Styl życia

Jak Lempicka w bugatti

Lubimy się portretować
Na deptakach kurortów i "starówkach" wielu polskich miast nie próżnują studenci ASP i inni podający się za nich rysownicy. W godzinę gotowi są wyczarować nasz wizerunek w dowolnej konwencji – od przesłodzonego pastelu po jadowitą karykaturę węglem. W stylu Witkacego i Nikifora. Wszystko wedle życzenia. Naprawdę ambitni udają się po portrety do fachowców. Malarzy i fotografów.
Do niedawna galerie portretów oglądaliśmy jedynie w historycznych serialach lub zwiedzając pałace i zamki, zwłaszcza za granicą. Są tacy, którzy traktują to jako inspirację i kompletują teraz we własnej siedzibie „wyciąg przodków”, pomagając sobie starymi fotografiami i fantazją artysty. Zwieńczeniem kolekcji antenatów powinien być portret aktualnego ogniwa, czyli fundatora całości. Czasem bywa odwrotnie, właśnie od współczesnego portretu zaczyna się rodzinna kolekcja, przodków maluje się dopiero potem, kiedy na ścianie wisi już nawet podobizna ulubionego labradora. Bywa, że po wykonaniu jednego obrazu apetyt zamawiającego rośnie: – Pewien cudzoziemiec zamówił u mnie swój portret z żoną i synami – opowiada Grzegorz Śmigielski, wzięty malarz portrecista. – Był zadowolony, więc zgłosił się po kolejny, tym razem portret z kochanką. Ten zaś podobał mu się tak bardzo, że poprosił o dokładne powtórzenie go, tyle, że w miejsce kochanki tym razem miałem umieścić… żonę.
Najczęściej jednak zamówienia są solenne i poważne. Tradycja portretowania się ciągle żywa jest wśród wojskowych wysokiej rangi i dostojników kościelnych (pokaźną kolekcję swoich podobizn w różnych pozach zgromadził prałat Henryk Jankowski). Portrety rektorów i wybitnych profesorów od zawsze zamawiają władze wyższych uczelni. Bogate galerie wizerunków posiada np. Politechnika Warszawska czy Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ale to tradycyjne popiersia, w togach i z insygniami władzy w ręku. Tymczasem współczesna branża portretowa to także, poza wariantami konwencjonalnymi, aktualne trendy. – Po sukcesie serialu „Dynastia” popularne stały się portrety wieszane nad kominkiem w salonie – opowiada Śmigielski . – Potem przyszła moda na Tamarę Lempicką. Zamawiający życzyli sobie najczęściej kopii autoportretu malarki w bugatti z „wmontowaną” własną głową. Od czasu gdy wrócił do łask pop-art, portretowani życzą sobie multiplikacji w stylu Andy’ego Warhola – wyjaśnia. Modne są nie tylko kopie, ale i pastisze. Młodsi amatorzy portretów potrafią zażyczyć sobie podobizny w postaci uaktualnionej wersji starej reklamy, osobistego komiksu czy kolażu kilku technik. – Zawsze szukam rekwizytu, który byłby syntetycznym znakiem portretowanej osoby – mówi o swoim warsztacie fotograf Krzysztof Gierałtowski, autor portretów wybitnych osobowości. – Ale, by portret był udany, nie wystarczy sam pomysł. Należy uwierzyć w życzliwość twórcy i pozwolić na partnerstwo. A z doświadczenia wiem, że inteligentny portretowany, z poczuciem humoru i dystansem do siebie to dobre rokowania dla pracy. Pamiętam, jak fotografowałem prof. Stanisława Lorentza, ówczesnego dyrektora Muzeum Narodowego – jako gnoma. Stał skulony w bramie pałacu w Nieborowie. Jego asystent się oburzał, a profesor świetnie się bawił. Teraz takie poczucie humoru się już prawie nie zdarza. Aby się zdecydować na portret, potrzebna jest swoista mieszanka próżności i odwagi. Dobrze, gdy portretowany zna siebie na tyle, że wie, czego może się spodziewać, i nie zdziwi się na swój widok (to tylko pozornie takie oczywiste). I choć do portrecisty przychodzi się z innymi oczekiwaniami niż do chirurga plastycznego, zwykle chcemy wyglądać jeśli nie ładniej, to bardziej interesująco, czyli w sumie lepiej. Bo portrety zostają. Jako części pamięci o nas, a czasem jedyny ślad.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL