Teatr

Pudrowanie błota

Oleg Jagodzin w znakomicie poprowadzonej roli Chlestakowa
Dialog, Bartłomiej Sowa
Do gorączki naszych wyborczych debat świetnie pasują postaci „Rewizora" unurzane w błocie
Reżyserem słynnej Gogolowskiej komedii jest znany rosyjski dramaturg Mikołaj Kolada, autor ponad 80 sztuk. Ich wpływ na rodzimą dramaturgię lat 90. był tak silny, że nazywa się ją w Rosji dekadą Kolady. Jego utwory wystawiane są na całym świecie – u nas m.in. "Merylin Mongoł", "Martwa królewna" czy "Gąska".
Kolada, kuszony lukratywnymi propozycjami z wielkiego świata, nie opuszcza jednak uralskiego Jekaterynburga, gdzie prowadzi szkołę dramaturgów. Efekty tej pracy sprawdza na scenie własnego Kolada-Teatru założonego w 2002 r. Utrzymuje go dzięki wielkiemu zainteresowaniu widzów, gdyż od władz nie dostaje żadnych dotacji.
Jego liczący ponad pół setki osób zespół nie tylko występuje na scenie. Sami szyją też kostiumy, stawiają dekoracje. Ich wielka pasja widoczna była także w pulsującym od pozytywnych emocji festiwalowym pokazie. Czuły na najlżejsze drgnienia rosyjskiej duszy autor jako reżyser zawierzył w pełni swemu imiennikowi sprzed niemal dwóch wieków. Zinterpretował jednak "Rewizora" zaskakująco współcześnie, wprowadzając na scenę prawdziwe błoto – w nim wszyscy stają się równi. Człapią przez nie zarówno notable, jak i podlegli im mieszkańcy, niechlujnie opłukując w wiadrach bose stopy przed założeniem gumiaków. Błoto ma tu także wymiar metaforyczny, znacząc brudne ludzkie sprawki. Przekładane z garści do garści będzie łapówką dla Chlestakowa albo jego listem otworzonym przez poczmistrza. Błotne ślady na garniturach indolentnych urzędników czy sukniach żony i córki Horodniczego staną się oznaką ich komitywy z nadzwyczajnym gościem z Petersburga branym przez nich za rewizora. Nikt nie odważy się tych śladów zatrzeć oprócz samego Chlestakowa, który od niechcenia przyprószy je czasem pudrem z pojemnika w kształcie niewielkiego samowaru noszonego na szyi. Obok trafnie odczytanego i rewelacyjnie zagranego, "Rewizora" była też okazja zaznajomić się z utaplaną we krwi "Odprawą posłów greckich" w reżyserii Michała Zadary ze Starego Teatru i dwiema inscenizacjami Ibsena: śmiertelnie nudnym "Peer Gyntem" Pawła Miśkiewicza z Teatru Dramatycznego w Warszawie oraz "MABOU MAINS DOMlalki" Lee Breuera z Nowego Jorku. Przedstawienia te łączyła tendencja do stosowania niepotrzebnych udziwnień. Konkurencję wygrali Amerykanie, obok rosłych kobiet wprowadzając na scenę lilipucich aktorów. Niestety, porozbierali ich do naga, co rażąco narusza zestaw środków, które widz jest w stanie akceptować.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL