Styl życia

Aktor musi się podobać

SPINKA
Z Jodie Foster rozmawia Roman Rogowiecki
Co jest bardziej wyczerpujące — aktorstwo czy reżyseria?
Aktorstwo wyczerpuje o wiele bardziej. Aktor zawsze musi się komuś podobać. Ponadto musi umieć spełniać wyobrażenia wielu ludzi — od reżysera po operatora. Niby ma być spontaniczny, ale musi pamiętać o oczekiwaniach innych. Mam wrażenie, że wielu widzom wydaje się, że, by grać, wystarczy trochę poruszać się po scenie w kloszu na głowie i przy okazji nieco pokrzyczeć, że granie to tylko czysta ekspresja. Niby tak jest, ale trzeba mieć ogromną samodyscyplinę. Wykonywanie tego naraz jest jak klepanie się po głowie i jednocześnie masowanie brzucha. Co czuła pani podczas pracy nad rolą Eriki w „Odważnej”, sięgając do mrocznej strony osobowości?
Myślę, że każdy aktor dramatyczny uwielbia takie odkrywanie swojej ciemnej strony i zastanawianie się, czy w prawdziwym życiu przetrwałby taką sytuację jak w filmie. Kiedy idę do kina, lubię oglądać tragedie, kiedy idę do wypożyczalni, wypożyczam dramaty. Dramat to mój ulubiony gatunek kina. Kiedy gram w takim filmie, mam wrażenie, że robię coś, co ma znaczenie. Kamera tak pokazuje Erikę, jakby w niej była, co tworzy nastrój typowy dla obrazów z lat 70., takich jak „Taksówkarz”. Wierzę, ze „Odważna” mówi dużo o współczesnym społeczeństwie. Nie widzę sensu w kręceniu filmów o niczym. Film powinien nieść jakąś wartość. Czy grając tę postać, czuła pani, że balansuje na linie? Zamiast mścicielki z dobrymi intencjami mogła wykreować pani kobietę terminatora. Tak, ona jest bardzo krucha emocjonalnie. Skoncentrowałam się na prawdziwych uczuciach tej postaci. Nie jest typem Charlesa Bronsona. To drobna kobieta, jest prawie niewidoczna. Przypomina ducha, który zjawia się nocą. To, że posiada broń, pozwala jej się zmaterializować dosłownie na sekundę i wtedy, przez tę sekundę, jest postacią, która mówi: „Ja chcę żyć, a ty umrzesz”. To było ogromne aktorskie wyzwanie. A czy zastanawiała się pani, grając te sceny, jakie to uczucie kogoś naprawdę zabić? Rozmawiamy w Rzymie, gdzie gladiatorzy zabijali dla rozrywki. To naprawdę przerażająca kwestia. Erikę na pewno to nie bawi, ona ciągle przeżywa tortury. Jest zdziwiona tym, co się wokół niej dzieje, i nie zrozumie tego aż do końca. Wie tylko, że potrzebuje siły, by przetrwać, bo w przeciwnym razie zniknie. Ten film zmusza widza, by zagłębił się w jej ciało, by oddychał jej powietrzem, czyli, by doświadczał tego, jak żyje ktoś ze zwichniętą psychiką. Film mówi o zasadach moralnych, co do których mieliśmy pewność, że ich nie złamiemy. Czy pani umie strzelać? Grałam w wielu filmach z bronią, więc wiem dobrze, jak się strzela. Tym razem musiałam udawać, że nie wiem, jak to się robi. Świadomość posiadania broni zmienia dosłownie wszystko. Mając broń w kieszeni, inaczej chodzisz, mówisz, inaczej postrzegasz świat. Z bronią człowiek czuje się bardzo silny, ale to potworna siła. Podobno to pani zasugerowała, by „Odważną” reżyserował Neil Jordan? Owszem. Od lat podziwiam jego pracę. To wybitny reżyser, którego zawsze fascynowała ciemna strona ludzkiego charakteru. Ktoś taki był idealny do realizacji obrazu, który nie jest jednoznaczny moralnie. Neil lubi przekraczać pewne granice, więc historia kobiety, która zmienia się pod wpływem dramatycznego wydarzenia, wydawała się dla niego idealna. Świetnie pokazał, że w każdym z nas tkwi ktoś obcy, o którym sami nie wiemy, dopóki nie nastąpi coś, co nas zmieni na całe życie. Podobno kiedyś po przeczytaniu scenariusza stwierdziła pani, że rola pisana z myślą o mężczyźnie bardziej pasuje kobiecie i ten scenariusz został zmieniony? Tak właśnie zrobiłam przy „Planie lotu” i wszyscy byli zadowoleni. Tym razem nie było takiej potrzeby. Czy podczas grania nie odczuwa pani chęci reżyserowania? Neil Jordan robił wszystko sam, ja się nie wtrącałam i jestem z tego powodu bardzo zadowolona. Uważam jednak, że dla reżysera wielką pomocą jest praca z aktorem, który też reżyseruje. David Fincher, który jest maniakiem kontrolowania na planie dosłownie wszystkiego, reżyserując „Azyl”, miał w obsadzie aż trzy osoby, które same reżyserowały. Uważam, że wybrał nas głównie z tego właśnie powodu, bo nikt inny nie zrozumie tak dobrze pracy kamery i niuansów technicznych jak właśnie aktorzy reżyserzy. Nad czym pani teraz pracuje? Przygotowuję się do reżyserowania filmu „Sugar Kings”. Początkowo nazywał się „Sugarland” i miałam w nim zagrać razem z Robertem De Niro, ale niestety do tego nie dojdzie. Nie graliśmy razem od czasów „Taksówkarza” i teraz nie zagramy, choć to ciekawy projekt. O czym będzie „Sugar Kings”? Ja zagram prawniczkę zajmującą się sprawami łamania praw człowieka. Drugą ważną postacią jest bogaty właściciel plantacji trzciny cukrowej na Kubie. Do tego dochodzą jamajscy robotnicy żyjący w niewolniczych warunkach. A kiedy wreszcie zagra pani Leni Riefenstahl, osławioną propagandzistkę Hitlera? Od wielu lat czekam na scenariusz, może wreszcie się uda. Ona sama na to czekała, ale zmarła parę lat temu, a filmu nadal nie ma. Niemal do ostatniej chwili popierała moją kandydaturę do tej roli. Myślę, że zdawała sobie sprawę, że nie będzie miała wielkiego wpływu na to, jak zostanie pokazana w filmie. Każda osobistość musi się liczyć z tym, że będzie pokazana tak, jak zechce reżyser. A co naprawdę pani o niej sądzi? Jej życie to materiał na moralitet. Można się z niego wiele nauczyć. To będzie bardzo kontrowersyjny film, który zanim powstał, już wywołuje wielkie dyskusje. Ona porusza prawie każdego. Inne osoby z kręgu Hitlera, choćby Albert Speer, nie wzbudzają dziś takiego niesmaku jak Leni. Przez tyle lat odmawiała jakichkolwiek przeprosin za swoje czyny. To ciekawa psychologicznie postawa, bo nawet w wieku prawie stu lat nie potrafiła przeprosić. Najważniejsze pytanie, które nurtuje wszystkich, to, czy była, czy nie była nazistką. Ale ona wygrała 45 spraw sądowych z ludźmi, którzy ją o to oskarżali. I tak pozostaje jeszcze wiele innych pytań na jej temat. Jedno z nich to odpowiedzialność artysty za jego czyny i myślę, że film na to odpowie. Leni kłamała, mówiąc, że nigdy nie była w Polsce. Tak, wiem, że tak mówiła. Czy teraz trudniej jest znaleźć pani interesujące role w Hollywood? Wraz z upływem lat Hollywood ma dla mnie coraz mniej propozycji. To naturalne i nie mam zamiaru na to narzekać. Wiadomo, że bohaterki filmów są coraz młodsze, bo filmy muszą pasować do wieku widowni. To mnie nie martwi, bo wystarczy mi, jak znajdę jedną dobrą rolę na dwa, trzy lata. Takie tempo jest dla mnie idealne. Staram się teraz wybierać, jak najlepiej potrafię, ale jestem tylko aktorką i mogą mi się zdarzyć złe obrazy. To ciężka praca i nie wszystko zależy ode mnie. Czy dwójka małych dzieci jest dodatkowym powodem, że ostatnio mniej pani gra? To główny powód. Pracowałam przez 40 lat i zrobiłam już wystarczająco dużo, nakręciłam wiele filmów. Choć nigdy nie byłam typem pracoholika. Dzieci to powód, że mniej pracuję, ale wciąż jestem zajęta i zadowolona z tego, co się dzieje w moim życiu. Trudno mnie teraz oderwać od rodziny. Może byłoby inaczej, gdyby świat filmu nie był taki usidlający. Nie mówię tylko o pracy 12 — 16 godzin na dobę, gdy powstaje film, ale także o wywiadach, które zabierają wiele czasu i energii. Wiadomo, że biorąc udział w promocji nowego tytułu, nie mogę nagle powiedzieć, że wolę z dziećmi przygotowywać się do Halloween. Zarówno praca w filmie, jak i rodzina wymagają poświęcenia. Stąd ciągła walka tych dwóch światów.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL