Piłka nożna

Kadra – całe moje życie

Fotorzepa
Kamil Kosowski, pomocnik reprezentacji Polski, dla „Rzeczpospolitej”
Spodziewał się pan, że właśnie teraz dostanie powołanie do reprezentacji Polski?
Kamil Kosowski: To była gigantyczna niespodzianka, myślałem, że selekcjoner sprawdzi raczej mojego klubowego kolegę Marka Zieńczuka. Przecież nie znalazłem się nawet na liście 28 zawodników, spośród których miała być wybierana kadra. Wiem, że jestem tu dlatego, że kontuzję leczy Jakub Błaszczykowski, i chociaż życzę mu jak najlepiej, dla mnie jest to szansa ponownego zaistnienia w reprezentacji. Okazuje się, że do kadry bliżej jednak z polskiej ligi niż z zagranicy...
Na to wychodzi. Decydując się na grę w Wiśle Kraków, miałem jeden główny cel – wrócić do reprezentacji. Dałem sobie na to rok i gdybym do czerwca nie został przez Beenhakkera dostrzeżony, nie wiedziałbym, co robić dalej. Nie wyobrażam sobie gry w innym polskim klubie, a na razie nic nie wskazuje na to, że umowa Wisły ze mną zostanie przedłużona. Za granicę się nie pcham. Czterech lat, które spędziłem w zachodnich ligach, nie uznaję ani za udane, ani za przyjemne. Co by się stało, gdyby jednak nie wrócił pan do reprezentacji? Koniec kariery? Ciężko byłoby zrezygnować z treningów, atmosfery szatni... Z drugiej strony kontrakt z Wisłą kończy mi się już w czerwcu, gdyby i w reprezentacji mnie nie chcieli, zastanawiałbym się, czy w ogóle jestem dobrym zawodnikiem. Ostatnio przeczytałem gdzieś, że jestem ulubieńcem Bogusława Cupiała i zarabiam milion złotych rocznie, ale prawda jest taka, że z Cupiałem nawet nie rozmawiałem. Udało mi się spotkać z dyrektorem Jackiem Bednarzem, ale bez żadnych rezultatów. Co się z panem działo, że przez cztery lata gry w zagranicznych drużynach nie przypominał pan siebie z czasów Wisły? Dużo o tym myślałem. Zabrakło przede wszystkim dobrej drużyny, która w swoim kraju walczy o mistrzostwo. Nie jestem stworzony do ciągłego bronienia się przed spadkiem. Nie służy mi to. Beenhakker mówi, że niektórzy reprezentanci, chociaż dobrze przygotowani fizycznie, przyjeżdżają na zgrupowania z problemami osobistymi, z którymi nie potrafią sobie poradzić... Moja forma psychiczna jest wyśmienita. Zresztą zawsze była, nawet jeśli inne rzeczy w życiu nie były poukładane. Niepowodzenia spoza boiska nie wpływają negatywnie na moją dyspozycję, nigdy nie groziła mi depresja. Ostatnio w reprezentacji zagrał pan z Ekwadorem na mundialu, 16 miesięcy temu. Dużo się zmieniło? Czuję się, jakbym wyjechał gdzieś tylko na tydzień. Podczas mojej nieobecności drużyna dokonała jednak wielkich rzeczy. Dwa mecze z Portugalią zrobiły wrażenie nie tylko na mnie, ale i na całej Europie. Ważne są także transfery. Gra w kadrze Beenhakkera wypromowała wielu piłkarzy do dużo lepszych klubów, co raczej się nie zdarzało za czasów Pawła Janasa. Mimo że wtedy w eliminacjach także szło nam bardzo dobrze. Jak wyglądało pana pierwsze spotkanie z Beenhakkerem? Wziął na krótką odprawę mnie i dwóch debiutantów, czyli Konrada Gołosia i Tomasza Zahorskiego. Przedstawił nam swoje oczekiwania, powiedział, jakich zasad trzeba przestrzegać, jak wyglądają treningi i system gry. Mnie się to wszystko bardzo podoba, też lubię porządek. Jak zbiórka jest o trzeciej, to nie trzy po trzeciej. Czuję się, jakbym wyjechał gdzieś tylko na tydzień. Podczas mojej nieobecności drużyna dokonała jednak wielkich rzeczy. Dwa mecze z ortugalią zrobiły wrażenie na całej Europie Nie czuł się pan dziwnie przy Gołosiu i Zahorskim? Odważyli się w ogóle mówić „ty”? To, że siwieję, nie znaczy jeszcze, że jestem dziadkiem. W Polsce 30 lat to już dużo, a we Włoszech świetny wiek, być może najlepszy. Brakowało panu reprezentacji przez te 16 miesięcy? Myślę, że celem każdego zawodnika jest gra w drużynie narodowej. To zawsze było całe moje życie – i wciąż jest. Kiedy nie szło mi w zagranicznym klubie, przyjazd na zgrupowanie kadry był jak oczyszczenie. Ostatni rok spędzony w Chievo Werona był najlepszy na Zachodzie i nie rozumiałem, dlaczego właśnie wtedy pomijano mnie przy powołaniach. Odebrało mi to trochę pewności siebie. Dlaczego zerwał pan kontakt z dziennikarzami i przez rok praktycznie nie udzielał wywiadów? Szedłem wam na rękę przed mundialem i podczas niego. Chętnie rozmawiałem. A później... Nie mam do was pretensji, że źle się zachowaliście. Wy się po prostu w ogóle nie zachowaliście. Reprezentant Polski kopał piłkę w rezerwach Kaiserslautern i wtedy nikt do mnie nie zadzwonił. Kiedy trafiłem do Serie A, stwierdziłem, że skoro wybraliście ciszę, to niech ona trwa. Mnie medialny szum nie jest już potrzebny. A czy teraz to właśnie nie dzięki dziennikarzom dostał pan powołanie? Nie zauważyłem jakichś głosów w prasie, że się nadaję do reprezentacji. Za to po ogłoszeniu powołań przeczytałem, że nie zasłużyłem i lepszy byłby Marcin Zając. Jest szansa, że w kadrze znowu zaistnieje duet Kosowski – Maciej Żurawski? Może nie zapomnieliśmy, jak to się robi. Moim marzeniem na dzisiaj jest przede wszystkim to, żeby przestała mnie boleć noga, bo znowu musiałem przerwać trening. Po powrocie do Krakowa poczuł się pan gwiazdą, jak dawniej? Czuję się szanowany przez ludzi, po których szacunku się spodziewam. Chodzi o tych, których lubię, bo na reszcie mi już nie zależy. Nie będę walczył o szacunek prezesów czy dyrektorów i w ogóle wszystkich związanych z klubem. Niech myślą o mnie, co chcą. Jakie rady daje pan młodym kolegom z klubu? Co zrobić, żeby nie mieć w karierze takich zakrętów jak pan? Nie jestem dobrym wujkiem, który zbawi młodzież i zapobiegnie wszystkim głupotom, które można zrobić. Uważam, że wszystko trzeba przeżyć samemu, spróbować różnych rzeczy i wyciągnąć wnioski. Oni znają moją historię z gazet, wiedzą o kasynach i rozwodzie. Co z tym zrobią, to już ich sprawa.—rozmawiał Michał Kołodziejczyk
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL