenie służy rozrywce. Można wirtualnie pograć w piłkę nożną ("boisko", czyli elektroniczna plansza reagująca na impulsy dotykowe, zajmuje fragment podłogi). W pobliżu - cztery komputerowe stanowiska zaprojektowano na podobieństwo niegdysiejszych dorożek. Zamiast w przeszłość można się nimi udać w podróż przyszłościową. Co to ma wspólnego z finansami? Otóż wszystkie atrakcje prowadzą do banku, na samym końcu sali. Transakcji też dokonuje się na luzie. Stanowiska dla kasjerów, agentów, doradców i ich klientów są otwarte. Za to za przygodę zwaną "Trabi-safari" trzeba zapłacić 25 euro od osoby, bez względu na wiek. Chętnych nie brakuje. Tras "polowań" jest kilka. Najpopularniejsza, "Dziki Wschód", prowadzi przez dawne NRD-owskie dzielnice Berlina. Uczestnicy zajmują miejsca w trabantach i - kawalkada rusza! Z szybkością nieprzekraczającą 30 km na godzinę. Ten sposób zwiedzania miasta zyskał nie mniej zwolenników niż tradycyjne city-tour promami poSprewie. W ogóle Niemcy potrafią zarabiać na minionej epoce. Przy częściowo zachowanym słynnym murze, niegdyś dzielącym miasto na część wschodnią i zachodnią, pełno straganów i sklepików z "pamiątkami" po NRD i rosyjskiej "przyjaźni": czapki uszatki, gwiazdy pięcioramienne, elementy ruskich mundurów. A koniunkturę handlarzom napędza... Muzeum Historii Niemiec. W tutejszym butiku do nabycia mapa "Czerwony Berlin" z zaznaczonymi co ważniejszymi dla dawnego systemu budynkami i monumentami. Czasy socjalizmu przywołują też kartki pocztowe z NRD-owską modą. Okropne ciuchy, na nienaturalnie upozowanych modelach i modelkach jednych śmieszą, innych rozczulają. Jak film "GoodBye, Lenin".
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL