fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Ulepiona przez anioły

Ewa Konstancja Bułhak: Nie zabiegam o rolę, nie mam czasu na bankiety. Wolne chwile spędzam z rodziną
Fotorzepa, Michał Warda Mic Michał Warda
Jan Bończa-Szabłowski
Nie mam wątpliwości, że dziś twarz się zdobywa w superprodukcjach. Dla mnie jednak prawdziwą pasją jest teatr. I niech tak pozostanie - mówi Ewa Konstancja Bułhak
Rz: W dzisiejszych czasach być uznaną aktorką teatralną niezabiegającą o serialową popularność to spore wyzwanie. Czy fakt, że nie jest pani kojarzona z popularną telenowelą, to przypadek czy świadomy wybór?
Ewa Konstancja Bułhak: Tak się jakoś układa. Pojawiłam się w kilku serialach i dobrze wspominam to doświadczenie. Mam świadomość, że być może niewielu telewidzom zapadłam w pamięć. Nie mam wątpliwości, że dziś twarz się zdobywa w superprodukcjach. Dla mnie jednak prawdziwą pasją jest teatr. I niech tak pozostanie. Choć reżyserzy teatralni bardzo wysoko cenią pani talent, to dla wielu widzów wyznacznikiem pozycji aktora jest pojawianie się w telewizji.
Sława i popularność wpisane są w ten zawód. Nie będę ukrywać, że część rodziny i znajomych chciałaby oglądać mnie w serialach. Mam tego świadomość, choć myślę, że tak wcale być nie musi. Telewidzowie zobaczą panią wkrótce w znakomitej roli Jewdochy w "Sędziach" Wyspiańskiego zrealizowanych w teatrze Narodowym przez Jerzego Grzegorzewskiego. Bardzo mnie cieszy, że ten spektakl zostanie przeniesiony do Teatru Telewizji, bo dla mnie postać Jewdochy to jedna z najważniejszych ról, jakie udało mi się zagrać w teatrze. Także dla wielu kolegów granie w tym przedstawieniu to wielkie święto. I wciąż mamy wrażenie, że duch Grzegorzewskiego unosi się nad każdym spektaklem. Nigdy nie kryła pani swej fascynacji Jerzym Grzegorzewskim. Fakt, że zaprosił panią do zespołu Teatru Narodowego, musiał być dużym wyróżnieniem. Sama o to zabiegałam. To był ten wyraz determinacji, która zdarza mi się rzadko, ale wiem, że nie mogłam postąpić inaczej. Sama się dziwię, że zupełnie nieproszona pojawiłam się w gabinecie dyrektora Grzegorzewskiego i trzymałam w ręku kasetę ze strzępkami ról, które udało mi się zagrać wkrótce po szkole. Okazało się na szczęście, że pan Jerzy dobrze zapamiętał mnie z "Kramu z piosenkami" oraz telewizyjnego "Don Juana" z Andrzejem Sewerynem, gdzie grałam Karolkę. Jak zareagował na tę wizytę Grzegorzewski? Był trochę zaskoczony. Kiedy powiedziałam, że chciałabym grać w jego teatrze choćby gościnnie, z wrodzonym sobie poczuciem humoru powiedział: "W żadnym wypadku. No chyba, że chciałaby pani przyjść na etat". Pamiętam, że rzuciłam mu się na szyję, i myślę, że taką reakcją nawet on był nieco zaskoczony. Wielu wybitnych aktorów podkreśla niezwykłą osobowość Jerzego Grzegorzewskiego. W archiwum telewizji nie zachowało się, niestety, zbyt wiele spektakli jego autorstwa. Co ten twórca zmienił w pani spojrzeniu na świat? Najkrócej mówiąc - wszystko. Grzegorzewski nauczył mnie myślenia o teatrze i wolności w teatrze. Tego, iż nie wszystko powinno być w nim dopowiedziane. Zwracał uwagę, że rozwiązanie, które od razu przychodzi nam do głowy, wcale nie jest najlepsze. Nienawidził w teatrze oczywistości, symetrii. Sprzeciwiał się twierdzeniu, iż w życiu wszystko jest poukładane. Rozumiał, że człowiek do końca poukładany nie jest. Jako pierwszy zobaczył we mnie aktorkę dramatyczną, bo wcześniej grywałam głównie postacie komediowe. Bardzo je lubię, ale właśnie Jewdocha to była zupełnie nowa jakość. Koledzy podkreślają, że oprócz wielkiej pasji aktorskiej ma pani sporo pokory. To dziś się wydaje bardzo mało przydatne. Z tą pokorą jest różnie. Bo rzeczywiście oprócz spotkania z Grzegorzewskim nie było podobnych przypadków determinacji, Nie zabiegam o rolę, nie mam czasu na bankiety. Wolne chwile spędzam z rodziną. W szkole myślałam, że ważne jest przyglądanie się pracy mistrzów. Teraz wiem, że to nie wystarcza, trzeba grać. Zwłaszcza że po szkole ta potrzeba jest ogromna. Sporo mówimy o Jerzym Grzegorzewskim, ale pierwszym mistrzem, który zachwycił się pani talentem, była Anna Seniuk. W telewizyjnym benefisie podkreślała, że traktuje panią jak drugą córkę. Mówi nawet, że bardzo przypomina ją pani z okresu młodości. Pani Ania jest rzeczywiście moim ukochanym pedagogiem. Podobnie jak ona zagrałam kiedyś Dorynę w "Świętoszku", a potem jej ulubioną "Pchłę Szachrajkę". Cieszę się, że zgodziła się wyreżyserować mój pierwszy recital "Ulepiły mnie zdolne anioły". Niektórzy rzeczywiście mówią, że przypominam ją z czasów młodości. W to akurat najtrudniej mi uwierzyć, bo pani Ania zawsze była zjawiskowo piękną kobietą. Myślę, że łączy nas pasja, z jaką wykonujemy ten zawód. Dobrze wiem, jak trudno zrealizować jej radę, że "komedię trzeba grać lekko". Wspomniała pani o recitalu "Ulepiły mnie zdolne anioły". Od kilku lat mówiło się o nagraniu płyty. Kiedy doczekamy się jej premiery? Płyta jest już nagrana. Od trzech lat leży w radiu i czeka. Nie bardzo wiem na co. Zapewne na to, że będzie pani znaną aktorką serialową i wtedy się sprzeda błyskawicznie. Na to może się nie doczekać. W końcu dojdzie do tego, że wydam ją własnym sumptem. I będzie to kolejny wyraz mojej determinacji. Jeśli mówimy o pełnym oddaniu temu zawodowi, to warto przypomnieć słowa Niny Andrycz, że powinnością aktorki jest rodzenie ról, a nie dzieci. Co pani na to? Najlepszą odpowiedzią na tę tezę są moje dwie córki i mąż. Myślę, że właśnie oni są moim ogromnym szczęściem i najlepszym lekiem na chandrę i ewentualną depresję. Ale tak było też w moim domu rodzinnym. Mama, będąc doktorem chemii i mając czwórkę dzieci, tak potrafiła sobie zorganizować życie, że na wszystko miała czas. Mimo licznych obowiązków na co dzień wszyscy czuliśmy jej miłość. Zawsze promieniowała pogodą ducha. I tym zaraziła nas wszystkich. Także miłością do drugiego człowieka. Ojciec jest moim wielkim przyjacielem i wzorem. To, co uwielbiam w tym zawodzie, to możliwość spotykania interesujących ludzi. Zarówno tych, których akceptujemy od początku, jak i tych, których obecność nas intryguje, a czasem wręcz wkurza. Ci ostatni też nie są bez znaczenia, bo zmuszają do zastanowienia, czasem zweryfikowania własnych poglądów. Pani zachwyt dla świata powinien się udzielać innym. Myślę, że bardzo pomaga w kontaktach z ludźmi. Nigdy nie zdarza się pani przenosić emocji zawodowych na życie prywatne? Bardzo się staram i na szczęście udaje mi się to osiągnąć, bo - jak mówiłam - dom i rodzina są dla mnie azylem. I pozostają nim nawet w tak trudnym okresie, jak przed kolejną premierą teatralną. A ta najbliższa już 2 sierpnia. Sztuka "Krzywa wieża" pojawi się jednak nie na scenie narodowej, ale w założonym przez Tadeusza Łomnickiego Teatrze Na Woli. Skąd taki wybór? Nie lubię siedzieć z założonymi rękami, chętnie przyjęłam propozycję w "Krzywej wieży". Ten spektakl ma zainaugurować tegoroczną edycję "Komedii lata". Materiał, który zaprezentowała mi reżyser Agnieszka Lipiec-Wróblewska, wydał mi się bardzo interesujący. Nadzieżda Ptuszkina napisała wzruszającą opowieść o miłości, a właściwie o rozstaniu. Bohaterami są małżonkowie z kilkunastoletnim stażem. W ich życiu pojawiają się problemy, o których dopiero po latach potrafią rozmawiać. Niestety, na ich załatwienie często jest już za późno. "Krzywa wieża" to taka nie do końca komedia, za to bardzo bliska naszej rzeczywistości. Występuje pani w sztukach komediowych, czasem w dramatycznych, a co sądzi pani o tak popularnym niegdyś w teatrze nurcie brutalistów? Do wszystkiego, co dzieje się w teatrze, podchodzę z uwagą. Musi to jednak mieć sens. Kiedy tworzy się sztukę, by wyłącznie wywołać skandal, to szkoda mi na to czasu. Widza traktuję bardzo poważnie. Jeśli zajmuję mu czas, musi to być w jakiejś sprawie. Coś zrozumieć. Jeśli sztuka dąży do tego, że on wyjdzie lepszy, przemyśli kilka spraw, to bardzo proszę. Widziałam jednak sporo przedstawień, które nie niosły za sobą żadnej myśli i żadnych pytań. A ja lubię, jak coś ma sens. Bo teatr chyba jednak jest logiczny. Nawet w swym szaleństwie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA