Styl życia

Nie jestem znowu taki sławny

W każdym filmie dużo zależy od głównej gwiazdy. To ona narzuca styl, buduje atmosferę na planie
Archiwum
Dzisiaj świat kina tworzy coraz wyraźniejszą miksturę. Amerykanie przyjeżdżają kręcić do Europy, wielkie gwiazdy hollywoodzkie grają u angielskich reżyserów - mówi Colin Firth
Rz: Nigeria, Anglia, Ameryka czy Włochy? Który z tych krajów jest panu najbliższy?
Colin Firth: Wszystkie cztery są ważne, wyznaczają jakieś etapy mojego życia. Łączą się z nimi wspomnienia i sentymenty. A gdybym miał wybierać? No, nie wiem. Chyba jednak Londyn. Tam jest mój dom. Co pana trzyma w Londynie?
Wszystko. Kocham swobodną, międzynarodową atmosferę tego miasta, w którym nic nikogo nie dziwi. Najwięksi ekscentrycy nie wywołują na ulicy żadnego poruszenia. Poza tym w Londynie fantastycznie współgrają ze sobą nowoczesność i tradycja. Można wejść na gwarną Oxford Street i wtopić się w kolorowy tłum mówiący różnymi językami, ale można też zaszyć się w jakiejś starej uliczce, zjeść spaghetti we włoskiej restauracyjce i odwiedzić sklep z guzikami założony jeszcze w XVIII wieku. Pierwsze lata życia spędził pan w Afryce. Jak to się właściwie stało, że pana rodzina tam trafiła? Moi dziadkowie byli misjonarzami. Choć proszę nie myśleć, że zajmowali się głównie nawracaniem tubylców. Dziadek był bardzo światłym człowiekiem. Szybko zrozumiał, że Nigeryjczycy bardziej niż słowa bożego potrzebowali opieki medycznej. Pokochał Afrykę, więc pojechał do Anglii, skończył medycynę i jako lekarz wrócił na Czarny Ląd. Czy zachował pan jakieś wspomnienia z tamtego czasu? Teoretycznie nie powinienem. Naukowcy twierdzą, że dziecko nie pamięta niczego, co przydarzyło mu się przed piątym rokiem życia. Ale ja mam przed oczami różne obrazy. Pamiętam na przykład długie rozmowy z naszym sąsiadem. Mieliśmy obaj po trzy lata, ledwo mówiliśmy, ale dogadywaliśmy się świetnie. Czasem czuję zapach tego kraju. Kiedy spotykam Nigeryjczyków, kiedy słyszę nigeryjską muzykę, czuję się tak, jakbym po latach wracał do domu. A Ameryka? Gdyby zamieszkał pan na stałe w Los Angeles, z pewnością łatwiej wszedłby pan w tryby hollywoodzkiej machiny. Stany są mi bardzo bliskie. Moja matka się w nich wychowała, ja też spędziłem tam bardzo dużo czasu. Przez rok chodziłem nawet do szkoły. Teraz na dodatek mieszka tam ze swoją matką mój najstarszy syn. Ale Hollywood mnie nie ciągnie. Zresztą, co tu ukrywać, nikt stamtąd jakoś specjalnie nie nakłania mnie do przeprowadzki ani nie przebieram jak w ulęgałkach w ofertach, jakie nadsyłają mi wielkie studia amerykańskie. No to jeszcze zostały nam Włochy. Najpierw zakochałem się we Włoszce, w mojej obecnej żonie Livii. Spotkaliśmy się w Kolumbii. Livia pracowała w produkcji telewizyjnego miniserialu "Nostromo". To była miłość od pierwszego wejrzenia, jakby trafił we mnie grom. A potem było tylko coraz lepiej. Przedtem wiązałem się z aktorkami i to było trudne. Bo aktorzy mają bardzo silne poczucie ego, które w jakimś momencie zawsze przeważa nad"my". Z Livią się nie ścigamy. I jestem bardzo szczęśliwy, że razem z nią w moje życie wkroczyły Włochy. Jeździmy tam często, choćby po to, żeby odwiedzić rodziców mojej żony. Ale też nie ma piękniejszego miejsca na urlop. To niezwykły kraj. Czuję się znakomicie w Rzymie, często jeździmy też do Umbrii. Mogę się już bez problemu porozumieć z Włochami w ich języku. No i uwielbiam włoskie jedzenie. Pracuje pan jednak na ogół w Anglii. Czuję się Europejczykiem, a w Wielkiej Brytanii mamy znakomitych twórców. Skoro mogę tu pracować z takimi artystami jak Michael Winterbottom czy Antonia Bird, to chyba nie mogę narzekać. Mam zresztą w planach także dużą amerykańską produkcję, na której czele stoją superinteresujący artyści. Dzisiaj świat kina tworzy coraz wyraźniejszą miksturę. Amerykanie przyjeżdżają kręcić do Europy, wielkie gwiazdy hollywoodzkie grają u angielskich reżyserów, z kolei Amerykanie zachwycają się doskonale wykształconymi w teatrze, zdyscyplinowanymi i niezmanierowanymi wykonawcami angielskimi. Taką mieszanką był również "Dziennik Bridget Jones". Nie raziło pana, że typową angielską trzydziestolatkę zagrała Amerykanka? Nie ukrywam, na początku tak. Jak wszystkich. Ale dzisiaj wiem, że bez niej nie byłoby tego filmu. Zresztą Renee Zellweger okazała się cudowną osobą. W każdym filmie dużo zależy od głównej gwiazdy. To ona narzuca styl, buduje atmosferę na planie. Renee jest bezpośrednia, dowcipna, bezpretensjonalna i pełna energii. Na dodatek ciężko pracuje i nie pozwala sobie na żadne gwiazdorskie fochy. Po "Dumie i uprzedzeniu", a przede wszystkim właśnie po "Dzienniku Bridget Jones" stał się pan obiektem wielu damskich westchnień. Jak pan to znosi? To bardzo przyjemne, choć przyznaję, że ja tych kobiet nie rozumiem. Kiedy mój brat się dowiedział, że zaproponowano mi rolę Darcy'ego w "Dzienniku Bridget Jones", skomentował: "Niemożliwe! Przecież to powinien być seksowny facet!". Ale pana symbolem seksu nazywano w Anglii już wcześniej, po roli w szalenie popularnym w Wielkiej Brytanii telewizyjnym miniserialu "Duma i uprzedzenie", który był emitowany w 1995 roku. Brat powinien się do tego przyzwyczaić. Nie przyzwyczaił się. Podobnie jak ja. Na szczęście całe to szaleństwo spadło na mnie późno, kiedy byłem dobrze po trzydziestce i miałem już do życia i sławy spory dystans. W młodszym wieku pewnie by mnie zniszczyło. Pana bohater z "Dziennika..." nosi takie samo nazwisko jak postać z "Dumy i uprzedzenia". To podobno nie jest przypadek. Helen Fielding twierdzi, że Darcy z tego serialu podobał jej się tak bardzo, że od początku pisała swoją książkę, mając go przed oczami. Tyle że tamten miał na imię Fitzwilliam, a jej jest po prostu Mark. Fielding mówiła w wywiadach, że to nie sam Darcy, ale pan jej się w tej roli spodobał. I potem, sprzedając prawa do ekranizacji książki, postawiła warunek, żeby zagrał pan Darcy'ego. Tak rzeczywiście było. Nie mogłem jednak z tego powodu czuć się zbyt pewnie. I nie kaprysiłem. Bardzo chciałem zagrać Darcy'ego, a - nie ukrywajmy - do tej roli producenci mogli mieć każdego aktora, na którego by spojrzeli. Ucieka pan jednak od komedii romantycznych do ról takich, jak Johannes Vermeer w "Dziewczynie z perłą" czy Brit w thrillerze psychologicznym "Trauma". Może nie tyle uciekam, ile wracam do repertuaru, w jakim występowałem na początku kariery. I muszę powiedzieć, że bardzo się cieszę, bo nie chciałbym do końca życia przeżywać na ekranie miłosnych katuszy.Aktor ma łatwiejsze zadanie w komedii czy w dramacie? Zdecydowanie w dramacie. W komedii nie da się widza wzruszyć czy zaskoczyć. Trzeba go rozbawić, często samemu zachowując powagę. To nie jest takie proste. Przyznaję, że znam tylko jednego aktora, który nie musi się wygłupiać, żeby zaczarować publiczność swoją lekkością. To Hugh Grant. Niedawno widzieliśmy pana w bardzo interesującym filmie Atoma Egoyana "Gdzie leży prawda?". To był thriller z kryminalną zagadką, ale przede wszystkim film o sławie. To temat panu bliski? Dużo o nim myślałem, pracując nad tym filmem. Jest w sławie coś niebezpiecznego. Wcale nie z powodu paparazzich. Sława zatruwa ludzi. Legiony menedżerów, asystentek i agentów zdejmują z nich odpowiedzialność, przyzwyczajają, że każdą decyzję podejmuje za nich ktoś inny. To często w jakiś dziwny sposób rozszerza im także granice moralności. Wyłącza hamulce i takie czerwone światełko, które w określonych sytuacjach zapaliłoby się każdemu normalnemu człowiekowi. A jak pan daje sobie radę ze swoją sławą? Nie jestem znowu taki sławny. Na wielkim festiwalu filmowym czeka na mnie tłumek fotoreporterów: każdy musi z czegoś żyć. Ale na co dzień mam do siebie dystans. Jestem zbliżającym się do pięćdziesiątki facetem, który nie ma typu urody wiecznego chłopca. W jednym ze swoich ostatnich filmów, "St. Trinian's", otoczony gronem pięknych, młodych dziewczyn grających szkolne uczennice, czułem się niemal jak dinozaur. Jestem spokojnym mężem zakochanym w żonie i bardzo oddanym ojcem. Sporo pracuję, ale co tam ze mnie za gwiazda.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL