Wywiady i rozmowy

Uważam, że moje pokolenie zawiodło

Film fabularny jest jednorazowym wydarzeniem artystycznym w najlepszym tego słowa znaczeniu, jednak po jego obejrzeniu widz zostaje sam
Fotorzepa, Michał Warda Mic Michał Warda
Polityka to służba. Może być działalnością narcystyczną, ale może też polegać na dokonywaniu najlepszych wyborów, bardziej skomplikowanych niż wskazanie po prostu dobra lub zła - mówi Agnieszka Holland
Rz: Serial "Ekipa", który reżyseruje pani z Magdaleną Łazarkiewicz i Katarzyną Adamik, to pierwsze polskie political fiction. Na ile mówicie w nim prawdę, a na ile jej unikacie?
Agnieszka Holland: Właściwie wszystko jest prawdą. Akcja dzieje się tu i teraz, pokazujemy prawdziwe instytucje i wyzwania stojące przed Polakami. Scena polityczna jest ułożona na podobieństwo aktualnej, tyle że bohaterowie to inni ludzie niż ci, którzy w tej chwili stoją na świeczniku. Taka ucieczka od dosłowności jest dla reżysera wygodniejsza?
Gdyby nie ona, weszłybyśmy w rodzaj propagandy albo bezpośredniej walki politycznej, a to nie jest naszym celem. Szekspir nie pisał "Kronik królewskich" po to, by dołożyć temu czy innemu królowi, ale żeby pokazać dramat władzy. Mnie, poza dramatem, interesuje to, co jest we władzy pociągające. Czyli? Demokracja daje ogromne możliwości działania dla wspólnego dobra. A polityka to służba. Może być działalnością narcystyczną, ale może też polegać na dokonywaniu najlepszych wyborów, bardziej skomplikowanych niż wskazanie po prostu dobra lub zła. To profesja, która może sprzyjać osobistemu rozwojowi. Dlatego bohater filmowy występujący w takiej roli może się na oczach widza w zaskakujący sposób zmieniać. Dlaczego akurat serial wydał się pani odpowiednim sposobem na pokazanie szlachetnej strony polityki? Pełni taką samą funkcję jak w XIX w. powieść realistyczna, którą publikowano w odcinkach. Serial trwa dłużej niż film, pozwala pełniej pokazać problemy, przed którymi staje społeczeństwo. Daje też widzowi szansę zaprzyjaźnienia się z bohaterem, utożsamienia z jego losami. Powodzenie seriali amerykańskich i anglosaskich w ostatnich latach bierze się właśnie z tego, że wzrósł stopień komplikacji fabuł i bohaterów. Ale dlaczego to serial ma nas uczyć obywatelskich postaw? Film fabularny jest jednorazowym wydarzeniem artystycznym w najlepszym tego słowa znaczeniu, jednak po jego obejrzeniu widz zostaje sam. A serial mu towarzyszy, pozwala przechodzić procesy poznawcze i emocjonalne. To lepsze medium edukacyjne. Serial "Holocaust" zmienił stosunek Amerykanów do tragedii Żydów. Zaczęli ją uznawać za część własnej historii, zidentyfikowali się z nią. Wcześniej żadna książka ani film nie wywarły takiego wrażenia na takich rzeszach widzów. Mnie się jednak wydaje przerażające, że dobrych wzorców politycznych będziemy się uczyć z telewizji. A niby gdzie się mamy uczyć? Problem Polski polega na tym, że nikt nikogo nie uczy demokracji ani tego, jak sprawować władzę, czego obywatel może wymagać od rządzących, co to znaczy konstytucja i akt wyborczy. Żyjemy w szumie medialnym, pozbawieni podstawowej edukacji. Niedouczeni są nie tylko przeciętni obywatele, ale nawet dziennikarze polityczni, którzy powinni język polityki objaśniać i pomóc ocenić, co jest prawdą. W szkole jest katecheza, ale nie ma wychowania obywatelskiego z prawdziwego zdarzenia. Cóż pozostaje filmowcowi, który ma postawę obywatelską i chce żyć w normalnym kraju? A nie sądzi pani, że widzowie są tak zmęczeni politycznym reality show, że nie zechcą oglądać pani politycznego serialu? Może tak być. Dlatego starałyśmy się, by postaci były atrakcyjne i zaskakujące. Po pokazie premierowym widzowie mieli pozytywne odczucia. Jedna z pań powiedziała mi, że po serwisach informacyjnych miewa odruchy wymiotne, a po obejrzeniu naszego serialu była radosna, podniesiona na duchu. Zobaczyła historię, której centralną postacią jest polityk idealista. Jak oglądanie bohatera romantycznego ma nam pomóc radzić sobie z rzeczywistością? Przecież ona jest zupełnie inna. Pani myśli, że wszyscy politycy to gangsterzy? Większość z nich angażuje się w życie publiczne ze szlachetnych pobudek, tylko potem o nich zapominają. Są też niedokształceni, mają słabości. Tak naprawdę winien jest obywatel, to on ich wybiera. Nikt nas nie zmusza, byśmy wybierali do parlamentu człowieka, któremu udowodniono przestępstwa. Chodzi o to, żebyśmy się rozejrzeli i zastanowili, czy nie ma wśród nas ludzi lepszych, uczciwszych. Budując na ekranie pozytywne postaci, chyba trudno uniknąć naiwności? Stworzenie wiarygodnych bohaterów było ogromnym wyzwaniem. Myślę, że udało się, bo prezentujemy złożone charaktery. Zamiast kategoryzować kogoś jako gnidę i oszusta, widzimy w nim różne cechy, staramy się dostrzec dobro. Nikt nie jest jednoznacznie dobry ani zły. Problem w tym, czy można organizować życie społeczne tak, by wyzwalać w ludziach dobre cechy. Pytają panie w "Ekipie", dlaczego to się w Polsce nie udaje? Po części, ale to szeroki temat i kilkanaście odcinków serialu go nie załatwi. A może załatwiłby to film fabularny? Dlaczego nie nakręci pani obrazu, który mówiłby wprost o współczesnej Polsce? Robienie doraźnego filmu politycznego, w którym na przykład dokładam rządzącym, wydaje mi się nudne. Nie mam takiej potrzeby. Poza tym są inne środki - mogę się wypowiedzieć w wolnych mediach, napisać felieton, wstąpić do jakiejś organizacji, wystartować w wyborach. A film musi się starać uchwycić coś, czego jeszcze nie widać. Ten serial ma taki cel, pracujemy nad nim jak filmowcy. To film jest naszą miłością. Jednak "Ekipa" pojawia się w telewizji. Dla mnie, widza zmęczonego obecnością polityki w mediach, większą wiarygodność miałaby artystyczna wypowiedź na kinowym ekranie. Jeżeli będę miała dobry pomysł, coś takiego powstanie. Jeśli znajdę pieniądze. Myśli pani, że byłby z tym problem? Miałam kilka pomysłów, których nie udało mi się w Polsce sfinansować. Nie jest to proste mimo znanego nazwiska. Jerzy Stuhr zrobił właśnie "Korowód", film o współczesnej Polsce. Miał duże kłopoty ze zdobyciem środków. Telewizja Polska pomysł odrzuciła. W tutejszym systemie finansowania bardzo trudno zrobić film fabularny bez udziału telewizji publicznej. A ona od lat jest zawłaszczana przez różne opcje ideologiczne. Zależało mi, by dotrzeć z przekazem do jak najszerszej grupy obywateli. Polskie kino, z wyjątkiem komedii romantycznych i filmów o papieżu, ma nikłą widownię. A serial, nawet jeśli nie ma zawrotnej oglądalności, przyciąga kilka milionów ludzi. Dlaczego tak niewielu polskich filmowców reaguje na wydarzenia polityczne? W USA niechęć wobec Busha czy wojny w Iraku szybko znalazła odzwierciedlenie w kinach. Kiedy zaczynałam pracować w USA, wierzyłam, że to odważny naród, który ceni wolność. Byłam zaskoczona, gdy zobaczyłam, że filmowcy chodzą na kompromisy, bo boją się narazić szefowi. Otóż w Ameryce większość ludzi zaciąga ogromne kredyty na dom, samochód, edukację dzieci. Potem ci ludzie się boją, że to stracą. My również stajemy się niewolnikami kredytu i presji, by podnosić standard życia. Jesteśmy społeczeństwem nuworyszowskim, nie mamy nagromadzonego kapitału, utrata pracy oznacza więc utratę wszystkiego. Inaczej jest w Wielkiej Brytanii czy Francji, gdzie społeczeństwa kumulowały dobra przez lata i dziś bardziej zależy im na niezależności. Tymczasem w Polsce filmowcy są zastraszeni, bo ich los zależy od źródeł finansowania. Są konformistami w większym stopniu niż za komuny. Brakuje im wiary, że można zrobić coś naprawdę wolnego. Wybierają eskapizm, nie angażują się. Trudno się dziwić, bo w Polsce nie ma systemów motywacyjnych, zachęt, żeby tworzyć rzeczy żywe, kontrowersyjne. Istnieje za to silna autocenzura. Ale mam wrażenie, że polskie pokolenie trzydziestolatków zaczyna się budzić, chce zmiany. Może dotychczas liczyliśmy, że dokona jej za nas ktoś inny? Uważam, że moje pokolenie zawiodło. Ci, którzy przejęli władzę w 1989 r., mieli w większości dorobek opozycyjny i historię bezkompromisowej odwagi. Ale potem się okazało, że to ludzie zmęczeni, niezdolni do działań. Jesteśmy jednak sprawni fizycznie i umysłowo, zajmujemy tak wiele miejsc i stanowisk, że prawie nic nie zostaje dla młodych. A oni czekają, właściwie nie wiem na co. Powinniście się trochę rozepchać. Nie chodzi mi o rewolucję kulturalną, ale o to, byście poczuli, że to jest wasze życie. Jesteście za nie odpowiedzialni i musicie walczyć, by miało sens.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL